Logo Przewdonik Katolicki

Matkom katyńskim w hołdzie

Ryszard Gromadzki
Fot.

Niezłomne, gotowe ponieść każde poświęcenie dla swoich dzieci. Strażniczki wiary, polskości i dobrego imienia pomordowanych mężów. Matki Golgoty Wschodu, matki Sybiru i Katynia.Szkoda, że mówimy o nich tak rzadko.

Niezłomne, gotowe ponieść każde poświęcenie dla swoich dzieci. Strażniczki wiary, polskości i dobrego imienia pomordowanych mężów. Matki Golgoty Wschodu, matki Sybiru i Katynia.  Szkoda, że mówimy o nich tak rzadko. 

 

Tylko ten, kto przeżył piekło zsyłki wie,  ile wiary, heroizmu i determinacji trzeba było mieć każdego dnia, żeby z godnością przetrwać w straszliwych sowieckich realiach. Tylko ten, kto dziesiątki lat żył z niezabliźnioną raną w sercu, oszukiwany katyńskim kłamstwem wie, ile siły ducha trzeba było zachować w czasach panowania komunistów, żeby się nie poddać i wypełnić testament pomordowanych przez Sowietów mężów.


Wspomnienia jak relikwie

W dziecięcych wspomnieniach postacie matek jasno rozświetlają traumę zsyłki i koszmaru wojennej codzienności.  Pamięć dzieci niczym relikwie zachowała obrazy pożegnań ojców wyruszających na wojnę w ostatnich dniach sierpnia 1939 r. – To było 27 sierpnia wieczorem. Miałam wtedy cztery lata, ale dobrze pamiętam czułość, z jaką ojciec pożegnał się  z mamą, ze mną i moją siostrą. Niedaleko naszego domu przebiegała linia kolejowa. Tato powiedział do mnie i do siostry, że kiedy będzie odjeżdżał pociągiem pożegna nas jeszcze światłem latarki. Pamiętam jak wpatrywałyśmy się w ten blask – wspomina Dobrochna Konrad, przewodnicząca komitetu, którego staraniem w tym roku na poznańskim pomniku Ofiar Katynia i Sybiru, odsłonięto płaskorzeźbę-wotum upamiętniającą matki sybiraczki i matki katyńskie.  Ojciec Dobrochny Konrad trafił do obozu w Starobielsku. Stamtąd przesłał jeszcze dwie kartki. – W pierwszej prosił o kalosze. Mama wysłała mu je w 2 rzutach, bo absurdalny sowiecki przepis nie pozwalał, żeby paczka ważyła więcej niż 99 dekagramów. W drugiej kartce z obozu ojciec potwierdził, że kalosze dotarły. To był ostatni znak życia od niego. Mama  mówiła później, że dzięki tym kaloszom nieomylnie  zidentyfikowałaby ciało ojca – opowiada pani Dobrochna. 13 kwietnia 1940 r. rodzina Dobrochny Konrad została wywieziona z rodzinnego domu w stepy Kazachstanu. – Przed wojną nasza rodzina mieszkała w Poznaniu. Ojciec, w cywilu doktor praw i oddany społecznik, był kierownikiem szkoły obserwatorów lotniczych na Ławicy i w tej roli wyruszył na wojnę. Pozostawił mamę i czwórkę dzieci. Niemcy wyrzucili nas z domu. W czasie okupacji przebywaliśmy w Środzie Wielkopolskiej. Pamiętam, że o  śmierci ojca dowiedzieliśmy się 7 maja 1943 r. z niemieckiej gazety, która publikowała listy oficerów rozstrzelanych przez NKWD w Katyniu – wspomina Aniela Kramarek. Jej ojciec – dr Feliks Górnicki – zamordowany został  w katyńskim lesie, w kwietniu 1940 r., w listach, które przysłał z Kozielska prosił żonę, żeby szczególnie zadbała o dobre wykształcenie dzieci.


Czas matek

Cały ciężar związany z przetrwaniem rodzin spadł na barki matek. – Mama była słabego zdrowia, pracowała przy wydawaniu kartek żywnościowych. Ta praca kosztowała ją bardzo wiele nerwów. Kiedy chorowała bardzo się o nią baliśmy – wspomina pani Aniela.  Przyznaje jednak, że przy całym koszmarze niemieckiej okupacji, los polskich zesłańców na Sybirze, w Kazachstanie czy na dalekiej północy Rosji był jeszcze cięższy. – Głód był codziennością. Bywało, że nie jedliśmy nic przez kilka dni – opowiada Dobrochna Konrad. W 1943 r. Sowieci przystąpili do tzw. Akcji paszportowej, chodziło o wymuszenie na deportowanych Polakach zrzeczenia się polskiego obywatelstwa. – Kiedy mama została wezwana w tej sprawie, powiedziała wprost, że jest żoną polskiego oficera, zawsze będzie mu wierna i dlatego nigdy nie wyrzeknie się obywatelstwa – wspomina Dobrochna Konrad. Za swą niezłomność matka pani Dobrochny trafiła do więzienia, a później na dwa lata do ciężkiego łagru w Karagandzie. – Pamiętam, że przez cały ten czas wypatrywałam jej powrotu. Któregoś dnia w dali zauważyłam znaną sylwetkę. Mama wróciła. Była całkowicie siwa, choć miała dopiero 42 lata – wspomina moja rozmówczyni. W lutym 1946 r. rodzina wyruszyła transportem repatriacyjnym z Pawłodaru do Polski.

 

Wierne po grób

Życie z piętnem żony zamordowanego w Katyniu w komunistycznej Polsce niosło ze sobą cierpienie i upokorzenia. –  Pomimo to mama starała się ze wszystkich sił, żeby wypełnić testament ojca i zapewnić nam jak najlepsze wykształcenie.  Bratem zaopiekował się przyjaciel ojca. Dzięki temu brat ukończył studia prawnicze. Najstarsza siostra została lekarką w Warszawie. Ja z drugą siostrą trafiłyśmy do szkoły  sióstr urszulanek w Pniewach. Siostry okazały nam wielkie serce, był to wyraz wdzięczności za pomoc prawną, jaką jeszcze przed wojną nasz ojciec świadczył matce Urszuli Ledóchowskiej – opowiada Aniela Kramarek. Rodzina Dobrochny Konrad trafiła po powrocie z Kazachstanu do Dębna Lubuskiego. – Mama była nauczycielką języka polskiego i historii. Pomimo czasów stalinowskich, nie bała się nigdy mówić o prawdziwej historii. Dzięki temu wielu uczniów poznało prawdę o Katyniu. Rok przed maturą, pewnego dnia na lekcjach mojej klasy nie pojawił się żaden chłopak z internatu. Okazało się, że aresztowało ich UB, za to, że prowadzili rozmowy na temat Katynia. Choć okrutnie ich przesłuchiwano, żaden nie pisnął słowa, skąd ma tę wiedzę. Mama, która uczyła czytać i pisać UB-owców analfabetów, korzystając z tego starała się pomóc, jak tylko umiała, swoim uczniom siedzącym w więzieniu. Za karę trafili do obozów w Jaworznie i innych takich miejsc, skąd skierowano ich do katorżniczej pracy w kopalniach – relacjonuje Dobrochna Konrad. Jej mama nie dożyła przełomu  z czerwca 1989 r. Zmarła kilka tygodni wcześniej. – Pamiętam jak pod koniec życia bardzo ucieszyła się, kiedy zobaczyła w którejś z legalnie wydawanych gazet zdjęcie  Piłsudskiego. „Taż to Piłsudski” – mówiła ze  swoim lwowskim akcentem o wielbionym przez siebie Marszałku – opowiada pani Dobrochna. Sędziwego wieku dożyła także matka Anieli Kramarek. – Mama do końca swoich dni zachowała wielki uraz do bolszewików, jak określała Rosjan. Nigdy nie potrafiła im zaufać. Zawsze nas przed nimi przestrzegała – dodaje pani Aniela. 17 września minęła 73. rocznica napaści Związku Radzieckiego na Polskę. Mimo upływu lat, powoli dochodzimy do prawdy o tamtych tragicznych wydarzeniach. W kraju i za granicą wzniesiono wiele znaków pamięci o ofiarach tamtych dramatycznych lat.  Coraz częściej jednak w opowieściach, wspomnieniach pojawia się  luka – nieopowiedziane, niespisane losy żon pomordowanych, matek ich dzieci. One po kres swego życia pozostawały wierne Bogu i Ojczyźnie,  chroniąc w najtrudniejszych latach swe dzieci przed wynarodowieniem w ciszy i znoju dnia powszedniego. Aniela Kramarek i Dobrochna Konrad spotkały się razem  17 września  przy pomniku katyńskim w Poznaniu. Wraz z grupą przyjaciół ze Związku Sybiraków i Stowarzyszenia Katyń uczestniczyły w odsłonięciu i poświęceniu płaskorzeźby – Wotum Wdzięczności Matkom Sybiraczkom i Matkom Katyńskim. Oni, dziś babcie i  dziadkowie, oceniają teraz z pozycji osób dorosłych to, czego dokonały ich mamy i, jak sami mówią, chcą wydobyć z cienia ich skromne, wieloletnie działania, by swoje dzieci wychować w poszanowaniu i umiłowaniu najwyższych wartości  – wiary w Boga i wolności.

Dziś nie żyje już żadna z matek sybiraczek. Blisko 100 lat mają dwie żyjące w Poznaniu matki katyńskie, ale stan zdrowia nie pozwolił im  uczestniczyć w uroczystościach upamiętniających ich heroiczną wierność, poświęcenie i trud. Od tragicznego września 1939 r. i zbrodni katyńskiej w 1940 r. minęło już ponad 70 lat.  Ale za to wszystko darujmy im, jak powiedziano podczas odsłonięcia wotywnej płaskorzeźby w Poznaniu, choć chwilę  zadumy i modlitewne westchnienie. I nie pozwólmy, żeby w Polsce poniewierano i wyśmiewano pojęcie „matki Polki”.  Zobowiązuje nas do tego pamięć wobec matek Sybiru i Katynia.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Anka
    03.08.2015 r., godz. 12:12

    "Przyznaje jednak, że przy całym koszmarze niemieckiej okupacji, los polskich zesłańców na Sybirze, w Kazachstanie czy na dalekiej północy Rosji był jeszcze cięższy. ". Obrzydliwe staruchy. Nie zaznały wojny w Wlkp. A palone wsie, głód, getto. Patriotyzm to uczciwość, względem siebie przede wszystkim. Nie rozumiem, jak można, ale w dzisiejszych czasach wszystko jest możliwe, porównywać obozy koncentracyjne, codzienne tysiące śmierci z sytuacją w Rosji. Panie zachowują się jak młodzież narodowa; 'czarno- białe', a mają ponad 80 lat. Z p. Kramarek zetknęłam się osobiście. Nie planuję po raz kolejny.

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki