Logo Przewdonik Katolicki

Dokumenty czasu tragedii

Adam Gajewski
Fot.

Po obejrzeniu filmów dokumentalnych i reportaży dotyczących katastrofy smoleńskiej można dojść do sokratejskiego wniosku: Wiemy, że nic nie wiemy. To nie są bowiem filmy o technicznych przyczynach katastrofy, odpowiedź na rozpalające wyobraźnię wielu internetowe sensacje. To ważne filmy społeczne.

 


 

Poranek 10 kwietnia roku 2010 wszedł już do historii naszego kraju. Kiedyś wydarzeniom wielkim poświęcało się karty kronik i szpalty gazet, dziś ich rangę zwykliśmy oceniać w nawiązaniu do liczby przekazów telewizyjnych, opublikowanych zdjęć i filmów, zarejestrowanych wspomnień. Reporterom i filmowcom trudno jest pracować, gdy sami odczuwają ból, identyfikują się z emocjami społeczeństwa, są we wspólnocie z bohaterami i odbiorcami własnej twórczości. Z kwietniową traumą dopiero zaczynamy się w Polsce mocować.

Bezwzględnie najpilniejszymi dokumentalistami tego, co wówczas i dziś dzieje się w kontekście Smoleńska, okazują się kobiety: Maria Dłużewska, Joanna Lichocka, Ewa Stankiewicz, Joanna Racewicz, Anita Gargas, Ewa Ewart… – to chyba nie przypadek. Kobiety najszybciej potrafiły się wznieść ponad zwaśniony świat rodzimej polityki i spróbować stworzyć obraz tragedii uniwersalnej, dramatu ogólnonarodowego. Dołączył do nich Jan Pospieszalski. Współuczestniczyli też „ludzie” – bohater zbiorowy pierwszych, wyjątkowych dni żałoby.

Powstałe „na gorąco” sekwencje za jakiś czas mogą stać się dla wielu Polaków wyrzutem sumienia, powodem do przemyśleń, co i dlaczego uczyniliśmy z życiem publicznym w kraju? Czy po śmierci Pierwszego Obywatela oraz blisko setki wysokich rangą urzędników i funkcjonariuszy państwowych, ludzi służby państwowej i społecznej, jesteśmy mądrzejsi, dojrzalsi, lepsi?

 

Wszyscy ludzie prezydenta, czyli opowieści z mgły

 

Mgła – pierwszy z filmów „smoleńskich” powstał impulsywnie, niemalże przypadkiem, co podczas premiery podkreślała współautorka – Joanna Lichocka. W trakcie, gdy wraz z Marią Dłużewską słuchały relacji Jacka Sasina, zastępcy szefa Kancelarii Prezydenta, na stole pojawił się telefon komórkowy z dyktafonem; tak powstało pierwsze nagranie, powtórzone potem w profesjonalnym studiu. Sasin włączył do projektu jeszcze kilku współpracowników z Kancelarii, zaufanych ludzi Lecha Kaczyńskiego. Wszyscy oni w krótkim czasie po katastrofie zostali usunięci z piastowanych funkcji lub odeszli na własną prośbę.

Film jest zatem gorzki, oskarżycielski, ujawniający kulisy rodzimej polityki, w której wzajemne animozje i ambicjonalne postawy krok po kroku zacierały możliwości współpracy na linii prezydent–premier. W tle majaczy kontur potężnego, ościennego mocarstwa. To jednak nie jest political fiction, ale niestety film dokumentalny, wycinek z naszych najnowszych dziejów…

Kilka przytoczonych tutaj faktów szczególnie bulwersuje, świadcząc o tym, że trudnego egzaminu z demokracji i narodowej jedności nasza elita polityczna po prostu nie zdała. Bo jakże tłumaczyć, że uczyniono ponoć wiele, aby to premier, a nie brat zmarłego prezydenta pierwszy stanął na miejscu katastrofy, przyjął oficjalne rosyjskie kondolencje? Dawni urzędnicy Kancelarii Prezydenta są też wstrząśnięci oficjalnym pominięciem ich na uroczystościach pogrzebowych w krakowskiej katedrze. Nie znaleźli „swoich” krzeseł – usiedli na miejscach nieobecnych polityków zagranicznych. – Nikt o nas nie pomyślał, jakbyśmy już nie istnieli, odeszli wraz z prezydentem… – słyszymy takie słowa.

Bohaterowie filmu nie mają już raczej nadziei na mentalną zmianę na szczycie społecznej drabiny w Polsce. Są rozgoryczeni. Za to mówią o swym szacunku i wdzięczności dla setek tysięcy obywateli, którzy na ulicach, na placach, w kościołach, przeżywali godziny i dni niezwykłego poruszenia, znów poczuli się wolnymi podmiotami społeczeństwa…

 

Ważny głos Solidarnych

 

Właśnie ulice, warszawskie i krakowskie place i skwery, okolice Pałacu Prezydenckiego, są scenerią kręconego metodą reportażową słynnego już filmu tandemu Stankiewicz–Pospieszalski zatytułowanego Solidarni` 2010.

Głos ma ulica, tłum; przed kamerą pojawiają się dziesiątki, setki twarzy, gorących wypowiedzi, opinii. Płoną znicze, widać liczne flagi przepasane kirem, trwa żałoba. Nastrój jak z dni znanych nam z podręczników historii, niemalże rewolucyjne wrzenie, podkreślone symbolicznie przez obecne znaki powstańcze, „kotwiczki” Polski Walczącej!

Tymczasem tłum Polaków jest zdumiewająco karny, rozsądny, udziela wielu odpowiedzi zastanawiających celnością i spostrzegawczością. Kluczowym, najważniejszym słowem filmu jest dla mnie „manipulacja”. O niej się mówi, ją się piętnuje. Film dobitnie przypomina, napomina: ludzie nie są ułomni – widzą i wiedzą dużo więcej, niż się wydaje to specom od masowej propagandy, kształtowania społecznej opinii.

W tejże materii polska „uliczna sonda” może być bardzo pouczająca nawet w wymiarze globalnym. Aż prosi się, by stworzyć kiedyś film zestawiający ze sobą dwa medialne oblicza Lecha Kaczyńskiego – sprzed katastrofy i bezpośrednio po niej. To mogłoby zainteresować widza na całym świecie, tego „modelowanego”, kształtowanego przecież medialnie każdego dnia.

Polacy w Solidarnych pytają i oskarżają: – Skoro media miały tyle pięknych zdjęć prezydenta i jego małżonki, dlaczego przez kilka ostatnich lat widzieliśmy tylko zdjęcia wynaturzone, nieudane, kreujące negatywny, karykaturalny obraz prezydenta? Pojawiają się niepublikowane dotąd, ciekawe wywiady z Lechem Kaczyńskim, nagle w jego polityce zagranicznej dostrzeżono logikę, strategię?! Jeżeli publicznie w polityce się obraża, dlaczego publicznie się nie przeprasza? Czy mamy „dyktaturę public relations”? To są naprawdę bardzo ważne pytania. Ważne nie tylko dla nas.

Sam film Stankiewicz i Pospieszalskiego nie uniknął zarzutów o manipulację. Dopatrzono się, że z tłumu kamera wyłowiła w charakterze rozmówców „aż” trzech aktorów. – Czy jednak aktor po godzinach pracy nie ma własnej osobowości i przekonań, czy nie może uczestniczyć w społecznym wydarzeniu, czy aktor nie jest obywatelem? Nie szukałam specjalnie aktorów. – broniła się autorka. Przypadki przecież się zdarzają; w filmie anonimowo widzimy wielkiego międzynarodowego twórcę kina – reżysera Lecha Majewskiego. W pierwszej chwili nawet nie poznałem jego sylwetki. Majewski rozumie ducha ulicy, mówiąc: – Trochę jeżdżę po świecie, mogę porównywać. To przecież było porażające; to, co w Polsce się działo – językiem tak knajackim, tak przeraźliwym mówiło się o prezydencie – i to przechodziło! O, jak było z tym dobrze, jak śmiesznie! Niczym w cyrku! I ten cyrk się teraz skończył!

 

Pierwsza rocznica – kolejne filmy

 

To jednak był chyba jedynie antrakt. Cyrk się nie skończył – powiedzieć już można, po marcowej premierze Krzyża – kontynuacji dokumentu Ewy Stankiewicz. Autorce chodzi oczywiście o ten krzyż z Krakowskiego Przedmieścia, wokół którego rozgorzał spór na argumenty, administracyjne decyzje, wreszcie na wyzwiska, szykany, ciosy i najstraszliwsze inwektywy. Tenże film niech będzie bolesnym świadectwem szybkiego upadku aury żałoby i zgody, również dowodem na to, że „manipulacja” trwa, ma swoją falę zwrotną. Media „żywiły się” religijno-społecznym sporem, starannie podsycały jego istnienie i żarliwość. To fakt, celnie przypominany teraz, w bezpośredniej bliskości pierwszej rocznicy smoleńskiej katastrofy.

Czekają nas jeszcze kolejne filmy. Dwie dziennikarki telewizyjne: Ewa Ewart oraz Joanna Racewicz przygotowały dokument W milczeniu. Ewart ma wielkie doświadczenie międzynarodowe, do światowych tragedii podchodzi zawsze z subtelnością, szukając najważniejszego – osobistego, prywatnego wymiaru każdej grozy. To ona zarejestrowała wstrząsający głos Dzieci Biesłanu. W cieniu katastrofy smoleńskiej postanowiła wysłuchać wdów po ofiarach lotniczego wypadku. Współpracująca z Ewart Joanna Racewicz, tworząc film, przezwyciężała swój własny ból – jest wdową po funkcjonariuszu prezydenckiej ochrony, pełniącym służbę na pokładzie tupolewa.

Tytuł filmu Anity Gargas – 10.04.10 – nieprzypadkowo ma się zaś chyba kojarzyć z głośnym dokumentem Michaela Moore’a Fahrenheit 9/11, polemizującym z oficjalnym obrazem wypadków z 11 września 2001 r. w USA. Dziennikarka odnalazła rosyjskich świadków katastrofy, mieszkańców Smoleńska i okolic. Już pierwsze zdanie treilera zapowiadającego film ma frapować. Rozmówca stwierdza: – Sytuacja wyglądała trochę nie tak, jak to nam przedstawiają.

Wkraczamy na nową, trudną ścieżkę: w rok po katastrofie zaczyna interesować nas również technika… 

 

                                                    

         

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki