Logo Przewdonik Katolicki

Jak szukać Ewangelii rodziny

Jerzy Grzybowski
FOT. MASSIMILIANO MIGLIORATO/CCP/POLARIS/EAST NEWS

Zauważanie i przyjęcie drugiej osoby z jej innością widzenia świata bywa w sposobie myślenia o małżeństwie odkryciem na miarę rewolucji kopernikańskiej. Ale to tędy prowadzi droga do przeżywania Ewangelii rodziny w codzienności.

Jakże piękna jest interpretacja Pawłowego Hymnu o miłości w adhortacji Amoris laetitia! To, że miłość jest cierpliwa, że nie zazdrości, nie pamięta złego i we wszystkim pokłada nadzieję,  papież Franciszek odnosi do życia małżeńskiego. Tylko jakie to trudne w codzienności! A przesłanie Światowego Spotkania Rodzin w Dublinie o dzieleniu się Ewangelią rodziny jako radością dla świata wydaje się zupełnie nierealne wobec kryzysu małżeństwa i rodziny. Jak urzeczywistnić je w codziennym życiu?
 
Czy rodzina ma chodzić jak w zegarku?
Bardzo głęboko utkwił mi w pamięci list od pewnego pana, który poczuł się zupełnie zdezorientowany i kompletnie przybity sytuacją, jaka właśnie zaistniała w jego małżeństwie: dostał z sądu pozew o rozwód złożony przez żonę. „Jak to? – pytał. – Przez piętnaście lat naszego małżeństwa nasz dom chodził jak w zegarku. Harowałem na rodzinę, żeby żona nie pracowała i mogła zająć się dziećmi. W niedziele chodziliśmy do kościoła. Nie było między nami poważniejszych awantur. A tu nagle pozew. Żona nie chce żadnych wyjaśnień, tylko mówi, że zabiera dzieci i wyprowadza się, bo ma kogoś, kto ją kocha”. Z dalszej korespondencji wynikło jednak, że ten pan nie miał zupełnie czasu dla ich małżeństwa, na zwyczajne bycie razem. Nie był chyba nawet pracoholikiem, ale traktował swoją rodzinę jako zadanie, jak ów przysłowiowy zegarek, w którym wszystkie trybiki powinny poprawnie chodzić. Moja korespondencja z nim nieodparcie przywoływała słowa Hymnu o miłości św. Pawła, że „choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź dźwięcząca, albo cymbał brzmiący”. Choćbym się poświęcał dla rodziny i przynosił walizkę pieniędzy, a miłości nie miał – „byłbym niczym”. Oczywiście nie pochwalam jego żony. Zapewne czuła się w tym domu bardziej jak służąca niż żona, ale można przypuszczać, że nie dołożyła starań, aby przebić się przez styl życia męża i zadbać o relacje, zadbać o miłość taką jak w Hymnie św. Pawła. Szukała przyjemnych uczuć i znalazła je  poza małżeństwem.   
 
Nauczyć się rozmawiać
Ta historia to dramatyczna przestroga i wołanie o miłość jako relację. Nawet w codziennym natłoku spraw tak ważna jest wrażliwość na siebie nawzajem, zatrzymanie się i zobaczenie drugiej osoby. Można wtedy zauważyć, że trudności, które przeżywamy w codziennej komunikacji, nie wynikają ze złej woli, nie są atakiem na siebie nawzajem, choć może tak je odbieramy, ale są wołaniem o miłość. Są często skutkiem zwyczajnego przemęczenia. Są sygnałem niezaspokojonej potrzeby kochania i bycia kochanym, uznania, przynależności, ale i autonomii, a szczególnie bezpieczeństwa. Tylko trzeba o nich rozmawiać. A my w małżeństwie najczęściej nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Każdy z nas ma swoje racje, opinie, chce się przede wszystkim wypowiedzieć, przekonać drugiego i dostosować go do swojego sposobu widzenia świata.
A przeżywanie rzeczywistości bywa odmienne. I jeżeli ten drugi ma inne zdanie, rodzą się oceny: „ty znowu zaczynasz…”, „ty zawsze swoje…”, „ty nigdy nie rozumiesz…”. Zaczyna się dyskusja, która najczęściej tylko podnosi temperaturę emocji i oddala nas od siebie. Bo jeżeli słyszę, że ja znowu, że zawsze itd., to rodzą się we mnie trudne uczucia: niezrozumienia, lęku, złości, gniewu. A gdy się to powtarza, to także agresji albo rezygnacji. Odpłacam małżonkowi tym samym, chcę go przekonać, że to nie ja, tylko on – i nakręca się spirala przemocy psychicznej, słownej, albo wycofywania się i życia obok siebie, bo już „nie warto się odzywać”. Zaczyna się od kłótni o nieumyte naczynia, niewyniesione śmieci i zbyt długie siedzenie przy komputerze. A kończy zdradą i rozwodem.
 
Dialog to styl życia
Kiedy bardziej słucham, zaczynam bardziej rozumieć drugiego, kiedy dzielę się sobą, staję się bardziej czytelny dla niego i pozwalam mu poznać się pełniej, a nierzadko oczyszczam w ten sposób błędne wyobrażenia mojego współmałżonka o mnie. Prawda o mnie nie jest zagrożeniem ani dla mnie, ani dla mojego współmałżonka. Jest szansą nawet wtedy, gdy jest trudna.
Czasem potrzebne jest wykonanie ogromnego wysiłku, żeby wysłuchać siebie nawzajem – i to nie z uprzejmości, czekając, aż on czy ona skończy, ale po to, by zauważyć, że ta druga osoba… także jest człowiekiem. I też ma do przekazania swoje uczucia, przeżywa daną sprawę inaczej niż ja, bo ma inne cechy osobowości. Takie zauważanie siebie nawzajem jest czasem w sposobie myślenia odkryciem na miarę rewolucji kopernikańskiej. Ale tędy prowadzi droga do przeżywania Ewangelii rodziny w codzienności.
Dlatego warto być czytelnym dla drugiego, nie bać się zaufać i odsłonić siebie, dzielić się uczuciami, z którymi jest nam czasem trudno, i jednocześnie przyjąć trudne uczucia współmałżonka. Przyjąć, że drugi człowiek jest inny, ale w tej inności kryje się bogactwo. Szansa dla mnie i dla niego. Na tym polega życie w dialogu. Bo dialog nie jest jakąś czynnością specjalną; owszem, może być szczególnie potrzebna rozmowa na jakiś ważny temat, do której powinniśmy stworzyć specjalne warunki. Ale dialog to jest sposób codziennego życia, styl życia oparty na tych prostych zasadach: bardziej słuchać, niż mówić, rozumieć, niż oceniać, dzielić się sobą, niż dyskutować, a przede wszystkim przebaczać. Wtedy można żyć bardziej RAZEM, a nie obok siebie. 
Bardzo ważny jest kontakt niewerbalny: uśmiech, przytulenie, więź seksualna, która nie jest tylko rozładowaniem napięcia, ale wyrazem bliskości, najbardziej intymnym spotkaniem osób. Ważny jest czas dla siebie we dwoje. Mamy go zazwyczaj dużo dla naszych dzieci, ale brakuje nam go dla siebie. Czas dla siebie to nie jest egoizm, ale największa troska o codzienną realizację sakramentu małżeństwa.
 
Miłość realizuje się w dialogu
Jesteśmy sobie – jak powiedział św. Jan Paweł II – dani i zadani. Doświadczenie Spotkań Małżeńskich mówi, że to zadanie rozwiązuje się w dialogu. Bardzo codziennym. Nie tyle w rozwiązywaniu spraw, ile w życzliwym wzajemnym podejściu do ich rozwiązywania, we wzajemnej wrażliwości, poznawaniu swoich emocji, potrzeb psychicznych, temperamentów. Widzeniu drugiego człowieka w niepowtarzalnym bogactwie uczuć radosnych i przyjemnych, ale też trudnych, w przeżywanych przykrościach, nieradzeniu sobie z emocjami. „Kiedy w rozpędzonym świecie emocji, opinii i wyobrażeń o mojej żonie zatrzymałem się,  zobaczyłem w niej zupełnie innego człowieka” – powiedział po rekolekcjach jeden z uczestników Spotkań Małżeńskich. To spojrzenie w nowym świetle jest bardzo potrzebne.   
Miłość realizuje się w dialogu, także z dziećmi. One mają odmienne cechy osobowości niż my. Potrzebują wysłuchania, zrozumienia, naszego dzielenia się sobą i przyjęcia ich dzielenia się przez nas. To właśnie przez dialog w małżeństwach i z dziećmi odnajdujemy i przeżywamy Ewangelię rodziny.
 



Jerzy Grzybowski założyciel, wraz żoną Ireną, międzynarodowego katolickiego stowarzyszenia Spotkania Małżeńskie zatwierdzonego przez Stolicę Apostolską, mającego na celu pogłębianie więzi małżeńskiej poprzez dialog. Obydwoje są też autorami licznych publikacji dotyczących przygotowania do małżeństwa i duchowości małżeńskiej. Z wykształcenia geografowie
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki