Logo Przewdonik Katolicki

Pani Iłła z Gajowej

Adam Suwart
Fot.

Była nawróconą na wiarę osobistą nieprzyjaciółką Pana Boga. Uznana za pierwszą damę polskiej poezji, sama mówiła, że woli prozę. Większość swego życia spędziła w niewielkim pokoju, adoktorat honoris causa przyjęła na korytarzu swojego mieszkania. 25 lat temu odeszła na zawsze. Kazimiera Iłłakowiczówna. Ulica Gajowa w Poznaniu....

Była nawróconą na wiarę „osobistą nieprzyjaciółką Pana Boga”. Uznana za pierwszą damę polskiej poezji, sama mówiła, że woli prozę. Większość swego życia spędziła w niewielkim pokoju, a doktorat honoris causa przyjęła na korytarzu swojego mieszkania. 25 lat temu odeszła na zawsze. Kazimiera Iłłakowiczówna.



Ulica Gajowa w Poznaniu. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od najruchliwszego w mieście ronda Kaponiera, a panuje tu zadziwiający spokój i cisza. Tylko raz po raz, niezmiennie od kilkudziesięciu lat, słychać tu charakterystyczny zgrzyt tramwaju i przestawianej zwrotnicy. To stara zajezdnia, do której prowadzi torowisko ułożone wśród granitowej kostki brukowej. Naprzeciwko, pod numerem czwartym na Gajowej wznosi się stylowa, secesyjna kamienica zbudowana przez Niemców u schyłku zaborów.

W mieszkaniu numer osiem, na drugim piętrze, znajduje się niewielki, niespełna trzydziestometrowy pokój, w który musiała pomieścić się sypialnia, pracownia, salon i toaleta Kazimiery Iłłakowiczówny. Tutaj słynna poetka przeżyła ponad 35 lat. Dziś mieszkanie to, będące oddziałem Biblioteki Raczyńskich, można zwiedzać. W niemal nienaruszonym stanie przetrwało ćwierć wieku od śmierci poetki.



Trudny życiorys


Do Poznania dostała się przypadkiem, szukając po wojnie schronienia, którego odmówiły jej w Warszawie komunistyczne władze. Czyż nie miała jednak „szczęścia”, że nie spotkał jej jeszcze gorszy los? Od lat 20. była bowiem znana nie tylko jako pierwsza w historii polskiej dyplomacji kobieta, będąca dyplomowanym urzędnikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale przede wszystkim jako jedna z najbliższych współpracownic marszałka Piłsudskiego. W latach 40. mogło to brzmieć jak wyrok... Iłłakowiczówna pewnie i to by zniosła, bo życie jej nie rozpieszczało, na każdym kroku komplikując los, któremu z niezwykłą klasą i godnością, do ostatnich dni, stawiała czoła...

Już ustalenie samej daty narodzin przyszłej poetki nastręcza sporo trudności.  Na ogół podaje się lata 1892 i 1893. Jednak jest prawie pewne, że Kazimiera urodziła się 6 sierpnia 1888 roku w Wilnie, a późniejsza data – rok 1892 – jest zapisana w metryce chrztu, jako moment udzielenia tego sakramentu. Kolejnych niejasności przez dziesięciolecia przysparzały nazwiska rodziców Kazimiery. Ona sama przez kilkanaście pierwszych lat swojego życia była przekonana, że jest córką Jakuba Iłłakowicza i jego żony Żeni. Prawda była jednak znacznie bardziej zagmatwana, a jeszcze sto lat temu – trudna do przyjęcia. Kazimiera poznała ją jako młoda panna, będąca na pensji. Jakub Iłłakowicz był naprawdę wujem Kazimiery, bratem jej matki. Matka, Barbara Iłłakowiczówna, była guwernantką i prywatną nauczycielką języków. Jako panna pokochała z wzajemnością żonatego mężczyznę, jednego z najbardziej wziętych w Wilnie adwokatów – Klemensa Zana. Był on synem słynnego „Promienistego”, polskiego poety i przyjaciela Adama Mickiewicza – Tomasza Zana. Związek biologicznych rodziców Kazimiery Iłłakowiczówny był tragiczny. Ukrywana przed otoczeniem prawda mogłaby przyczynić się do „śmierci społecznej” matki Kazimiery – Barbary, panny z dwiema córkami, które miała z żonatym mężczyzną. Klemens Zan był jednak człowiekiem honoru, a poza tym szczerze kochał Barbarę Iłłakowiczównę. Chciał uznać obie nieślubne córki, a w przyszłości poślubić Barbarę. Niestety, w 1889 roku, gdy Kazimiera była zaledwie rocznym oseskiem, Klemens został zamordowany przez płatnego zabójcę w pociągu, na tle spraw, jakimi zajmował się jako adwokat. Cztery lata później zmarła na suchoty Barbara, matka Kazimiery. Z dnia na dzień, zaledwie pięcioletnie dziecko zostało samo na świecie. Za rodziców uznali się wspomniani krewni. Nie zajmowali się oni Kazimierą. Biegała zabiedzona samopas po gospodarstwie. Dowiedziała się o tym miejscowa ziemianka, hrabina Zofia Buynowa z książąt Plater-Zyberków. Nie mając własnych dzieci, bez wahania przygarnęła zaniedbane kilkuletnie dziecko. Pod niezwykle kochającym sercem hrabiny, która z czasem stała się niemal prawdziwą matką, Kazimiera dorastała, stając się dystyngowaną damą o nienagannych manierach, solidnym wykształceniu i coraz rozleglejszych kontaktach.



Naukowa epopeja


Jej edukację znaczyły kolejne znakomicie zaliczone semestry, kursy i uczelnie – gimnazjum w Dźwińsku, matura w Petersburgu, słynna pensja Cecylii Platterówny w Warszawie, Oksford, Fryburg, Genewa i Londyn. W latach 1910-1914 potwierdziła swoje zagraniczne wykształcenie, zdobywając na Uniwersytecie Jagiellońskim absolutorium w zakresie anglistyki i polonistyki. W trakcie krakowskich studiów zmarła hrabina Buynowa, która ukochała Kazimierę niczym własną córkę. Kazimiera z czasem poświęci tej „matce z wyboru” swe najpiękniejsze, najbardziej sentymentalne wiersze.

Lata I wojny światowej Kazimiera spędza na froncie rosyjskim jako siostra miłosierdzia. – Za swoją ofiarną pracę,  pomoc rannym i chorym otrzymała nawet Order Jerzego i Anny. W mieszkaniu na Gajowej do dziś przechowywana jest opaska siostry miłosierdzia z dalekiego frontu I wojny światowej. Po wojnie Kazimiera Iłłakowiczówna szybko znajduje zatrudnienie w Ministerstwie Spraw Zagranicznych odrodzonej Rzeczypospolitej. Po siedmiu latach, jako pierwsza kobieta, będąca dyplomowanym urzędnikiem MSZ, cieszy się już takim zaufaniem, że zostaje osobistym sekretarzem samego marszałka Piłsudskiego. – Sama nigdy nie życzyła, aby mówić, że była „sekretarką Marszałka” – opowiada Elżbieta Andrzejewska. Sekretarki są od odbierania telefonów i podawania kawy – dodawała. Pracę u boku Marszałka, który miał do Iłłakowiczówny pełne zaufanie i upoważnił ją do podpisywania wielu pism w jego imieniu, zakończyła wraz z jego śmiercią w 1935 roku. Jednak aż do 1938 roku odwiedziła kilkadziesiąt miejsc w Europie z wykładem o Marszałku. Wydała też tom wierszy o nim pod tytułem „Ścieżka obok drogi”.


Wojenna nauka języków


We wrześniu 1939 roku Iłłakowiczówna wraz z całym personelem Ministerstwa Spraw Zagranicznych ewakuuje się do Rumunii. Spędza tam całą wojnę. Podczas gdy wielu urzędników przedostaje się do Szwajcarii, Francji czy do Londynu, o Iłłakowiczównie zapomniano. Skazana na pobyt w Rumunii, nie pozostaje jednak bezczynna. Zatrudnia się jako guwernantka w rodzinie lekarza, profesora Tataru, gubernatora Klużu. Uczy się nie tylko rumuńskiego, ale poznaje też – po wkroczeniu wojsk węgierskich – jeszcze trudniejszy język Węgrów. W 1942 roku paszport dyplomatyczny Iłłakowiczówny traci formalną ważność. Przed 1939 rokiem, zapewne nie spodziewając się tak długiego przebiegu wojny, nie zadbała o wyrobienie dłużej ważnego paszportu. Przez pięć lat stara się bezskutecznie o ważny dokument. – Dla niej wojna trwała więc o dwa lata dłużej. Dopiero w 1947 roku, m.in. dzięki staraniom Juliana Tuwima, udało się Iłłakowiczównie wrócić do Warszawy. Formalnie była nadal pracownikiem MSZ, tyle że urlopowanym. Po powrocie do stolicy podjęła więc starania o przywrócenie do pracy. Spotkała się z odmową. Po raz kolejny w swym życiu została zupełnie sama. Przedwojenne, rozległe mieszkanie spłonęło doszczętnie, oszczędności przepadły, znajomości nagle stopniały albo okazały się nieskuteczne. Komunistyczna stolica zatrzasnęła przed nią drzwi.



W Poznaniu „na wygnaniu”


Wyruszyła więc w podróż po zagruzowanym, powojennym kraju, który wkrótce zmienił nazwę na Polska Rzeczpospolita Ludowa i w którym imię Józefa Piłsudskiego można było wymawiać najwyżej szeptem. Zatrzymała się na chwilę w Poznaniu na przełomie 1947 i 1948 roku i… została tu na ponad 36 lat swego dalszego życia. Początkowo mieszkała w hotelu „Continental”. Przeglądając poranną gazetę, odnalazła ogłoszenie o wolnym pokoju w mieszkaniu nr 8 przy ul. Gajowej. Przyszła i tak już została. Stała się jednym z najbardziej barwnych mieszkańców powojennego Poznania. Żyła skromnie, wręcz ubogo w niewielkim pokoju. Tu przyjmowała gości, wśród nich Jarosława Iwaszkiewicza, Pawła Hertza, Wojciecha Bąka, Marię Dąbrowską. Przybywali do niej dziennikarze, literaturoznawcy, poloniści, studenci. Wszystkich podejmowała z klasą przedwojennej arystokracji, nieco ekscentrycznej, nietolerującej spóźnień, coraz powszechniejszego chamstwa, mającej swe zabawne niekiedy przyzwyczajenia. Na Gajowej powstało wiele jej tłumaczeń Wolfganga

Goethego, Heinricha Heinego, Friedricha Dürrenmata, Sándora Petöfiego, Emily Dickinson.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki