Logo Przewdonik Katolicki

Pod eskortą ZOMO

Ks. Piotr Gąsior
Fot.

Wiązanki wulgaryzmów, głuche telefony, przesłuchiwania, eskortowanie z lufą karabinu skierowaną w plecy na co jeszcze musiał być przygotowany polski ksiądz podczas stanu wojennego?

Wiązanki wulgaryzmów, głuche telefony, przesłuchiwania, eskortowanie z lufą karabinu skierowaną w plecy – na co jeszcze musiał być przygotowany polski ksiądz podczas stanu wojennego?

 

„Trzeba was pozamykać”

Trudno sobie wyobrazić, co przeżywali księża pracujący w Nowej Hucie w latach 1981–1983. Zwracam się z tym pytaniem do ks. proboszcza Stanisława Podziornego. – Pamiętam taką historię, kiedy przyszło do mnie do kancelarii dwóch panów. Jednym z nich był Piotrowski – ten sam, który uczestniczył w zamachu na ks. Jerzego Popiełuszkę. Byli wręcz wyzywający. Krzyczeli. Zachowywali się naprawdę butnie. Mówiłem im, żeby wyszli i że nie są u siebie. Wówczas nakrzyczeli na mnie, klnąc. Mam wrażenie, że chcieli mnie wystraszyć. Trzasnęli drzwiami i wyszli.

Okazuje się, że taka była ich metoda – wywołać psychozę strachu. Czy im się udawało? Pogróżki typu: „trzeba was wszystkich pozamykać”, „jesteście wrogami Ojczyzny” padały z ust przedstawicieli ówczesnej władzy bez najmniejszych zahamowań.

 

Było to upokarzające

Zresztą na słowach się nie kończyło. – Ruszałem kiedyś samochodem spod kościoła w Bieńczycach – wspomina ks. Podziorny – aż tu nagle na maskę mojego auta rzuca się dwóch zomowców. Kazali mi natychmiast wyjść. Byłem w samej sutannie. Na dworze ziąb. Mieliśmy czekać na dowódcę. Czekaliśmy z pół godziny. Próbowałem rozmawiać z tymi chłopakami, bo to młodzi ludzie byli. Nie mieli zbytnio ochoty. Chciałem się dowiedzieć skąd są. Jeden mi odpowiedział, że spod Częstochowy.

Co było dalej? – W końcu zaprowadzili mnie na komisariat na os. Złota Jesień. Mówiąc konkretnie, oni szli za mną, trzymając w rękach broń skierowaną w moje plecy. Bałem się, czy im coś nie strzeli do głowy, bo czułem od nich alkohol. Było to dla mnie upokarzające, kiedy musiałem iść z rękami podniesionymi do góry jak jakiś zbrodniarz i to jeszcze na oczach moich parafian.   

 

Karmieni antyklerykalizmem

Samo przesłuchanie odbywało się wedle znanego scenariusza. Najpierw tzw. zmiękczanie. Ks. Podziorny odsiedział na korytarzu w towarzystwie „aniołów stróżów” około półtorej godziny. Inni zomowcy wracając i wychodząc z komisariatu na kolejną tzw. akcję, patrzyli na niego z nienawiścią. – Czuć było, że zostali nakarmieni antyklerykalizmem na ich wykładach. Zerkali na mnie jak na wroga. Potem następował „magiel”, który przeprowadzało z reguły dwóch lub trzech milicjantów. A od mniej więcej pierwszej po północy do piątej trzydzieści ks. Podziorny – znów na korytarzu – czekał na „werdykt”. Wypuszczono go przed szóstą bez żadnego wyjaśnienia. Ksiądz powrócił do domu pieszo. Zdążył się tylko umyć, bo już o szóstej miał stanąć przy ołtarzu, by w spokoju złożyć ofiarę Pańską.

 

Doprowadzić do szału

Nękanie duchownych, między innymi pracujących w parafiach nowohuckich, odbywało się także przy pomocy telefonu. Aparat dzwonił praktycznie o każdej porze dnia i nocy. Jakiś dyżurny miał taką pracę, żeby księży doprowadzić do szału. Często były to po prostu głuche telefony. Bywało jednak – mówi ksiądz prałat – że podnosząc słuchawkę, słyszeliśmy stek epitetów, wulgaryzmów i przekleństw. Nikt się nigdy nie przedstawiał, a po wykonaniu swojego „zadania” odkładał słuchawkę. Najtrudniejsze do zniesienia były telefony tego typu podczas dyżurów w kancelarii.

Łatwo się domyślić, że była to swoista próba zaszczucia kapłanów. A oni? Starali się mimo wszystko od ludzi nie odsuwać. Zdawali sobie sprawę, że np. wśród słuchaczy ich kazań są donosiciele. Mieli jednak na tyle odwagi, by w tamtych warunkach głosić prawdę. I chwała im za to.

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki