Logo Przewdonik Katolicki

Miało być przecież inaczej

Grażyna M. Grobelna

Nie będzie to typowa recenzja książki, mimo że ten artykuł prawdopodobnie nie powstałby bez jej lektury. Trudno oceniać utwór, który nie jest fikcją literacką, ale rodzajem pamiętnika, a nawet manifestu światopoglądowego.

Wyjątkowy dzień Anne Dauphin-Juilliand jest zapisem prawdziwej historii, skrupulatnym opisem rocznicy narodzin jednej z córek autorki. Thais zmarła kilka lat temu po trudnej, genetycznej chorobie. We wszystkich rytuałach tego dnia głównej bohaterce towarzyszą jej mąż, dwaj synowie i druga, śmiertelnie chora córka, Azylis. Ona podzieli losy swojej starszej siostry.
Wszyscy zmagają się z cierpieniem, odchodzeniem i własnymi wyobrażeniami o „życiu idealnym”. Autorka dotyka problemu śmierci, walki z chorobą, kryzysu w małżeństwie, a nawet eutanazji. Pozostaje jeszcze wiele pytań, które w moim dialogu z treścią książki chciałabym zadać Anne i jej czytelnikom, a przez to i sobie.
„Miało być przecież inaczej”, mówi autorka.
Po lekturze Wyjątkowego dnia nie wiem, co myśleć. Czy kręcę się wokół własnych, krytycznych myśli samotnie, na oślep – wokół pytań o cierpienie, życie, miłość, godność człowieka? A może mam rację, uparcie szukając przesmyku, pęknięcia, dokładnie tego, co Heidegger nazwał Unterschied (międzycięcie); szukając czegoś (myśli?), co powstaje w „pomiędzy” – nie jako synteza czy kompromis, bardziej jak błysk światła – nowego, rozjaśniającego, dynamicznego, nie statycznego.
Usiłuję odnaleźć to wąskie pęknięcie, w szczelnej konstrukcji, którą nakreśliła Autorka. Chciałabym, żebyśmy się spotkały i aby między nasze myśli weszła ta, która rozjaśni moje wątpliwości.
Wciąż je mam.
 
Droga Anne,
zaczynamy i już czuję się niezręcznie, bo coś mnie uwiera, coś mi przeszkadza.
To chyba forma, w której zamknęłaś słowa, odarta z dystansu do mnie, czytelnika, działa zbyt mocno. Piszesz bezpośrednio, wprost, nie oszczędzasz szczegółowych opisów: jak zapalasz świeczkę ku pamięci swojej zmarłej córki, jak delikatnie chodzisz, jak dbasz o każdy detal, „głaszcząc” codzienność. Opisujesz, jak żal Ci ludzi, którzy siedząc w restauracji nie mają o czym rozmawiać. Ty masz...
Czuję, że mnie uczysz, jak żyć pełnią życia, jak cierpieć, jak nie być zatroskanym, smutnym, godnym podziwu... Może, niechcący, a jednak. A przecież nie można nauczyć się „dobrze” cierpieć, prawda? Nie można się tego nauczyć.
Poza tym, czy takiej nauki nam potrzeba? Czy z przygotowaniem do cierpienia byłoby rzeczywiście łatwiej i godniej? A może każdy z nas jest pionierem „cierpienia ludzkości”?
I może, właśnie w takich momentach, granicznych, mamy, paradoksalnie szanse na odkrycie ludzkiej godności?
A cierpienie – bolesne doświadczenie, którego nikt sobie nie życzy i nie wybiera? Czyż nie bywa szansą na wyraźne widzenie tego, co bez cierpienia bywa niedostrzegalne, a przynajmniej niewyraźne?
Chciałabym znać odpowiedź.
W Twojej książce nie brakuje mi rozedrganego dramatyzmu, nie szukam go. Usta rozkrzyczane na temat cierpienia zamknął Wittgenstein zdaniem „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”. Słucham więc tego nakazu i milcząc, nie zamierzam szperać w Twoich uczuciach.
Chciałabym jednak podjąć temat tzw. choroby genetycznej.
Kiedy na kartach książki czytam o „chorobie” genetycznej, która dotknęła obu Twoich Córek, zadaję sobie pytanie, czy to właściwie choroba. A jeśli nie, to co? Czy to w ogóle ważne – nazywać? Wydaje się, że tak, bo w świecie opisanym łatwiej się poruszać.
Może o chorobie genetycznej można by mówić: „cecha człowieka”. Niestety dominująca, nie do zmiany – jak rodzaj skóry, kolor oczu, etc.
Może zatem tę nie-chorobę, zapisaną nawet w paznokciu i rzęsie należy też pokochać? Niedorzeczne? W końcu jak mamy kochać brak, odstępstwo od normy, w dodatku takie, które odbiera życie...
Ale, czy nie całego człowieka powinniśmy kochać, wszystkie jego cechy?
Jak myślisz, Anne?
 
Idealne życie
Pisałaś o tym, jak stworzyłaś w swojej głowie obraz idealnego życia. Cudowny, przystojny mąż, spełnienie zawodowe was dwojga dające prestiż społeczny, dom z ogrodem, dwa samochody, najlepiej troje dzieci, samorealizacja, pieniądze, tenis we środy, zawsze modne szpilki i wakacje nad oceanem. Żadnej krzywdy, łez i cierpienia, bo „cierpią przecież inni, nie ja”. Myślę, że wielu z nas dokładnie wie, o czym piszesz. W takim życiu odhacza się „kratki”, wypełniając zadania, zupełnie jak w szkole, kiedy spełnia się oczekiwania innych – nauczycieli, rodziców, kolegów i pyta się: „ładnie?” (czy samemu trudno to ocenić?). Piszesz o szczęściu w takim życiu – że jest chwiejne, kruche. Może to po prostu nie jest szczęście? A może trudniej je dostrzec w nakreślonych przez Ciebie „idealnych” warunkach? Może właśnie wtedy jest niedoceniane, niewidzialne?
Myślisz, że dopiero walka o szczęście, przynosi je? Czy w życiu ciągle musimy „coś” zdobywać?
„Wypełnianie kratek” – tak piszesz o swoim idealnym życiu, które, jak stwierdzasz sama, wiodłaś do momentu pojawienia się Thais. Piszesz, że to „idealne życie” okazuje się mrzonką, lichym wyobrażeniem niemożliwym do realizacji.
Dlaczego? Może dlatego, że to nie człowiek splata okoliczności i nie on wybiera sobie dawki cierpienia, szczęścia czy zdrowia na całe życie.
Czy trudne doświadczenie, które spada na barki człowieka, coś w jego życiu trwale zmienia?
Może tylko to, że w pewnym momencie i przez jakiś czas żyjemy świadomiej, intensywniej. Pytanie, co dzieje się, gdy doświadczenie mija.
A może jesteśmy tacy sami: „przed i po”? – Trochę powyginani, mocniej osadzeni w rzeczywistości, ale wcale nie bardziej... szlachetni? Taka przemiana po trudnym doświadczeniu byłaby chyba czymś oczywistym, może nawet bajkowym. W gruncie rzeczy taka interpretacja należałaby wciąż do „idealnego życia”, o którym sama napisałaś w epilogu, że zależy od „zewnątrz”, a nie „wewnątrz”.
Stąd moje wątpliwości i pytania o trwałość przemiany.
 
Pęd
Opowiadasz swoją historię, podkreślając, jak wielkim zaufaniem darzysz innych, jak wielka miłość leje się ze wszystkich w obliczu tej trudnej sytuacji. Wreszcie, dzielisz się refleksją – jak wielka „siła drzemie w każdym z nas”, w każdym człowieku. 
To prawda, drzemie w nas ogromna siła przetrwania, naturalny pęd do życia. Czy jednak ten pęd jest zapleczem i fundamentem tej siły? Czy to on pomaga „dziś” wykonywać niemal dokładnie to samo co „wczoraj” – cierpliwie, Anne? A może jest jeszcze coś więcej, czego nie zawdzięczamy sami sobie? Coś, co nie jest zwykłym „pędem”, a daje siłę?
Za chwilę zadam Ci ostatnie pytanie. W swojej książce poruszyłaś tak wiele ważnych tematów, że nie sposób objąć wszystkie myśli. Na koniec zapytam o nadzieję.
Anne, co masz na myśli, pisząc:„Dziś ufam głęboko, że o ile nie wybieramy doświadczeń, które na nas spadają, o tyle możemy zdecydować, co zrobimy ze swoim życiem. A przynajmniej: co spróbujemy z nim zrobić. Możemy się nie poddawać mimo upadków i przelotnej utraty nadziei. Jak kapitan, który wraz z okrętem niemal idzie na dno, niemal wypada za burtę, ale kurczowo trzyma ster, walczy ze sztormem, stawia mu czoło dopóty, dopóki go nie pokona”.  
O jakiej nadziei mówisz? Co jest tym sztormem? Cierpienie? Nieszczęście? Choroba?
Z jakim sztormem walczyć, jeśli nie ma z czym walczyć... Jest o co, ale nie ma z czym – choroba  jest cechą człowieka, której nie można zmienić, a śmierć jest po ludzku nie do pokonania.
Jeśli mogę wtrącić...
Wydaje mi się, że czasem po prostu nie można mieć nadziei; że kurczowe trzymanie się jej, „na przekór”, jest tworzeniem klosza, który chroni przed prawdą. A przecież tylko życie w prawdzie ma sens, czyż nie?
Wówczas wszystkie detale: kokardki, dobrze skrojone garnitury, harmonijnie dobrane do sukni kolczyki tę prawdę tylko (i „aż”) pieczętują.

 
 
 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki