Logo Przewdonik Katolicki

Siedemdziesiąt osób w jednym pokoju

Monika Białkowska
Fot.

Pasja? To nie jest dobre słowo. Hobby? Jeszcze gorsze, zupełnie nie w tę stronę. Więc co? Może po prostu: miłość?

Trudno nazwać to, co dzieje się w życiu ks. Sebastiana. To nie jest tak, że on zbiera relikwie. To raczej tak, jakby święci wybierali go sobie, żeby zaopiekował się ich szczątkami. Zostawiają mu je starsi księża, zostawiają umierające zakonnice, przynoszą ludzie, którzy gdzieś znaleźli relikwie w nieposzanowaniu. Wiedzą, że u niego otoczone będą nie tylko troską, ale też modlitwą.

 

Zaczęło się od Marii

– Moja przygoda ze świętymi rozpoczęła się, kiedy byłem na drugim roku seminarium – wspomina ks. Sebastian Huebner, wikariusz jednej z gnieźnieńskich parafii. – To był rok wizyty Jana Pawła II i beatyfikacji dwóch Polek, Bernardyny Jabłońskiej i Marii Karłowskiej. Diakoni z naszego seminarium pojechali na wyjazd studyjny do miejsc, w których miał gościć papież. Wtedy w Zakopanem spotkali siostry pasterki ze zgromadzenia założonego przez matkę Karłowska. Gdy siostry dowiedziały się, że rozmawiają z diakonami z Gniezna, z miejsca prymasów Polski i z sanktuarium św. Wojciecha, każdemu z nich podarowały małe relikwiarze z fragmentem kości bł. Marii Karłowskiej, z certyfikatami autentyczności. Niedługo potem jeden z owych diakonów, dziś kapłan diecezji bydgoskiej, podarował mi ten relikwiarz na obłóczyny. Nie wierzyłem wtedy w to, co się dzieje. Zacząłem interesować się relikwiami. Najpierw sprawdziłem, czy osoba świecka – wtedy byłem przecież świeckim – może w ogóle mieć relikwie. Wertowałem Kodeks Prawa Kanonicznego, ale żadnego zakazu nie znalazłem, poza zaleceniem, by większe części relikwii przechowywane były w kościołach.

Maria Karłowska sama stanęła na mojej kapłańskiej drodze, a wyznanie Credo o świętych obcowaniu przestało być dla mnie pustym sloganem. Odczytywałem, że to właśnie ona chce być patronką mojego kapłaństwa i kapłańskiej czystości. W ten sposób zaczęło się moje do niej nabożeństwo, i modlitewna przygoda przy jej relikwiach – nie tylko moja zresztą, ale również mojej mamy, w której domu relikwie przechowywałem. Przy nich wymadlałem kolejne posługi na drodze do kapłaństwa, wiedziałem, że to właśnie bł. Maria Karłowska chce mnie do tego kapłaństwa doprowadzić.

 

Katarzyna i Ludwika

Temat otrzymywania relikwii do prywatnego kultu nie dawał jednak ks. Sebastianowi spokoju. Niepokoiły go te relikwie, które widział na plebaniach upchnięte w szafach, zakurzone, w zniszczonych relikwiarzach. Nie chciał ich zabierać: chciał być propagatorem czci dla świętych, obrońcą doczesnych szczątków tych gigantów ducha, którym niegdyś poświęcano katedry. Zwracał uwagę, pytał, upominał, a gdzie mógł, starał się przywrócić relikwiarzom blask, a świętym należną im cześć. Zaczął też śledzić wszystkie beatyfikacje, co za pontyfikatu Jana Pawła II było nie lada sztuką ze względu na ich wielką liczbę. Pisał do domów generalnych, prosił o materiały, które pozwalały lepiej poznać życie kandydata na ołtarze. Kiedy wiedział, że jest taka możliwość, prosił również o relikwie, najczęściej trzeciego stopnia: fragmenty tkanin, potarte o szczątki świętych.

Większość relikwii trafiała w ręce ks. Sebastiana w poruszających okolicznościach. – Kiedy byłem wikariuszem w Inowrocławiu – wspomina – chodziłem z Komunią św. do sióstr szarytek. Była tam jedna, bardzo już wiekowa siostra, która wiedziała o mojej miłości do świętych. Któregoś dnia powiedziała: „Proszę księdza, moje dni już się kończą, w księdza ręce chciałabym to powierzyć”. Podała mi niewielki relikwiarz z umieszczonymi wewnątrz fragmentami trzech kostek trzech świętych: założycieli zgromadzenia św. Ludwiki de Marillac i św. Wincentego à Paulo oraz siostry szarytki św. Katarzyny Labouré – tej, która otrzymała objawienie Cudownego Medalika. To były drugie relikwie, które trafiły w moje ręce, a o żadne z nich nie zabiegałem. To upewniło mnie, że mam w niebie swoich orędowników.

Kiedyś siostry staruszki zamykały dom zakonny koło Skoków i na strychu znalazły relikwie św. Kazimierza, też je dostałam. To również było dla mnie znaczące, ponieważ urodziłem się w jego wspomnienie. Zdarzało się, że prosił mnie jakiś ksiądz z domu emerytów, który też wiedział, że odchodzi, a chciał, żeby relikwie trafiły w dobre ręce. W taki właśnie sposób otrzymałem relikwie św. Wojciecha. Umierający ksiądz nie chciał dokładnie powiedzieć, jaka była ich historia. Przed nim należały do jego wujka, jakiegoś znanego człowieka, pamiętającego jeszcze I wojnę światową, były bardzo ważne dla całej rodziny. Rodzina jednak już nie żyje, a ów ksiądz chciał, żeby relikwie trafiły w ręce kapłana. To relikwie pierwszego stopnia, maleńki okruch kości św. Wojciecha. Od wiekowej zakonnicy z Krakowa dostałem relikwie św. papieża Sykstusa, owa zakonnica odziedziczyła je po jakiejś starszej siostrze.

 

Pio

Można zapytać: po co komu blisko siedemdziesiąt relikwii? Czy nie lepiej mieć jednego, sprawdzonego przyjaciela, nawet wśród świętych? Czy człowiekowi nie grozi, że zobojętnieje, że zacznie relikwie traktować jak wyposażenie mieszkania albo jak kolekcję znaczków do popisywania się przed znajomymi?

– Kiedyś jeden z proboszczów na widok tych relikwii powiedział: „Zazdroszczę księdzu tych niebieskich sąsiadów” – mówi ks. Sebastian. – Rzeczywiście każdego dnia czuję obecność tych świętych. Przy nich klękam i powierzam im ludzi, którzy proszą mnie o modlitwę. Przy nich robię też swój codzienny rachunek sumienia: czy potrafię ich naśladować, każdego z nich? Święci mają nas przecież zawstydzać… Mieli takie same trudności jak my, a jednak im się udało. A ja? Skoro im się udało, to dlaczego ja mam nie dać rady? Byli ludźmi zwyczajnej, ciężkiej, codziennej pracy, prawdziwymi gigantami ducha, a ja mam ich naśladować. Ich obecność w moim domu do tego właśnie mnie zobowiązuje. 

Ks. Sebastian nie trzyma relikwii wyłącznie dla siebie. Jego uczniowie wiedzą, że kiedy mają jakiś problem albo ważny egzamin, mogą przyjść i prosić o pomoc świętych obecnych w relikwiach. Mogą, ale nie bezwarunkowo. Relikwie to nie jest amulet: ks. Sebastian daje relikwie Jana Pawła II, jeśli proszący wcześniej był u spowiedzi i Komunii św. Potem sam też się modli, razem z uczniami prosząc o pomoc w ich kłopotach.

Relikwie bł. Ojca Pio – fragment bandaża z dłoni, ukryty w niewielkiej figurce – wielokrotnie jeździły już do Bydgoszczy, do Centrum Onkologii i do innych szpitali.

– Jedna dziewczyna miała w głowie tętniaka. Zoperowano ją raz, groziły jej kolejne operacje. Miała w szpitalu tę relikwię, modliła się, czuła nawet potrzebę dotykania chorego miejsca relikwiami. Lekarze mówią, że według ich wiedzy nie powinno być jej już wśród żywych, a ona ma rodzinę i wszyscy razem oddali się pod opiekę o. Pio.

 

Jerzy

Na honorowym miejscu niewielkiego pokoju stoją relikwie świętego najważniejszego w życiu ks. Sebastiana – ks. Jerzego Popiełuszki.

– Zawsze, kiedy jeszcze trwał proces beatyfikacyjny i kiedy nie wiedziałem, że w prywatnym domu można w ogóle mieć relikwie, marzyłem, żeby mieć po ks. Jerzym jakąś pamiątkę. On był dla mnie wzorem i przykładem kapłaństwa. O nim myślę, kiedy nie wiem, jaką podjąć decyzję albo jak zareagować w danej sytuacji: wystarczy że pomyślę, jak zachowałby się on. Teraz się cieszę, bo jest przy mnie nie tylko duchowo, jego relikwie dostałem krótko po beatyfikacji, jeszcze przed pierwszym, liturgicznym wspomnieniem. Niedawno udało się je sprowadzić również do parafii, w której pracuję. Teraz każdy może doświadczyć jego obecności w znaku doczesnych szczątków.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki