Logo Przewdonik Katolicki

Christianity, spółka z odpowiedzialnością

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Bezpieczeństwo i higiena życia, troskliwość, posprzedażowa obsługa klienta Kościół robi te rzeczy od dwóch tysięcy lat i jest w tym najlepszy. Nawet jeżeli współczesny świat usiłuje przekonywać nas, że jest zupełnie inaczej.

Bezpieczeństwo i higiena życia, troskliwość, „posprzedażowa obsługa klienta” – Kościół robi te rzeczy od dwóch tysięcy lat i jest w tym najlepszy. Nawet jeżeli współczesny świat usiłuje przekonywać nas, że jest zupełnie inaczej.

 

Wpadła w moje ręce niewielka książka, właściwie broszurka. Tytuł też raczej niepozorny:  Mała książeczka o troskliwości. Ale to najlepsza pod słońcem lektura na dzisiejsze zeświecczone czasy. Działa bowiem jak doskonałe otrzeźwienie, jak mocna ostroga w bok, przypominająca, czym tak naprawdę jest Kościół i co się może stać, jeśli spełni się wymarzony sen „postępowców” o usunięcie go ze sfery publicznej. Ale żeby to dostrzec, trzeba spojrzeć na naszą rzeczywistość trochę z boku, z perspektywy autora Małej książeczki, ks. Karola Tomeckiego – proboszcza niewielkiej białoruskiej parafii Białynicze – który obserwuje współczesny świat z „geograficznej i historycznej perspektywy przedrozbiorowych kresów”, tkwiących dziś w postsowieckiej rzeczywistości łukaszenkowskiej Białorusi.

 

Gromowładny na ambonie

Na początek bardzo podstawowe pytanie: dlaczego, mimo rozmaitych apokaliptycznych wizji wieszczących pustki w kościołach, uczęszczamy nadal gromadnie na niedzielne nabożeństwa? A nawet jeżeli tego nie robimy, to czujemy się w obowiązku głośno tłumaczyć, czemu tam nie chodzimy? Ks. Tomecki daje prostą odpowiedź: przychodzimy, bo w Kościele czujemy się lepsi. To odczucie jest silniejsze od wszystkich ateistycznych argumentów nowoczesnego świata. I powód drugi: przychodzimy, bo ktoś chce wysłuchać naszych problemów. Ale nie wysłuchać tak na niby, albo za sowitą opłatą, czy w ramach sztywnych godzin urzędowania. Bo nawet najlepiej wykwalifikowany psycholog, urzędnik czy złotousty polityk nie zastąpi nigdy księdza w konfesjonale.

To działa zresztą także w drugą stronę: chcemy podzielić się naszymi problemami, ale równie często nadstawiamy ucha na cudze troski. W Kościele słychać je najlepiej. A my chcemy pomagać. I nawet jeżeli – jak pisze polski proboszcz z Białorusi – Kościół bywa postrzegany jako „pewnego rodzaju korporacja zarządzająca dobrym samopoczuciem mas”, to równocześnie nie znajdziemy innego miejsca, w którym dowiedzielibyśmy się, „jak powinno być w naszym życiu lepiej”. Taką treść zawiera bowiem jedynie „ta specyficzna mowa lejąca się z ambony”. Co więcej, nawet jeżeli z  różnych przyczyn owa mowa wydaje nam się „chwilowo niestrawna”, to i tak w pewien sposób utożsamiamy się ze stereotypem gromowładnego kaznodziei, rugającego wiernych z wyżyn ambony. Nie wstajemy, nie wychodzimy, nie obrażamy się, co najwyżej nie dajemy „na ofiarę”, ale i tak w końcu wracamy. Bo w gruncie rzeczy potrzebujemy, a wręcz czujemy się lepiej, kiedy kapłan pogrozi nam trochę palcem, powie Memento mori i przypomni, co jest dobre a co złe. Paradoksalnie, takie „postawienie do pionu” daje nam poczucie bezpieczeństwa.

O sile tkwiącej w tym „kościelnym zarządzaniu dobrym samopoczuciem mas”, najlepiej świadczy fakt, że taki sam sposób argumentacji i odwoływania się do ludzkich potrzeb próbują po cichu, z lepszym lub gorszym skutkiem, stosować specjaliści od reklamy, politycy i fachowcy od zawiadywania „zasobami ludzkimi”. I to nie przypadek, że właśnie w czasach kryzysu gospodarczego pracodawcy i polityczni przywódcy odwołują się najczęściej do „zasobów kompetencyjnych wspólnot religijnych”. Wskazują na takie cnoty, jak: przywiązanie, solidarność, bezinteresowność, ofiarność czy poświęcenie. Tak, tak, same wartości stricte chrześcijańskie.

 

Rytuał na lodowisku

Ale to przecież nic nowego – to jedynie „eksport uznanych wartości, czym zajmuje się od dwóch tysięcy lat firma Christianity”. Można byłoby jeszcze dopisać: „bezkonkurencyjna od dwóch tysięcy lat”. Bo im bardziej konkurencja usiłuje zdeprecjonować Kościół, wytknąć i obśmiać jego rzekomo zacofane poglądy, tym rozpaczliwiej szuka jakiejś oferty zastępczej. Inaczej zostaje tylko pustka. Pod nieobecność prawdziwych wartości tworzy się więc ich imitacje – i ta prawidłowość odnosi się właściwie do całego współczesnego świata. Ksiądz Tomecki przywołuje wstrząsające przykłady, w jaki sposób robi się to w postkomunistycznej Białorusi. Oto  na przykład mamy parareligijną ceremonię pogrzebową, urządzoną we wnętrzu mińskiego lodowiska po katastrofie lotniczej, w której zginęła drużyna hokeistów z rosyjskiego Jarosławia. Zamiast klasycznego nabożeństwa pogrzebowego jest „mecz”:  hokeiści Dynama Mińsk wbijają po kolei krążek do jarosławskiej bramki, symbolicznie oddając zwycięstwo swoim tragicznie zmarłym rywalom. Następnie na lód wjeżdża prezydent Aleksandr Łukaszenka przebrany w strój hokejowy, który przy dźwiękach  Requiem Mozarta składa kwiaty „u bramki Lokomotiva”. Kulminacyjnym punktem tych egzekwii pogrzebowych jest „kazanie głównego liturga” – prezydenta Białorusi, któremu towarzyszy, także w stroju hokeisty, jego mały syn…

Autor Małej Książeczki nazywa celnie takie działania „zastępczymi rytuałami wynagradzającymi”. Tego typu rytuały stosowane są jednak nie tylko „od świętą”, ale także w naszej zwykłej codzienności. Zamiast „przestarzałej «modlitwy» i «kontemplacji» otrzymujemy zamienniki mające upiększać nasze życie i łagodzić «ból egzystencji»”. Na Zachodzie takimi „rytuałami wynagradzającymi” dnia codziennego stały się zaklęcia zawarte w reklamach: „jesteśmy tego warci” albo „zasługujemy na to” – sprawdzone środki wyrazu, używane z powodzeniem już przez „węża pod rajskim drzewem”. Z kolei na Białorusi, gdzie nie ma reklam, takich „rytuałów wynagradzających” dostarcza przywódca,  obiecujący świetlaną przyszłość, wyższy standard życia, albo podwyżkę emerytur i pensji. Problem w tym, że – jak pisze ks. Tomecki - „wszystko to co zabezpiecza i umila codzienne życie odnosi się jednak do sfery estetyki a nie etyki”. Co więcej, powszechnym postulatem nowoczesności stało się dziś podkreślanie, że „etyka musi być świecka”, natomiast religia etyki nie potrzebuje wcale! Kościół ma jedynie robić miłe, estetyczne wrażenie – jakieś, koncerty, wspólne śpiewanki albo wystawy artystyczne w przestrzeniach sakralnych. I dlatego „proponowana przez Kościół etyka wywołuje często wrogość. Jest jako gorzkie lekarstwo, którego kolorową otoczką dziecko nie daje się już zmylić, wybierając raczej tłumienie poczucia winy, nienawiści, rozpaczy i strachu własnymi rytuałami ubezpieczenia i wynagradzania”.

 

Boskie patenty i gwarancje

Na dłuższą metę nie da się jednak tak funkcjonować. Ks. Tomecki przypomina, że już prorocy Starego Testamentu przestrzegali przed fatalnymi konsekwencjami czekającymi społeczeństwo odstawiające religię na boczny tor. „Ten, kto pracuje, aby zarobić, pracuje (odkładając) do dziurawego mieszka!” (Księga Proroka Aggeusza, 1, 2–6). Jeżeli więc gospodarka nie jest oparta na wartościach, a cnoty społeczne zostają zamienione jedynie ich deklarowaniem, musi się to skończyć nieuchronnym krachem. A wtedy „pokrycia nie ma już ani sprawiedliwość społeczna, ani pieniądz” – stwierdza proboszcz z Białorusi, który znakomicie analizuje zjawiska religijne i społeczne, używając do tego celu języka nowoczesnej ekonomii.  I to dosłownie, bo nazywa Kościół po biznesowemu: „Church Farmaceuticals Ltd.”. A zatem Kościół jest jedyną  „spółką” posiadającą „środki i metody leczenia poszczególnych ludzi i całych społeczeństw z naturalnego dla nich stanu ducha nienawiści i rozpaczy”. Co najważniejsze jednak, Kościół nie jest firmą z  ograniczoną odpowiedzialnością.  Mamy raczej do czynienia z „technologią międzynarodowej korporacji, polegającą nie tylko na promowaniu produktu, ale i dalszej obsłudze klienta. Promowana i praktykowana jest troskliwość” – podkreśla ks. Tomecki. Owa troskliwość została wypracowana przez Bożą mądrość i sprawiedliwość, „stąd jest świadczeniem należnym nam od Stwórcy i obwarowanym Jego gwarancjami i patentami”.

I nie należy absolutnie mylić jej ze zwykłym ludzkim rozumieniem „troskliwości”. Bo choć nadal popularna jest idea państwa opiekuńczego i działalność instytucji opieki społecznej, to raczej bliżej im do „brzemiennego zakłopotania” niż autentycznej troski płynącej z serca. Nieprzypadkowo słowa „kłopot” i „troska” mają w wielu językach pokrewne znaczenie. Natomiast troskliwość naturalna jest dostarczana jedynie przez „Church Famaceuticals Ltd.”, a jej główną instrukcją działania są słowa samego Jezusa Chrystusa, który zaleca uczniom „po trzykroć napomnieć i siedmiokroć po siedem razy wybaczać”.

Autor Małej książeczki o troskliwości odwołuje się tutaj do łacińskiego  terminu pietas, oznaczającego zarówno troskę o  przestrzegania praw Boskich, jak i dbałość o ciągłość tradycji, obyczajów i kanonów prawa naturalnego. Czyli dokładnie wszystko to, czym gardzi  współczesna cywilizacja z jej „nowymi świeckimi tradycjami”.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki