Logo Przewdonik Katolicki

Klerykalizacja kraju?!

Tomasz Królak
Fot.

Apel do władz Rzeczypospolitej Polskiej w sprawie klerykalizacji kraju czytałem z niedowierzaniem. Przecierałam oczy ze zdumienia, bo duch czasów dawno minionych powrócił za sprawą grona piętnastu profesorów.

 

 Zupełnie to niebywałe, bo w czasach PRL-u takie klimaty serwowało czytelnikom niesławnej pamięci pismo „Argumenty” (swoją drogą ciekaw jestem, ile osób tak naprawdę czytało ów tygodnik). Tytulik ten miał przede wszystkim pokazać religię jako opium dla ludu i zabobon. Wiele tam było o „klerze” i o tym, że pod płaszczykiem głoszenia wzniosłych zasad duchowych przebiegły Kościół skrywa swój prawdziwy cel, jakim jest uzyskanie władzy politycznej.

 

Socjalistyczna propaganda

Nie wiadomo, ile umysłów zaczadziły „Argumenty”, demaskując znienawidzony „kler”; wiadomo jednak, że z tego matecznika czerpała przez dziesięciolecia państwowa propaganda. Chodziło o stworzenie „nowego człowieka” – pozbawionego religijnych „przesądów” i ochoczo budującego „nowy wspaniały świat”, w którym jedyną i należną cześć odbierać miały władza, nauka i postęp. Plan ostatecznie się nie powiódł. Jeśli się nie udało, lub nie udało do końca, to głównie dzięki instytucji Kościoła, w którym swój duchowy azyl zyskały osoby o bardzo różnych życiorysach, rodowodach, światopoglądach, o bardzo urozmaiconych relacjach z Kościołem. Także dzięki rzeszom wiernych, dla których przekonania religijne okazały się skuteczną ochroną przeciwko propagandzie  socjalizmu. To właśnie Kościół i owe rzesze wiernych okazały się prawdziwymi strażnikami zdrowego rozsądku, demaskując głupotę materialistycznej ideologii.

 

Duch dawnych czasów

Dlaczego wspomniałem o „Argumentach”? Bo mało raczej wyrafinowany styl tamtej argumentacji stanął mi przed oczyma podczas lektury „Apelu profesorów”. Jest to tekst wręcz żenujący. Autorzy wzywają władze państwowe, aby „ściśle przestrzegały zasady neutralności światopoglądowej państwa zagwarantowanej w Konstytucji RP”. Pomijam już fakt, że w konstytucji nie ma mowy o „neutralności”, lecz o „bezstronności”. Niby nic, a jednak. Słowa mają znaczenie: ową neutralnością karmiła nas propaganda przez dziesięciolecia, ilekroć usiłowała dowieść, iż „Kościół miesza się do polityki”. I oto, wypisz wymaluj, powraca duch tamtych czasów. Niewiarygodne! Wszak nie jest to wywód przedstawiciela jednej z partii politycznych ani publicystyka speca od tropienia kościelnych afer, lecz teza grona profesorów. Niewątpliwie skłania to do dyskusji nad stanem polskich elit intelektualnych. Nie twierdzę, że tak wygląda cały polski świat akademicki. Uprzedzenia, które ujawnił tekst „Apelu”, uniemożliwiły temu gronu przeprowadzenie rzetelnego wywodu na temat obecności Kościoła w życiu publicznym. Doskonale rozumiem, że nie to było ich celem: formuła apelu rządzi się własnymi prawami. Ten tekst jednak, którego sens sprowadza się do przestrogi społeczeństwa przed złowrogim działaniem Kościoła na polski porządek prawny, grzeszy niewiarygodną nierzetelnością i tendencyjnością. 

 

Dobro państwa

Autorzy zdają się też zupełnie nie pamiętać, że  postulowana przez nich i w sumie słusznie brzmiąca zasada „neutralności światopoglądowej państwa” funkcjonowała tuż po wolnościowym przełomie z 1989 r. Przestrzegano wówczas przed państwem wyznaniowym. Czyżby autorzy „Apelu” nie mieli świadomości, że chcąc nie chcąc nawiązują do tych właśnie niechlubnych tradycji polskiej publicystyki? Co zaś do istoty sprawy, czyli zasady owej bezstronności państwa, to warto przypomnieć niedawne stanowisko Rady Społecznej przy Arcybiskupie Poznańskim, że w istocie postulat ten jest... niemożliwy do spełnienia. Władze publiczne nie mogą bowiem uchylać się od zajmowania stanowiska w sprawach o fundamentalnym znaczeniu dla życia społecznego. Każde stanowisko wynika z jakiegoś światopoglądu i ma konsekwencje w sferze światopoglądowej, zaś państwo wkraczając na te obszary, nigdy nie jest bezstronne.

Warto zatem uświadomić sobie, że zarówno zwykły obywatel, jak i polityk, nieuchronnie i stale zobowiązany jest dokonywać wyborów o charakterze moralnym. Po prostu: za naszymi decyzjami zawsze stoi jakiś system wartości. Aby godnie i zgodnie żyć, członkowie społeczeństwa tworzonego przez – jak przyznaje konstytucja – osoby odnoszące się do różnych systemów wartości muszą się jakoś poukładać. A więc: nie piętnować zasad i wartości wzajemnie wyznawanych, lecz szukać tego, co łączy, i dbając o dobro wspólne próbować określać fundamenty, na których warto budować przyszłość społeczeństwa. A takie fundamenty określa właśnie konstytucja, na którą autorzy się powołują. Mówi ona, iż naród nasz tworzą „wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga, będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i niepodzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł”.

Myślę, że gdyby autorzy wczytali się w literę i ducha tego fragmentu, z mniejszą nonszalancją formułowali by tezy przestrzegające naród przed Kościołem katolickim. Myślę, że gdyby przypomnieli sobie konstytucyjną deklarację, iż „Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”, nie broniliby tak gorąco „związków partnerskich”. Chciałbym też wierzyć, że gdyby wczytali się w ustawę „przemocową”, bez trudu by odkryli, że obok słusznych i przecież przez nikogo w Kościele niekwestionowanych zapisów o przeciwdziałaniu przemocy domowej, zawarte są tam intelektualnie chore supozycje o tym, iż przemoc wywodzi się z religii. Jeśli zaś zarzucają władzom państwowym uległość wobec „demonstracyjnego eksponowania symboli religijnych w instytucjach publicznych”, to niech zastanowią się np. nad tym, czy krzyże te rozwieszają lotne patrole kurialistów czy też może umieszczają je na ścianach gospodarze i użytkownicy owych publicznych instytucji korzystających konstytucyjnej zasady wolności wyznania...

 

Światopoglądowa „neutralność”

„Bywa, że uroczystości o charakterze państwowym mają przede wszystkim charakter religijny, a władze publiczne stają się dodatkiem do hierarchów kościelnych występujących w roli rzeczywistych gospodarzy” – ubolewają autorzy apelu. No dobrze, ale czy np. udział prezydenta w inauguracji roku akademickiego na UKSW to już przejaw klerykalizacji państwa i uległości jej naczelnych organów wobec władzy Kościoła? A otwarcie przez prezydenta Centrum Edukacji Młodzieży im. ks. Jerzego Popiełuszki to już przekroczenie tej linii? Gdzie jest ta granica? Kto miałby o tym orzekać? Każdorazowo grono piętnastu profesorów?

Wiele bym oddał za wytłumaczenie, dlaczegóż to, zdaniem profesorów, udział hierarchów Kościoła w uroczystościach o charakterze państwowym „prowadzi do degradacji państwa i obniżenia jego prestiżu w skali krajowej, a nawet międzynarodowej”. Podejrzewam, że żaden z biskupów nie ma pojęcia, iż uczestnicząc w uroczystościach państwowych „degraduje państwo”. Sygnatariusze powinni uświadomić biskupom, na czym polega niebezpieczeństwo owego procederu.

 

A teraz całkiem serio. W dyskusjach o roli Kościoła i religii w demokratycznej Polsce wielokrotnie pojawia się konkordat. Fakt jego podpisania  dla części dyskutantów stanowić ma dowód na „podległość” Polski „obcemu państwu” i szczególne uprzywilejowanie tutejszego Kościoła wobec władzy państwowej. Wspominam o tym, dlatego że niestety klimat „Apelu” oraz niektóre jego tezy przypomina niekiedy argumenty (i znów to słowo!) używane przez  wyznawców światopoglądowej „neutralności”. Bardzo często domagają się oni „wypowiedzenia” konkordatu.

 

Wyzwania współczesności

I jeszcze jedno: apel w sprawie klerykalizacji kraju pojawia się w szczególnym momencie, na tyle szczególnym, że można mówić o pewnej jego przewrotności. Jeśli bowiem bez uprzedzenia spojrzymy na obecny klimat towarzyszący debacie państwo-Kościół, nietrudno będzie przyznać, że atmosfera ta budzi niepokój. Jednak nie z powodów wskazywanych przez sygnatariuszy. Dr hab. Aleksander Stępkowski z „Ordo Iuris” uważa, że w debacie tej obserwujemy powrót do argumentów, które przywodzą na myśl stalinowskie procesy księży oskarżanych o „szpiegostwo na rzecz Watykanu”. Argumentacja ta jest oczywiście znacznie bardziej oględna w wyrazie, jednak nie różni się co do meritum, kwestionując wiarygodność katolików – uważa.

 

Autorzy „Apelu” nie dostrzegają, że wobec potężnych wyzwań współczesności ich tezy i spostrzeżenia są marginesem, który w imię populistycznych, ale i ideologicznych celów usiłuje się dziś przedstawiać jako zasadnicze. Czy zamiast przywoływać władze państwowe do porządku za rzekomą uległość wobec Kościoła nie powinny tworzyć koalicji ludzi myślących, wskazując ogółowi społeczeństwa jego prawdziwych wrogów, piętnując przejawy dehumanizacji współczesnej kultury?

Drodzy autorzy „Apelu”! O jakiej więc Polsce marzycie? Z jakich duchowych źródeł radzicie czerpać obecnym i przyszłym pokoleniom?

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki