Logo Przewdonik Katolicki

Chłód, dryl, depresja

Wiesław Kot
fot. materiały prasowe

Smutek, strach, złość, samotność, wstyd, poczucie winy, no i ewentualnie radość – tych siedmiu uczuć nie przetrawił, nie przepracował Adaś Miauczyński, wieczny bohater filmów Marka Koterskiego. Zastajemy go więc u psychoanalityka – w zupełnej rozsypce. To będzie bolesna terapia.

Reżyser 7 uczuć miał nawet interesujący pomysł na wizualizację: pokazać te wszystkie stare konie i zażywne matrony w krótkich spodenkach i fartuszkach. Niestety, był to tylko jeden pomysł. Skutkiem tego oglądamy tę samą represyjną lekcję i podwórkowe rozróby w kolejnych, coraz bardziej męczących powtórkach. Sytuacje wyglądają na „robione”, ciągnięte za włosy. Reżyser Koterski, jak niestety większość kolegów z branży, zapomina, że jak widz zobaczył jakąś scenę raz, to on ją prawdopodobnie zrozumiał i zapamiętał. I nie oczekuje powtórki tego samego materiału po kwadransie. Nie każdy jest Adasiem Miauczyńskim z piątej c.

Wieczne dzieciaki
Chciałby być jak Gary Cooper z W samo południe, a tymczasem dryfuje przez życie w stanie zupełnej niezborności. Może więc jakimś wyjściem z impasu będzie freudowskie cofnięcie się w dzieciństwo i próba odpowiedzi na pytanie: dlaczego wszystko poszło nie tak? Bo przecież ciągle pozostajemy dziećmi – niezależnie od tego, co mówi metryka. Przynajmniej w tym sensie, że przez całe dorosłe życie zmagamy się z psychicznymi zadrami, z traumami, które wynieśliśmy z tamtego czasu. Więc to wcale nie razi, że całkiem dorośli ludzie siedzą w szkolnych ławkach i noszą szkolne fartuszki. Nie razi, że zza ekranu ich pierwsze doznania i poczynania komentuje tekstami jakby wprost z Elementarza Mariana Falskiego – tonem, jakim opisywała dziwaczne stworzenia w filmie National Geographic – Krystyna Czubówna. Te wieczne dzieciaki rozgrywają po prostu  fundamentalne kwestie, które tamten czas pozostawił im w spadku na całą długą i bolesną resztę życia. 

Worek kamieni
Zajrzyjmy w ten worek kamieni, jaki dorosły Adaś Miauczyński (Michał Koterski) nosi jako masę spadkową po dzieciństwie. Ciepła i opiekuńcza matka (Maja Ostaszewska), której w domu nigdy dość. Bo gdy jej brakuje, swoje rządy zaprowadza ojciec (Adam Woronowicz): zidiociały fircyk i prostak ze skłonnością do wódeczki (w trakcie uroczystej  kolacji na talerz nakłada sobie rękami, które potem wyciera w obrus). Nie szkodzi: za stołem sami swoi. Gościom podoba się reprodukcja Słoneczników van Gogha, choć na obrazie, jak na ich gust, „za dużo żółtego”.
W szkole ta sama pospolitość, prostactwo i paranoja, tylko wszystkiego więcej. Ot, geograf, który z maniackim uporem pompuje w uczniów wiedzę o dopływach Nilu, jakby to była fundamentalna prawda objawiona, od której zależy ich życie. Chemik każe kuć na pamięć całą tablicę Mendelejewa, a historyczka uczepiła się jednej daty dziennej z XIV wieku.
Uczniów traktuje się jak półludzi, jak mierzwę, z której na pewno nic dobrego nie wyrośnie (zwłaszcza że nie znają dopływów Nilu). Nauczyciele praktykują przekonanie, że uczniem można wytrzeć podłogę, można dowolnie długo wyzywać go od tumanów, a i tak zawsze będzie za mało. Bo uczniowie służą do jeszcze jednego, najważniejszego – by pan profesor miał na kim wyładować własne życiowe frustracje, by miał się na kim odkuć za swoje nieudane życie.
Więc – rygor, dryl, represja. A jeżeli usłyszymy w końcu pod adresem tych wszystkich domowych i szkolnych psychopatów: „Nie oceniać, nie odrzucać, nie negować!”, to od kogo? Od sprzątaczki. Ale kto by tam słuchał głupiej baby? Niech dalej zasuwa ze ścierą…

--------------

Adaś Miauczyński – pojęcia podstawowe
Miauczyński to bohater przechodni filmów Marka Koterskiego – pokazał się w ośmiu obrazach. Ale opisuje go zaledwie kilka pojęć kluczowych.

Kanty na spodniach
Doprowadzanie ich do perfekcji to było jedyne zajęcie, któremu ojciec Adasia (Tadeusz Łomnicki) oddawał z sercem i pasją (Dom wariatów, 1984). Choć sam przy tym chadzał po domu w kraciastych majtasach. Kiedy matka proponowała mu własną szkołę układania kantów, warczał na nią: „A idź się utop!”. Aby nie zwariować jak rodzice, mały Adaś celebruje drobne paranoje. Ot, z maniackim uporem ustawia krzesło, na którym siedzi, w idealnej odległości od stołu. Na czym upływa mu dzieciństwo. Aż wreszcie dostrzega na własnych dłoniach stygmaty. Męczennik rodzinnej paranoi, bo jakże by inaczej?

Winda
Góra-dół, góra-dół. Przy numerach pięter zapalają się światełka (nie wszystkie, część wiecznie zepsuta) i to wyznacza rytm życia Adasia (Życie wewnętrzne, 1986) . On sam nabywa wrażenia, że całe życie upływa mu w windzie. Wiecznie wciśnięty między sąsiadów: postarzałych i brzydkich, jakby wyciętych z obrazów Hieronima Boscha. Tępo gapią się na siebie w zimnym świetle jarzeniówki. Własna żona też przypomina mu wymiętą pensjonariuszkę izby wytrzeźwień.  Powtarza sobie: muszę się wziąć w garść. Ale na razie to oznacza tyle, że od rana do nocy dobiera najtrafniejsze wyrazy w polszczyźnie, która stawia mu wyraźny opór. Ale to go przekonuje, że jest inteligentem. Kimś „ponad”. Tymczasem przy numerach pięter zapalają się światełka, aż wreszcie zapali się to ostatnie światełko – w długim, ciemnym tunelu.

Las krzyży
Za ten „las” po raz kolejny wyrzucili go z filmu. Nie doczytał scenopisu i w trakcie wyjazdu dokumentacyjnego zawiózł reżysera do lasu, podczas gdy temu chodziło o „las krzyży” (Nic śmiesznego 1995). A przecież poszedł  na reżyserię, bo chciał, by coś wreszcie od niego zależało.  Ale los sprawił, że został skazany na drugorzędność. W rezultacie mając czterdziestkę na karku, czuje się, jakby od dwudziestu lat przebywał w delegacji. Mgliste plany na przyszłość snuje, kupując mięso na kotlety mielone. Ale i te pewnie będą drugiej świeżości. Drugiej, jak całe życie. Nawet teraz, gdy wegetuje w postaci zwłok w kostnicy, do palca u nogi ma przytwierdzoną karteczkę z numerem „dwa”.

Plama
Tak właśnie mówi Adaś: Życie mi się rozlało jak jedna wielka plama (Ajlawju, 1999). Jak hamletyzujący inteligent pozostaje w stanie wiecznej niezborności. Mistrz impasu. Również nosi się z inteligenckim szykiem, to znaczy wkłada długi płaszcz, do tego turystyczny plecak i sportowa czapeczka. A tu czas pędzi. Adaś oblicza skrupulatnie, że minie ledwie dwadzieścia lat i zacznie się wypróżniać przez sen. Odmiana pór roku to jedyna pewna odmiana, jaka go czeka.

Siódemka
Adaś Miauczyński przed agresywnym światem broni się siódemką (Dzień świra, 2002). Więc – siedem razy miesza herbatę, obrzędy toaletowe też dzieli na siedem rat. Niewiele to pomaga, bo agresywny świat wchodzi mu na głowę. Ekipa remontowa zainstalowała za oknem młot pneumatyczny, który dudni od świtu. Pod okno sprowadzają mu stada psów, które trawnik zmieniają w kompostownik. Bliźni dookoła modlą się o jedno – żeby Pan Bóg spuścił wszystko złe na sąsiada: „Żeby mu okradli garaż, żeby go zdradzała stara…”. W tej sytuacji wykonawszy dowolną czynność w siedmiu częściach, Adaś na przemian klnie i wzywa imienia Pana Boga. Nigdy nie wiadomo, co bardziej pomoże.

Golgota
Adaś Miauczyński w wersji: uzależniony (Wszyscy jesteśmy Chrystusami, 2006). W pijanym amoku potrafi w Wigilię ściąć choinkę siekierą. Regularnie ląduje w pasach na izbie wytrzeźwień. Po chwili odnajduje się w knajpie, gdzie w towarzystwie podobnych sobie wyrzutków rozczula się nad słowami papieża. Z tym wszystkim Adaś występuje w koronie cierniowej, niesie krzyż, przyjmuje gest współczucia ze strony Weroniki. Chrystus dobrowolnie wydał się na mękę. Adaś w ten odmęt zepchnął się sam. Ale tak czy owak spotkali się na Golgocie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki