Piszę o tym jednak głównie dlatego, żeby podkreślić, że ten otwarty styl przyniesie z czasem dobre efekty w poprawie komunikacji w Kościele. Że przyzwyczajenie do tradycyjnego przekazu treści niejako z góry na dół, który chorobliwie wzbudza lęki o każde niewłaściwie użyte słowo, zamieni się w coś, co nazwałbym wymianą myśli, w autentyczną komunikację wartości. W takim kierunku wyraźnie zmierza sposób komunikacji Watykanu, co w wielu środowiskach budzi niezrozumienie, a co w moim przekonaniu jest świadomym i bardzo przemyślanym sposobem porozumienia się we współczesnym świecie.
A patrząc z innej strony, dodałbym, że przecież Kościół, będąc instytucją prowadzoną przez pasterzy, swoją istotę odnajduje w relacjach. Na ten temat pisało już wielu teologów, od starożytności poczynając, a wszyscy oni zgodnie podkreślali: skała, którą jest Piotr – Kościół hierarchiczny – potrzebuje dopełnienia tym, co najistotniejsze, co przetrwa na wieczność: wzajemną miłością. A wyrazem tej miłości jest Kościół wspólnotowy, którego obrazu ci sami dopatrywali się w Maryi i Janie, biorącymi pod opiekę siebie nawzajem, spełniając testament spod krzyża.
Od jakości relacji w Kościele zależy więc ogromnie dużo. I ośmielę się stwierdzić, że znacznie więcej niż od komunikatów i listów episkopatu. Bo każdy oficjalny przekaz Kościoła, tym bardziej jeśli dotyczy spraw etycznie wymagających, znajduje swoją siłę w dobrze poukładanej argumentacji, ale także w przekonaniu odbiorców, że naprawdę chodzi o nich, o ich dobro. A to wymaga z jednej strony precyzji wypowiedzi, z drugiej natomiast odwagi rozmawiania z ludźmi bardzo otwarcie i mniej dyplomatycznie.
Ten sposób komunikacji w końcu wygra. A wtedy nie będziemy musieli się tak panicznie bać, że ktoś powiedział coś niedokładnie. Nawet papież już się tego nie boi.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.








