Logo Przewdonik Katolicki

Siła spokoju

Michał Jacenty Sznajder, Gainesville (USA)

Ostatnie dni wyczekiwania na „Irmę” były spokojne. Świeciło słońce, było ciepło i… bezwietrznie. Większość mieszkańców postanowiła zostać na miejscu. Nie było żadnej paniki.

We wrześniu w Gainesville kończy się gorące i burzowe lato. Wraz z jego końcem Florydę nawiedzają groźne huragany. Pamiątkami po ich przejściu do dzisiaj pozostają uszkodzone mosty leżące na starej drodze łączącej kontynent z wyspami archipelagu Florida Keys.
Zalążki morderczych huraganów i silnych tropikalnych sztormów powstają na równikowym Atlantyku. To tam rozgrzane powietrze z Sahary miesza się z wilgotną masą powietrza z Afryki Równikowej, gdzie trwa właśnie pora deszczowa. Część cyklonów kończy swój żywot na oceanie, ale niektóre z nich docierają nad północnoamerykański ląd wyrządzając na nim znaczne szkody. W Miami na Florydzie działa National Hurricane Centre, którego zadaniem jest obserwowanie narodzin huraganów, śledzenie ich rozwoju i wydawanie ostrzeżeń. Do swojej dyspozycji ma najnowocześniejszą technikę. W chwili gdy „Irma” dogorywała w Georgii, na liście obserwacji Centrum znajdowały się już dwa kolejne atlantyckie huragany.

Uderzenie to kwestia czasu
Światowe media odnotowały co prawda powstanie huraganu „Irma”, ale na samym początku niewiele się nim interesowały. Ileż to już huraganów rozpoczęło i kończyło swój żywot na Atlantyku? Zainteresowanie znacznie wzrosło, gdy się okazało, że „Irma” jest niezwykle potężna. Zdjęcia satelitarne pokazujące jej wielkość i siłę zalały światowe media. Mimo to nie było jeszcze paniki. Pierwsza prognoza, którą usłyszałem, mówiła, że „Irma” albo wygaśnie na Atlantyku, albo co najwyżej delikatnie muśnie leżącą daleko na północy kontynentu Nową Szkocję. Wreszcie pojawiło się ostrzeżenie, że uderzenie „Irmy” w zachodnie wybrzeże USA to tylko kwestia czasu.
Kluczową sprawą stało się przewidzenie trasy, jaką będzie podążała „Irma”. Nikt nie chciał się na niej znaleźć. Dziesięć dni przed atakiem żywiołu stało się jasne, że „Irma” z całą swą siłą uderzy we Florydę, wcześniej pustosząc wyspy – od Małych Antyli poczynając, a na Kubie skończywszy. Rozpoczęła się batalia o przetrwanie. Zgodnie z zaleceniami zgromadziliśmy zapasy benzyny, jedzenia i wody pitnej na cztery dni. Przygotowaliśmy się także na wypadek nieprzewidywanej ewakuacji z budynku, w którym mieszkaliśmy.
Szybko dało się zauważyć, że media nakręcają w mieszkańcach poczucie zagrożenia. Dziennikarze przedstawiali „Irmę” niemalże jako nadchodzący koniec świata. Zamiast nieść otuchę, skupiali się na sianiu beznadziei. Wobec tak poważnego zagrożenia ani w telewizji, ani w radiu nie usłyszałem ani jednej modlitwy, która dawałaby człowiekowi nadzieję. Sztandarowe amerykańskie wezwanie In God we trust okazało się w tej sytuacji pustym frazesem.

Zostać czy uciekać?
Pierwsza myśl? Uciekać tak daleko, jak tylko to możliwe. Najwłaściwszym kierunkiem ewakuacji była leżąca na północ od Florydy Georgia. Atlanta, stolica stanu, leżąca niespełna 500 km na północ od Gainseville, wydawała się bezpiecznym schronieniem. Można do niej dotrzeć w ciągu 5–6 godzin, bo prowadzi do niej autostrada I-75. W przygotowaniach planu ewakuacji pomocne były strony internetowe i aplikacje mobilne, normalnie służące do planowania podróży. Pozwalały one nie tylko wyznaczyć optymalną trasę przejazdu, ale także znaleźć wolne miejsca w hotelach. Jeszcze tydzień przed nadejściem huraganu miejsc było pod dostatkiem, ale z dnia na dzień pokojów zabrakło. Cudem udało się coś znaleźć, ale za cenę tego, że każdą kolejną noc mieliśmy spędzać w innym hotelu.
Ulga nie trwała jednak długo. Okazało się, że autostrada szybko się zakorkowała, bo miliony ludzi z południa Florydy uciekało na północ. Na stacjach benzynowych zaczęło brakować paliwa. Pojawiły się wątpliwości: czy ewakuacja to właściwa decyzja? Co zrobimy, gdy utkniemy i atak huraganu zaskoczy nas na autostradzie? Ponadto najnowsze prognozy wskazywały, że „Irma” i tak dotrze do Atlanty. Zrezygnowaliśmy więc z ewakuacji i zdecydowaliśmy się zmierzyć z nią w Gainsesville.

Huragan traci impet
Do uderzenia huraganu zostały trzy dni. Do samego końca nie było wiadomo, którędy przejdzie „Irma”. Porównanie jej siły sprzed kilku dni i na dzień przed uderzeniem w Gainesville wyraźnie wskazywało, że żywioł słabnie, choć wciąż jest potężny. O ile na początku prędkość wiatru wynosiła 280 km/h, o tyle na Kubie już „tylko” 210 km/h. O ile na oceanie huragan przesuwał się z prędkością około 60 km/h, o tyle teraz było to tylko 10 km/h. Prognozy przewidywały, że jego siła na lądzie będzie szybko spadać. Oszacowałem, że w Gainesville wiatr będzie wiał maksymalnie z prędkością 175 km/h, oczywiście w porywach, a to już jest porównywalne z najsilniejszymi wiatrami występującymi w Polsce.
Ostatnie dni wyczekiwania na huragan były spokojne. Było słonecznie, ciepło i… bezwietrznie. Większość mieszkańców miasta postanowiła zostać na miejscu, dzieci zwolniono ze szkoły. Nie było żadnej paniki. Uważnie obserwowaliśmy transmisję telewizyjną z południa Florydy. „Irma” ominęła tradycyjną ścieżkę huraganów, wybierając drogę na zachód. Całą furię wyładowała najpierw na wyspach Florida Keys, a potem na prawie bezludnym, podmokłym olbrzymim obszar Everglades. Kolejne prognozy pokazały, że „Irma” traci impet.
Wreszcie przyszła kolej na Gainesville. W niedzielę 10 września wieczorem ze spokojem oczekiwaliśmy na przyjście „Irmy”. Nadeszła nocą, około godziny 1.00 i dawała o sobie znać przez cały poniedziałek. Zgasło światło, usłyszeliśmy silny poryw wiatru, a za oknem zobaczyliśmy ścianę deszczu. Wiatr na chwilę ustawał, by za moment powrócić z całą mocą. Najbardziej obawialiśmy się gałęzi, które mogły zostać odłamane od drzew rosnących wkoło domu. O godzinie 4.00 rano nastała cisza, w której usłyszeliśmy niebywały, donośny rechot tysięcy żab. Dobiegał z miejsca, w którym przed nadejściem huraganu mieścił się mały staw. Teraz było tam jezioro. Cały poniedziałek byliśmy bez prądu. Groźny w porywach wiatr i ulewny deszcz nie odpuszczały do godziny 16.00. Dzięki Bogu szczęśliwie przeżyliśmy nawałnicę.

„Irma” to nie koniec
Jednakże dopiero przejażdżka po ulicach Gainesville uświadomiła siłę „Irmy”, pokazała, ile drzew i gałęzi zostało powalonych. Pięć dni po huraganie pojechaliśmy nad Zatokę Meksykańską. W wielu miejscach przy drodze trwały prace przy naprawie sieci elektrycznej. Na Florydzie, ze względu na wysoki poziom wód gruntowych, większość energii dostarczana jest kablami napowietrznymi. Gubernator stanu zarządził, że dzieci z mniej poszkodowanych okolic przez cały tydzień nie będą chodziły do szkoły, a na terenach, które najbardziej ucierpiały, przerwa potrwa dwa tygodnie.
W tym czasie o „Irmie” wielu zdążyło już zapomnieć, ale natura nie odpuszcza. Pod tym względem jest to rekordowy rok. Kolejny po Irmie huragan „Jose” zamienił się w sztorm atlantycki, ale potężna „Maria”, o nadzwyczajnej sile wiatru, kieruje się właśnie na północny zachód. Niestety, po raz drugi niszczycielskiej siły żywiołu doświadczyły Antyle. Mimo że prognoza dla Gainesville jest pomyślna i „Maria” nie powinna nas dotknąć, to wspomnienie „Irmy” powoduje, że nie możemy spać spokojnie.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki