Logo Przewdonik Katolicki

"Wojna nie była aż tak zła"

Adam Suwart
Fot.

Choć w ostatnich, przedświątecznych tygodniach politycy niemieccy i polscy ucichli, wiele wskazuje na to, że 2010 r. może okazać się przełomowy w stosunkach państw z obu stron Odry.

 

 

Już miniony, 2009 r., był pod wieloma względami inny od poprzednich, jeśli idzie o relacje polityczne pomiędzy Polską a Niemcami. Wielu polityków po raz pierwszy przełamało „kicz pojednania”, przyznając, że stosunki polsko-niemieckie aktualnie są najgorsze od 20 lat. Przyznano wreszcie, że ów „kicz pojednania”, jako produkt uboczny sztampowej działalności politycznej, jest stereotypem, w który trudno dłużej wierzyć. Nie wystarczy powtarzać frazesów o przyjaźni obu państw, aby istniała ona naprawdę, tym bardziej że we wzajemnych relacjach doszło do wielu zaszłości, na które od lat nie reagowano na czas, co jedynie eskalowało coraz bardziej jawną niechęć i niezrozumienie. Jedyną drogą do wyjścia z tego impasu jest polityka konkretnych czynów, na które winni zdobyć się politycy z obu stron, szczególnie jednak aktywnie chyba ci z zachodniej. Rok 2009 wydawał się okazją do wielu takich działań, wszak obchodzono w nim wiele ważnych dla obu państw i narodów wydarzeń i rocznic: 20-lecie przemian solidarnościowych w Polsce i obalenia muru berlińskiego, 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej wywołanej przez Niemcy oraz federalne wybory parlamentarne w Niemczech. Wydaje się jednak, że okazji do rewaloryzacji wzajemnych stosunków politycy nie wykorzystali wystarczająco, a bilans relacji polsko-niemieckich jeśli nie jest wręcz ujemny, to nadal pozostaje na niebezpiecznym poziomie zerowym.

 

Pod znakiem wypędzonych

 

Dramatem Niemiec może być to, że dwadzieścia lat po zjednoczeniu tzw. elity polityczne tego kraju nie zdołały wypracować żadnej aktywnej i pozytywnej polityki wobec Polski. Wprawdzie w obliczu nadmiernej eskalacji niemieckich oskarżeń o skutki wojny, kierowanych wobec Polski, kolejni niemieccy kanclerze zabierali głos, by zapewnić Polskę o swojej przyjaźni, jednak trudno taką minimalistyczną politykę uznać za satysfakcjonującą w kraju zbrodniczo zaatakowanym przez Niemcy przed siedemdziesięciu laty. Dowodem na to były także wydarzenia sprzed roku, kiedy zapalona w swej odysei „kanonizacji” wypędzonych Erika Steinbach wpychała się niezręcznie do rady fundacji zarządzającej „Widocznym Znakiem”, czyli muzeum mającym „upamiętniać wypędzenia”. Jakże brakowało przez długie miesiące stanowczego weta wobec tych aspiracji ze strony oficjalnych czynników w Republice Federalnej Niemiec. Ilu komentatorów w Polsce zżymało się, że taki polityk, jak Erika Steinbach może dyktować swe racje całemu Bundestagowi i rządowi federalnemu? Od lat w butnych wypowiedziach potrafiła od Polski i Czech domagać się „zadośćuczynienia moralnego za krzywdy doznane przez Niemców w czasie wypędzeń”. Tego typu aberracje nie natrafiały na odpór w Niemczech, wręcz przeciwnie: spotykały się z aplauzem podczas swojskich zlotów „Tag der Heimat”, przy jodłowaniu i bawarskim piwie, wobec setek niemieckich obywateli. Z tym większym entuzjazmem zareagowała polska scena polityczna i opinia publiczna na ogłoszoną wiosną 2009 r. decyzję samej Eriki Steinbach o rezygnacji z zajęcia przez nią miejsca przeznaczonego dla przedstawiciela Związku Wypędzonych, w radzie fundacji mającej zarządzać „Widocznym Znakiem”. Polskie media pisały w tryumfalnym tonie, że „znika jeden z problemów w stosunkach polsko-niemieckich”, „Erika Steinbach została pokonana”, a „polska dyplomacja odniosła sukces”. „Przewodnik Katolicki” i inni nieliczni komentatorzy, w bardziej pesymistycznym tonie, napisali w maju 2009 r., że entuzjazm ten jest nieuprawniony. Następne miesiące potwierdziły, niestety, że mieliśmy rację.

 

Pozorny kompromis

 

Steinbach miała podobno zrezygnować z obiecanego jej związkowi i jej samej miejsca w radzie owej fundacji, po tym jak perswazji wobec szefowej niemieckich rewizjonistów dopuściła się kanclerz Niemiec Angela Merkel. Ta ostatnia doprowadziła do rezygnacji Steinbach, wywiązując się z dyplomatycznych zobowiązań, jakie Polska i Niemcy powzięły wobec siebie w toku wcześniejszych rokowań. W lutym 2008 r. pełnomocnik premiera Tuska ds. stosunków z Niemcami, Władysław Bartoszewski, ustalił z niemieckim federalnym ministrem kultury Berndtem Neumannem, że Polska nie będzie stawiała weta wobec samego faktu powstania w Berlinie tzw. Widocznego Znaku, a w zamian za to Niemcy zobowiążą się, że w radzie nadzorczej „Widocznego Znaku” nie zasiądzie kontrowersyjna Erika Steinbach. Rzeczywiście, w wyniku tego targu kanclerz Merkel, słynącej z zamiłowania do politycznego kompromisu, udało się nakłonić z pozoru nieugiętą Erikę Steinbach do rezygnacji z jej udziału w pracach muzeum. W oświadczeniu, jakie w związku z tym faktem wydał Związek Wypędzonych, któremu Steinbach przewodzi od prawie 12 lat lat, mogliśmy przeczytać m.in., że Wypędzeni rezygnują z forsowania kandydatury Steinbach, ponieważ „nie chcą dawać taniego pretekstu, by na ostatniej prostej realizacja ustawy o «Widocznym Znaku» została wstrzymana”. „Nic nie sprawiłoby większej radości przeciwnikom tej idei” – dodali cynicznie Wypędzeni, deklarując jednocześnie, że na miejsce, którego nie może zająć Steinbach, nie wskażą nikogo innego, gdyż „nikt nie będzie im mówił, kogo mają nominować”.

Już po kilku miesiącach, w listopadzie 2009 r., mogliśmy przekonać się, że Steinbach nie tylko nie zniknęła z pejzażu polsk0-niemieckich stosunków, ale zmusiła nowego wicekanclerza i szefa niemieckiej dyplomacji Guido Westerwellego do ponownego wypowiedzenia się w kwestii jej obecności w radzie fundacji.

 

Nadzieja w nowej koalicji?

 

Szczęśliwie z tym ostatnim nazwiskiem można w Polsce wiązać pewne nadzieje. Westerwelle, polityk średniego pokolenia, który wszedł do nowego rządu jako minister spraw zagranicznych w randze wicekanclerza ze strony nowego koalicjanta, liberalnej FDP – uczynił już na początku swego urzędowania wiele, by zjednać sobie Polaków. Pierwsza podróż zagraniczna szefa niemieckiej dyplomacji miała za cel Warszawę, co uznano za szczególny gest wobec wschodniego sąsiada. Tym większa była wymowa tego gestu, że Westerwelle zapewnił stronę polską, że podtrzymuje swoje weto wobec starań Steinbach o jej udział w radzie fundacji „Widocznego Znaku”. To wyraźne zdystansowanie się od roszczeniowych pretensji środowisk wypędzonych naraziło Westerwellego na ataki we własnym kraju - część skrajnych środowisk zastanawiała się wówczas głośno, czyje interesy reprezentuje nowy federalny minister spraw zagranicznych: niemieckie czy polskie.

 

Język i edukacja

 

Jednak Westerwelle, a także polskie władze będą musiały poradzić sobie z innymi problemami, jeśli rzeczywiście chcą prawdziwego pojednania. Jednym z nich jest coraz częstsza praktyka dyskryminacji ze względu na język i narodowość, jakiej Polacy żyjący czy zamieszkali w Republice Federalnej doznają nie tylko w życiu codziennym, ale bardziej nawet ze strony niemieckich urzędów, sądów czy ustawodawstwa. Głośne są przypadki zabraniania w małżeństwach mieszanych, polsko-niemieckich, rozmowy rodzica – Polaka z dzieckiem właśnie w języku polskim. Podobna asymetria występuje w traktowaniu mniejszości narodowej. Podczas gdy Niemcy zamieszkali na terytorium Rzeczypospolitej mają status mniejszości narodowej, to Polacy mieszkający w Niemczech nie mogą go uzyskać, a raczej odzyskać po tym, jak utracili go jeszcze na mocy hitlerowskiego ustawodawstwa.

Może nas krzepić godne zachowanie niemieckiej kanclerz, która 1 września 2009 r. na Westerplatte publicznie ukorzyła się, wyznając winę Niemiec w wywołaniu II wojny światowej i zbrodniach wojennych na narodzie polskim, ale nie możemy jednocześnie zapominać, że w tym samym czasie na 123 przekłamania w światowej prasie, mówiące o „polskich obozach koncentracyjnych” aż 31 pojawiło się w 2009 rn w mediach niemieckich. Żadne jednorazowe, symboliczne gesty niemieckich polityków, nawet tych z pierwszego szeregu, nie przeciwstawią się machinie medialnej, na przykład jednej z głównych niemieckich telewizji, która – gdy rozpoczynał się proces Demjaniuka, wyjaśniała ustami swego elokwentnego reportera, że chodzi o „ukraińskiego żołnierza, który służył w polskim obozie zagłady”. Przepraszający później za to szef niemieckiej stacji telewizyjnej, wprawdzie przyznał, że popełniono błąd, ale zaraz wytłumaczył go „tempem telewizyjnego przekazu i zastosowaniem skrótu myślowego”. Tego rodzaju „skróty myślowe” muszą być we współczesnych Niemczech nadzwyczaj rozpowszechnione, skoro według jednego z niedawnych sondaży „57 proc. niemieckich 15-latków nie wie, co działo się w obozach zagłady, 87 proc. twierdzi, że przebywali w nich tylko przestępcy, 25 proc. - że umierały tylko jednostki, a aż 35 proc. nie słyszało „nic konkretnego” o masowej eksterminacji”. Wynika z tego, że w Niemczech potrzebna jest druga fala podstawowej edukacji. Żadne bowiem zapewnienia i deklaracje polityków niemieckich, choćby najbardziej płomienne i czołobitne, nie odniosą najmniejszych skutków: nie tu nad Wisłą, ale właśnie tam, nad Sprewą i Renem, gdzie dziś są najbardziej potrzebne. Na nic się zda bezsilność i złość Polaków rugowanych ze swych domów – o ironio -  przez polskie sądy, podczas gdy milionowe odszkodowania z polskich pieniędzy publicznych dla osób pokroju Agnes Trawny nie tylko nie będą na zachód od Odry dziwić nikogo, ale wręcz uznawane będą za coś naturalnego i pożądanego. Wtedy jeszcze bardziej uprawomocni się okrutny lęk nie kogo innego, jak samego Heinricha Bőlla, niemieckiego pisarza i laureata literackiej Nagrody Nobla: „Boję się nagabywania przez na wpół pijanych Niemców [...], zawsze zaczynają opowiadać o wojnie, uważają, że była wspaniałą rzeczą, a kiedy się ostatecznie upijają, okazuje się, że są mordercami i według nich «nie było aż tak źle»”. Rok 2010 będzie ważnym sprawdzianem, czy lęk ten jest zasadny.

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki