Logo Przewdonik Katolicki

Szkoła nie musi być tęczowa

Magdalena Guziak-Nowak
fot. Syda Productions Fotolia

Rozmowa o tym, jaki wpływ mogą mieć rodzice na edukację seksualną dzieci, z Magdalena Trojanowską

Podobno w każdej klasie jest co najmniej jeden uczeń lub uczennica LGBTQI” – tak twierdzą przedstawiciele Kampanii Przeciw Homofobii, zachęcając do zorganizowania w szkołach Tęczowego Piątku.
– Tak postawiona teza jest wzięta z powietrza. Środowiska, które ją formułują, powołują się na badania wyssane z palca. Gdyby faktycznie do każdej klasy należało dziecko LGBT+, oznaczałoby to, że w polskim społeczeństwie mamy więcej osób z problemami z identyfikacją płciową, niż to raportują kraje zachodnie. Co prawda, zagraniczne organizacje promujące zachowania homoseksualne utrzymują, że co dziesiąta osoba ma orientację inną niż heteroseksualna, ale już ośrodki zdrowia, które prowadzą statystyki w tym zakresie i z pewnością są bardziej wiarygodne, szacują tę liczbę na maksymalnie 2 procent. Pamiętajmy, że mowa o takich krajach jak USA, gdzie rewolucja seksualna przebiegała najgwałtowniej, czy Niemcy, gdzie odbywała się największa promocja homoseksualizmu i związki te są najbardziej rozpowszechnione. Wracając do pani pytania – na pewno nie mamy jednego ucznia LGBT+ w każdej klasie.
 
Jednak ich liczba rośnie.
– Oczywiście. Trudno, żeby było inaczej, kiedy „nakręca się” w tym kierunku całą popkulturę. Mam na myśli produkcje filmowe, przemysł rozrywkowy, muzykę, wystawy i programy telewizyjne, w których lansuje się homoseksualne zachowania i stylistykę queer jako młodzieżową modę. Wiadomo, że skłonności homoseksualne mogą mieć różne podłoże, jednak trudno oprzeć się modzie. Gdy tworzy się sprzyjające warunki i, co gorsza, lansuje czy wręcz uprzywilejowuje dany styl życia, liczba zachowań ryzykownych tego typu rośnie. Popatrzmy na badania organizacji Resistance, która obserwowała zmiany w liczbie osób zgłaszających wątpliwości co do swojej płci. Badanie trwało na przestrzeni 10 lat od zalegalizowania związków homoseksualnych w Massachusetts w 2004 r. Legalizacji towarzyszyła intensywna kampania promująca ten styl życia, organizowana przez ośrodki rządowe. Nic więc dziwnego, że liczba homoseksualistów wzrosła. Zadziałał ten sam mechanizm, który w latach 30. zachęcił ludzi do palenia papierosów. Reklamowano je jako młodzieżowe i undergroundowe, podkreślające niezależność i dające poczucie tożsamości z artystyczną elitą. Efekt: nawet kobiety zaczęły palić papierosy, co wcześniej nie mieściło się w głowie.
W każdym razie nadmierne informowanie młodzieży o problematyce LGBT+ prowadzi do tego, że nastolatki częściej otwierają się eksperymenty z własną płcią. A w ich wieku takie zachowania są szczególnie niebezpieczne.
 
Dlaczego?
– Bo są bardzo wrażliwe i bardzo niedojrzałe, nie potrafią zracjonalizować swoich odczuć ani zachowań. W Stanach Zjednoczonych 15-letnie dzieci mogą bez wiedzy i zgody rodziców zmienić płeć, poddając się operacji. Niestety, oficjalne statystyki rządowe mówią, że 40 proc., a nieoficjalne statystyki organizacji pomocowych, że nawet 70 proc. przeorientowanych nastolatków podejmuje próby samobójcze. To świadczy o tym, że decyzja o tzw. coming outcie i zmianie płci nie rozwiązała, ale pogłębiła ich kryzys rozwojowy.
 
A czy z formalnego punktu widzenia szkoła może organizować Tęczowy Piątek? Myślę chociażby o preambule do ustawy Prawo oświatowe, w której czytamy o respektowaniu chrześcijańskiego systemu wartości.
– Wszelkie organizacje „zewnętrzne” mogą wchodzić do szkół za zgodą dyrekcji oraz po konsultacji z radą pedagogiczną i radą rodziców. Jednak tylko wtedy, gdy ich program mieści się w ustawowo uregulowanych założeniach wychowawczych placówki edukacyjnej. Dzieci nie mogą w ramach lekcji uczyć się, że Ziemia jest okrągła, a później przyjdzie organizacja, która będzie wkładała im do głowy, że jednak Ziemia jest płaska. Wprowadzi to dzieci w dysonans poznawczy i nie przysłuży się celom wychowawczym. Zatem nawet jeśli dyrektor i rady zgadzają się na dany przekaz, to szkoła nadal nie jest miejscem, w którym można robić wszystko. Z racji tego, że organizacje propagujące rzekome prawa LGBT+ propagują treści sprzeczne z ustawą zasadniczą (relatywizują związek pomiędzy kobietą i mężczyzną oraz formy rodzinne), a często wręcz demoralizujące (niemoralne, skandalizujące lub podburzające dzieci przeciwko wartościom przyjętym w domu rodzinnym), wpuszczenie do szkoły edukatorów LGBT+ wiąże się z przekroczeniem prawa.
Obserwuję też drugie niebezpieczne zjawisko – ignorancję niektórych dyrektorów i nauczycieli. Bywa, że nie orientują się w założeniach organizacji, którą zapraszają. Powierzchownie przeglądają jej programowi i bagatelizują to, o czym teraz rozmawiamy. Nie wiedzą, że np. Kampania Przeciw Homofobii, będąca głównym organizatorem Tęczowego Piątku, ma bardzo agresywne założenia ideowe. A powinni.
 
To mocne słowa. Na jakiej podstawie opiera Pani ten wniosek?
– Jako inicjatywa Stop Seksualizacji Naszych Dzieci interweniujemy, gdy rodzice zgłaszają wejście do placówki antywychowawczej organizacji. Umawiamy się wtedy na spotkanie z dyrekcją i rozmawiamy. Jedno z ostatnich spotkań odbyłam z dyrektorem wrocławskiego liceum. Trafił tam spektakl moderowany przez edukatorkę Pontonu, lansowaną jako poliamorystkę. Dyrektor był niczego nieświadomy. Mimo naszych nalegań nie odwołał przedstawienia. Powiedział, że osobiście będzie w nim uczestniczyć.
 
I?
– Był zszokowany i przerażony, nie wiedział, gdzie się wycofać. Przedstawienie było bardzo wulgarne i agresywne, niedostosowane nie tylko do małych dzieci (niektóre spektakle odbyły się w szkołach podstawowych), ale nawet do licealistów. Treścią dramy była krytyka kultury gwałtu – bardzo szlachetnie – ale oskarżonymi nie byli jej animatorzy (media, przemysł rozrywkowy, daleko posunięty liberalizm w sferze seksualnej i publicznej), lecz wszystkie autorytety, przeciwko którym nastolatek się buntuje: rodzice, dyrekcja, nauczyciele. Poza tym podczas warsztatów po spektaklu poinformowano dzieci, że mają prawo uprawiać seks w wieku 15 lat, i to nawet seks analny, co podkreślała „edukatorka”.
 
Poza inicjatywami typu warsztaty antydyskryminacyjne w Gdańsku nieczęsto słyszymy o podobnych pomysłach. Czy to jednorazowe incydenty typowe dla dużych ośrodków?
– Najbardziej wrażliwym miejscem jest Warszawa. Jednak także we Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi czy Krakowie nie brakuje tego typu zgłoszeń. Czujni powinni być jednak wszyscy rodzice, także ci posyłający dzieci do niewielkich szkół w małych miasteczkach. Tam z reguły trudniej się dostać agresywnym organizacjom, ale jeśli już im się uda, mają komfort, bo rodzice albo dają szkole wielki kredyt zaufania, albo boją się sprzeciwić dyrekcji, bo to obiektywnie trudne. Efekt może być taki, że w jednym liceum, gdzie nie było formalnej zgody na wejście organizacji do szkoły, wyprowadzano uczniów poza szkolne mury na zajęcia do seksuologa. Bez wiedzy rodziców.
 
Czego uczniowie się dowiadywali?
– Zazwyczaj te zajęcia koncentrują się na przekazaniu dzieciom kilku kwestii. Uczniowie wymieniają się wulgarnym słownictwem na określenie narządów płciowych. Wpisuje się to w postulat uwolnienia się od sztampowego określania czynności seksualnych, a tak naprawdę jeszcze silniej wyodrębnia i mechanizuje sferę seksualną poza więź uczuciową i odpowiedzialność, która samoczynnie powinna nasuwać się na myśl, gdy rozważamy pojęcie miłości. Każdy seks za zgodą partnera jest OK – czy jeśli oboje zgodzimy się co do napadu na bank, to to też będzie OK? Przecież wzajemna zgoda niczego nie relatywizuje. Ponadto nastolatki dowiadują się, że od 15. r.ż. mogą uprawiać seks zgodnie z prawem, nawet zarobkowo, a rodzic ani państwo nie może im tego zabronić. Również każdy sposób uprawiania seksu jest akceptowalny jako element zdrowia fizycznego i psychicznego. Oglądanie pornografii też jest w porządku, ale trzeba się starać nie uzależnić – przecież to tak, jakby powiedzieć dziecku: bierz narkotyki, ale nie wpadnij w uzależnienie. Uczniowie zazwyczaj dowiadują się też, że mogą doświadczać problemów z płcią i powinni się zastanowić, czy nie chcieliby jej zmienić. Czym to się kończy, mówiłam już na przykładzie badań amerykańskich.
 
Co polscy rodzice wiedzą o gender?
– Najczęściej to, co chcą środowiska LGBT i liberalne media. Jeszcze trzy lata temu wkładały nam do głów, że gender to ochrona kobiet: wyższe zarobki, możliwość kariery, brak szklanego sufitu. Potem paradygmat się przesunął i pod gender podciągnięto ochronę mniejszości seksualnych, choć w rzeczywistością istotą gender nie jest ani ochrona kobiet, ani ochrona mniejszości seksualnych. Trudno jednak oczekiwać od niezorientowanej osoby, że będzie się wgłębiała w meandry ideologiczne i biznesowe.
 
To co jest tą istotą?
– Żeby to dobrze zrozumieć, trzeba sięgnąć do początków. „Płeć społeczno-kulturowa” jest pomysłem pseudonaukowców, którzy swoje życie poświęcili sakralizacji swojej przypadłości. Oznacza to, że osoby, które ukuły to pojęcie, same miały problemy ze swoją seksualnością. W ich badaniach były błędy metodologiczne, więc siłą rzeczy wnioski nie mogły być obiektywne. Podam tylko dwa przykłady. Pierwszą instytucją, która w Stanach Zjednoczonych miała w nazwie pojęcie „gender” i postulowała szeroki zakres swobód seksualnych, był Instytut Kinseya. Sam Alfred Kinsey miał kontakty homoseksualne, kręcił filmy pornograficzne, a dewiacje (np. seks ze zwierzętami) postrzegał jako coś naturalnego. Przeprowadził straszne eksperymenty z udziałem około 700 dzieci, które były wielokrotnie gwałcone. Swoje „badania” prowadził w środowisku osób skazanych za przestępstwa seksualne i osadzonych w zakładach karnych oraz wśród mężczyzn spotykających się w łaźniach i prostytutek. Mówiąc delikatnie, nie jest to reprezentacja całego społeczeństwa. Mimo to jego tzw. Raporty, z których wynikało, że 10 proc. społeczeństwa to osoby homoseksualne, do dzisiaj są mantrą środowisk naukowych i homoseksualnych. Abraham Maslow, który na początku pracował z Kinseyem, szybko się z tego wycofał. Powiedział publicznie, że metodologia badań jest nadużyciem.
Innym pseudoautorytetem był John Money, który wprowadził pojęcie „gender” do świata nauki i zaszczepił postrzeganie płci jako czegoś relatywnego. Money był homoseksualistą, miał incydenty pedofilne, uważał, że homoseksualizm jest wyższym standardem świadomości, a heteroseksualiści są zacofani i ograniczeni. Przeprowadził słynny eksperyment na bliźniakach (jeden z nich, chłopiec, był wychowywany jak dziewczynka), wskutek którego obaj chłopcy jako dorośli popełnili samobójstwo. Zanim to zrobili, wytoczyli Moneyowi proces o wykorzystywanie seksualne ich jako dzieci oraz o szkody, których doznali na skutek eksperymentu. Dodatkowo eksperyment zaprzeczył idei Moneya, jakoby kwestia identyfikacji płciowej była wyłącznie kwestią kulturową i zależała od wychowania. Mimo przegranego procesu Money do końca życia utrzymywał, że eksperyment się powiódł.
 
Odeszłyśmy od Tęczowego Piątku…
– Ale to, o czym teraz rozmawiamy, ściśle się z nim wiąże. Jeśli tęczowa organizacja wchodzi do szkoły i mówi o równości kobiet i mniejszości seksualnych, to tak naprawdę przygotowuje grunt pod coś zupełnie innego. Za miękkimi hasłami kryją się groźne cele. Kluczowe jest poznanie właśnie tych celów, a są nimi m.in. relatywizacja wartości rodzinnych i zachęcanie do różnorodnego (podkreślam to słowo) określania płynności płciowej. W rzeczywistości to narzędzia przebudowy struktur społecznych. John Money zakładał, że nauce uda się wyprowadzić ludzkość poza „skutek ewolucji”, jakim jest płciowość. Gender nie jest więc społecznym zrywem dla obrony godności ludzkiej, ale progresywną ideą przemodelowania społeczeństwa na androgyniczność, a co za tym idzie bezrodzinność. Jeśli wiemy, co leży u podstaw działania tęczowych organizacji, to Tęczowy Piątek przestaje być zwykłą „lekcją równości”.
 
Rząd PiS-u obiecywał ochronę szkół przed gender. Co robi w tej kwestii?
– Obawiam się, że nic. Zaraz po wygranej PiS-u spotkaliśmy się z przedstawicielami kancelarii prezydenta i Ministerstwa Edukacji Narodowej. Z MEN-u płynęła narracja, że na terenie danej szkoły to rodzice mają walczyć o swoje dzieci, a PiS nie będzie im w tym przeszkadzał. To kompletne pomylenie pojęć. Szkoła ma być miejscem bezpiecznym dla dziecka, a nie polem walki z kadrą pedagogiczną, dyrekcją i innymi rodzicami, by dziecko nie było demoralizowane. Będąc w radach rodziców, konsultujemy programy wychowawcze, ale nie chcemy się zamieniać w hejterów i wojowników. Osobami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo dzieci w placówkach są przede wszystkim ci, którzy sprawują nad nimi pieczę, posiadając mandat rodzicielskiego zaufania: kuratorzy, dyrektorzy, pedagodzy i nauczyciele. Czy o to chodzi, żebym jako matka bez przerwy żyła w napięciu i kontrolowała każdego nauczyciela? Mogę sygnalizować, że z czymś się nie zgadzam, ale nie chcę prowadzić stałego nadzoru nad szkołą mojego dziecka.
 
----
Magdalena Trojanowska
Dziennikarka, koordynatorka działań inicjatywy Stop Seksualizacji Naszych Dzieci i prezes Stowarzyszenia Rodzice Chronią Dzieci

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki