Logo Przewdonik Katolicki

Dobrze, że znów przyszły

ks. Tomasz Ważny CM
Fot.

"Bosko-polskie wędrowanie" Jak to dobrze, że znów nadeszły święta. Jak dobrze, że jest Boże Narodzenie, że raz jeszcze przy- szło człowiekowi zerwać z kalendarza kartkę, na której skromnie i zwyczajnie jakoś, tak bardzo powszednio, było napisane "23 grudnia" i oczom ukazała się następna - choć też jeszcze czarnym kolorem druku naznaczona, to przecież bezapelacyjnie zwiastująca...

"Bosko-polskie wędrowanie"

Jak to dobrze, że znów nadeszły święta. Jak dobrze, że jest Boże Narodzenie, że raz jeszcze przy-
szło człowiekowi zerwać z kalendarza kartkę, na której skromnie i zwyczajnie jakoś, tak bardzo powszednio, było napisane "23 grudnia" i oczom ukazała się następna - choć też jeszcze czarnym kolorem druku naznaczona, to przecież bezapelacyjnie zwiastująca już święto - z dumnie wydrukowaną liczbą "24" i dopisanymi u dołu "Wschód słońca..., zachód słońca... Adama i Ewy. Wigilia". I kolędy znów przyszło śpiewać z kochanymi ludźmi, i życzenia sobie składać, i łamać się bialutkim opłatkiem. Przecież nie było zaskoczenia. Co roku są święta. I nic się tu nie zmieniło od lat. A jednak nieodmiennie coś się rusza w sercu, coś ciepłego czuje człowiek w środku, gdy już przyjdą.
I w ogóle - jest czymś doprawdy wspaniałym fakt, że życie płynie nam rytmicznie: od stycznia do grudnia, od święta do święta, od nadziei do nowej nadziei... Że są pory roku, i że po zimie na pewno przyjdzie wiosna. I to jest też cudowne, że święta rozrzucone są po kalendarzu jak rodzynki w dobrym, drożdżowym cieście. Jak mówią smakosze, ani rodzynki same w sobie, ani ciasto drożdżowe (choć jest to - moim zdaniem - wynalazek genialny) nie smakują tak, jak mądre połączenie obydwu w jeden wyrób cukierniczy. Bo ów rytm, owe zmiany, owo następowanie po sobie powszedniości i świętowania, które się w gruncie rzeczy ciągle powtarza upartą amplitudą, one sprawiają, że życie nam "smakuje".

Święta przed świętami - a może to całkiem dobry pomysł?


Pozwólcie zwierzyć się z dziwnego wniosku, do jakiego dochodzę, gdy tak sobie rozważam o owym - niezbędnym i pięknym jednocześnie - rytmie roku i świętowaniu. Otóż, łapię się od jakiegoś czasu na tym, że przestaje mi przeszkadzać owa "nowa świecka tradycja", z jaką zetknąć się musiał każdy, kto któregoś z szarych listopadowych dni robił zakupy w jednym z tych bardzo dużych sklepów, które nie wiedzieć czemu całkiem nie po polsku nazwano "hipermarketami" - tradycja (czy też raczej może "tradycja") gromko piętnowana z niejednej polskiej ambony... Ów z Zachodu do nas przywleczony zwyczaj polega na tym, że gdy znikną z półek ostatnie znicze, donice z chryzantemami i nie zawsze ładne sztuczne wiązanki nagrobne - słowem, wszystko to, co jest znakiem i symbolem świętowania pamięci o zmarłych, ich miejsce zajmują - od razu, bez chwili nawet kwarantanny - choinkowe lampki. I łańcuchy srebrne, i złote, i bombki przecudnej urody, no i płyty z kolędami - do wyboru, do koloru. I zaczynają się, grubo przed Bożym Narodzeniem, całkiem inne, handlowe święta. Święta, które - w przeciwieństwie do tych prawdziwych - kończą się od razu następnego dnia po dwudziestym szóstym grudnia.
Już mi w mówili niejeden raz, w radiu i telewizji, badacze ludzkich zachowań i obserwatorzy życia społecznego, że nie mam wyjścia i muszę się z tym pogodzić. No to się godziłem, ale nic ponadto. Od pewnego jednak czasu - jako się wyżej rzekło - obserwuję w sobie dość znaczny stopień akceptacji tego stanu rzeczy. No, bo gdy tak sobie siądę i o tym zjawisku trochę pomyślę, i tak poobracam je w głowie kilka razy, to dochodzę do paradoksalnego na pierwszy rzut oka wniosku, że może to i dobrze, że tak nam te święta uparcie stręczono ze wszystkich stron już od pierwszych dni listopada. Że nas tak żarliwie przekonywano do tego, żeby intensywnie o Bożym Narodzeniu myśleć już długo, długo naprzód, zanim w ogóle przyszedł grudzień pachnący świętami, a nawet zanim nadeszły Barbórka i mikołajki - i Adwent w kościele się stał, i rekolekcje adwentowe też.
Skąd ten wniosek i czy aby nie nazbyt lekkomyślny? Już tłumaczę. Otóż, jakimś truizmem jest, oklepanym do bólu zbitkiem słów, stwierdzenie, że "Boże Narodzenie to najbardziej rodzinne święta". Co roku owe słowa "najbardziej rodzinne" krzyczą z łamów gazet, wlewają się do oczu i uszu z ekranów telewizyjnych i radiowych głośników. Bo też to i prawda. Przynajmniej nie słyszałem nigdy głosów sprzeciwu w tej materii. Są więc te "najbardziej rodzinne święta" stałym i nieodłącznym elementem owego rytmu roku, który, zwielokrotniony, na dziesiątki liczony i powtarzany od nowa i od nowa, czymże innym jest, jak nie rytmem życia przecie? A skoro tak, to owo długie tygodnie trwające przypominanie, że zbliżają się "najbardziej rodzinne święta" - zgoda, li tylko chęcią zwiększenia zysków dyktowane - przygotowuje nas do tego, by rozmyślnie, świadomie i najlepiej, jak tylko można, ucieszyć się rodziną. Przygotowuje rokrocznie i bez ustanku. Przygotowuje, podsuwając przed oczy - najczęściej przy okazji telewizyjnych reklam - jakieś znaki, atrybuty: a to melodię kolędy, a to widok rozświetlonej choinki, a to wreszcie - obraz biało wyściełanego stołu, przy którym rodzina - najprawdziwsza rodzina: z dziadkami i obojgiem rodziców, i najczęściej ze sporą gromadką dzieci - radośnie przeżywa swoje bycie ze sobą.
I o to chodzi! Skoro bowiem co roku, czy o tym pamiętać chcemy, czy też nie, przychodzą święta, które trzeba, powinno się, musi się wręcz przeżyć w gronie rodzinnym (a jeśli się nie da, to przynajmniej o swojej rodzinie tego dnia pamiętać szczególnie mocno), i jeśli zgoda na ten fakt jest powszechnie dzielona, ba! wręcz podkreślana, to znaczy, że świat jednak jeszcze nie zwariował... Skoro w świąteczne wieczory nieodmiennie co roku pokazuje się w telewizji reportaże o ludziach, którzy z racji swojego zawodu muszą spędzać święta z dala od rodziny i wszystkie owe reportaże przesiąknięte są wręcz pełnym współczucia tonem: "jakże oni dziś muszą być smutni, jakże dziś im ciężko, że nie są z rodziną", to znaczy, że w ogóle nie mają racji ci, którzy twierdzą, że rodzina się przeżyła, że jest źródłem jakiejś opresji, przemocy i niczego ponadto. Twierdzą tak - i czynią to coraz bardziej hałaśliwie, niektóre zaś media życzliwie przychylają im łamów i eteru, a pozarządowe organizacje - całkiem sporych pieniędzy na to, by swoje aberracyjne poglądy mogli głosić głośniej, szerzej i odważniej.
Pozwólcie mi jeszcze raz powtórzyć: jak to dobrze, że są święta. Że przychodzą i wytrącają oręż z ręki współczesnym piewcom antyrodzinnej rewolucji. Byle tylko wznieść się ponad te wszystkie reklamowe chwyty, ponad emocje czasem zbyt płytkie i nastroje zbyt krótkotrwałe, i chwycić sens. Smak świąt poczuć całym sobą - i przeżyć je tak, żeby kawałkiem nieba stał się na tych kilkadziesiąt godzin rodzinny dom. I "Domowym Kościołem" by stała się rodzina, w której wspólnie, wreszcie wspólnie, mówi się i myśli tego wieczoru o największej ze wszystkich miłości - o miłości Boga, który "tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał...". Kto wie, może następna okazja ku temu przyjdzie dopiero za rok?
A teraz trochę zmienię temat, ale tylko trochę...

O polskich "Betlejemkach"


Muszę się przyznać, że mam małego bzika na punkcie polskiej historii i polskiego krajobrazu. Gdy mam choć kilka godzin wolnego czasu, otwieram mapę, zakreślam starym ołówkiem jakieś nieznane mi jeszcze miejsce, po czym wsiadam do auta i jadę. Trochę to kosztuje - fakt. Ale w końcu: nie palę, nie korzystam z basenów (bo nie umiem pływać), a i do kina czy teatru (tu trochę wstyd...) chadzam naprawdę sporadycznie. Więc zaopatrzony w kilka kanapek i pełen zbiornik w samochodzie jadę poznawać nowe miejsce. Wierzcie mi, każde spotkanie z czymś, co jest materialną częścią polskiej tradycji, kultury, wiary - choćby to była stara drewniana kapliczka wśród płaskich pól Mazowsza - sprawia mi nieopisaną frajdę, ale... o czym to ja chciałem napisać? Aha, już wiem: o "Betlejemkach".
Studiując pewnego dnia mapę Tatr, spostrzegłem, że tuż obok znanego tatrzańskiego schroniska "Murowaniec" na Hali Gąsienicowej znajduje się domek oznaczony jako "Betlejemka". Na drugiej stronie rzeczonej mapy wyjaśniono, że owa "Betlejemka" to schronisko Polskiego Związku Alpinizmu. I tyle. Żadnego zdjęcia, rysunku nawet. Traf, że niedługo później miałem sposobność pochodzić trochę po Tatrach przy okazji kapłańskich rekolekcji, które odbywałem jak co roku. Tym razem w Zakopanem. Był słoneczny październik; Tatry - ciche, pustawe - odpoczywały po letnim "najeździe barbarzyńców". Również na Hali Gąsienicowej nie było tłumów. Piękne to miejsce, ta hala. Można by rzec: pierwsza po wyjściu z Kuźnic odsłona spotkania z wysokimi górami. Widownia, z której pokazują się one turyście w całej okazałości. Miejsce urocze i zadziwiające i nutą smutku naznaczone. To przecież tu, pod szczytem Kościelca, w lutym 1909 roku zginął Mieczysław Karłowicz, kompozytor, fotografik, skrzypek - ostatni chyba z polskich romantyków muzyki. Miał tylko 33 lata, gdy śnieżna lawina przerwała jego życie i wspaniale zapowiadający się talent. Hala Gąsienicowa... Poszedłem tam na popołudniowy spacer.
Wtedy to zobaczyłem z bliska "Betlejemkę". Nieduży piętrowy drewniany dom, przed wejściem na sznurach schły kolorowe koszule. Jedna z bocznych ścian od fundamentu po szczyt obłożona była szczapami drewna. I unosił się zapach intensywny, zwiastujący przepyszny obiad: krupnik i naleśniki. Prawdziwy górski dom. Ciepła i przytulna przystań dla ludzi gór. Witająca radośnie, gdy wracają z niebezpiecznej wspinaczki gdy zmęczeni i potargani przez wiatr myślą już tylko o tym, żeby zjeść coś pożywnego, wymyć się i położyć spać. A może jeszcze tylko przed snem siąść wokół kominka i zaśpiewać jakąś balladę... Trochę, jak w rodzinnym domu. Wszak są dla siebie wzajem w swej taternickiej wspólnocie jakby drugą rodziną. No i już wszystko jasne: jakąż inną nazwę mogłoby nosić ich schronisko, jak nie "Betlejemka" właśnie?
Tego dnia, stojąc wśród kosodrzewiny przy Czarnym Stawie Gąsienicowym, pomyślałem sobie, że warto byłoby sprawdzić, czy są w Polsce również inne "Betlejemki". Nie chciało mi się wierzyć, żeby coś, co nosi tak ciepłą, domową i rodzinną nazwę, było u nas tylko jedno. I nie myliłem się.
Wkrótce, przeglądając w domu turystyczne mapy, znalazłem "Betlejemkę" w trochę innych górach i na innej - tym razem beskidzkiej - hali. Otóż, nazwę tę nosi niewielki budynek noclegowy, znajdujący się obok schroniska górskiego na Hali Rysiance w masywie Pilska w Beskidzie Żywieckim. Skąd się tam wziął? W przewodnikach jest napisane, że gdy w latach trzydziestych ubiegłego wieku wznoszono budynek schroniska, obok głównego - dwupiętrowego, na kamiennej podmurówce, choć drewnianego budynku - postawiono mniejszy, ale przez to przytulniejszy, także z drewna. I nazwano go właśnie tak - "Betlejemka". Domyślacie się już chyba, dlaczego?
I jeszcze inne "Betlejemki" powynajdywałem na mapach. Ot, na przykład "Betlejemkę" w Silnie wśród Borów Tucholskich. Spójrzcie na rysunek: czyż nie przypomina wam wiejskiego zajazdu, gospody jakiejś - mimo że była to zwyczajna wiejska chałupa? (Warto wspomnieć, że wzniesiono ją w pierwszej połowie XIX wieku i reprezentuje typowy styl kaszubski). Dziś mieści się tu Muzeum Etnograficzne - nikt w niej już nie mieszka. No, ale nazwa została. Wydaje się, całkiem to prawdopodobne, że - trochę jak zaklęcie odczarowujące zły los, nieszczęśliwy jakiś traf - miała mówić podróżnikom poszukującym noclegu: "U mnie go znajdziecie. Na pewno. Nie tak, jak Ci Dwoje Święci z Najświętszym czekającym swego narodzenia, w tamtym Betlejem - za morzem, za górą, za borem tysięcznym...".
Także w Ojcowie jest "Betlejemka". Tam, pod Krakowem, gdzie niewielki potoczek, płynąc nieprzerwanie od milionów lat, wyżłobił w wapiennej skale przecudnej urody dolinę. Tam, nad Prądnikiem, stoi willa letniskowa, "Betlejemką" zwana, a obok niej... młyn. Poczciwy stary młyn, którego zębate koła, napędzane rwącą wodą potoku chleb przynoszą na rodzinne stoły. Na stoły, więc do tysięcy "betlejemów" małych, gdzie dzieli się czas na dwoje, troje, pięcioro, dziesięcioro. Wszędzie tam wszak łamie się co dnia Boży chleb ( propos: słowo "Betlejem" znaczy po polsku "dom chleba").
O, i jeszcze tam, gdzie przeżyła swoje wiosenne szesnaście lat, przerwane nagle i brutalnie przez rosyjskiego żołdaka, błogosławiona Karolina z rodu Kózków: w Śmietanie (bo taką nazwę nosił jeden z przysiółków podtarnowskiej wsi Wał-Ruda). Tam też jest "Betlejemka". Miejscowi, współcześni błogosławionej Karolinie w ten sposób przezwali jej rodzinny dom. Tyle tam było pobożności, rodzinnego ciepła, tyle gościnności - nic dziwnego, że dom ów wydał kwiat takiej urody, jak ta młodziutka męczennica wielkiej wojny światowej. Przyznam wam, że ile razy jadę do moich rodziców w Tarnowie, przejeżdżam przez Śmietanę i w dali widzę nawet rodzinny dom Karoliny. I dopiero w tym roku, czytając jakiś artykuł o polskich świętych, dowiedziałem się, że jeszcze i ta "Betlejemka" zdobi polską ziemię...
Poza tym jest jeszcze jedna, jedyna niezwykła kaplica, "Betlejemką" zwana. Znajduje się w miejscowości Ossolin na ziemi świętokrzyskiej: tam, gdzie korzenie swoje miał niezwykle zasłużony dla polskiej kultury magnacki ród Ossolińskich. Kaplicę wzniósł w 1640 roku Jerzy Ossoliński - na wzór kaplicy Narodzenia Pańskiego w Betlejem. W tym przypadku jednak próżno by szukać odniesień do ciepła, rodziny, gościnności. Bo kaplica w Ossolinie jest ciemna i zimna. I przykryta warstwą ziemi - a właściwie ziemnym kopcem. Tak, tak: ta kaplica to właściwie ziemianka, zupełnie jak w Betlejem, gdzie jest ta jedyna - ze znaczonym srebrną gwiazdą miejscem narodzin Zbawiciela.
Wreszcie jedną jeszcze rzecz odkryłem, przeglądając moje książki i mapy. Tę mianowicie, że gdy nowa wspólnota parafialna zaczyna budowę kościoła, to najpierw stawia niewielką kaplicę, w której spotyka się na nabożeństwach - i ta kaplica bardzo często nazywana bywa właśnie... "Betlejemką"! Znalazłem takie kaplice - często już dziś nieistniejące - w Poznaniu przy parafii Narodzenia Pańskiego (!), w Gdańsku Żabiance (to ta na rysunku - trochę nietypowa, bo polowa), w Bydgoszczy w parafii Maryi Królowej Męczenników (tam, gdzie ostatnie swoje kazania głosił przed śmiercią wielki ksiądz Jerzy) i w Ustrzykach Dolnych u stóp Bieszczadów. I jestem nieomal pewny, że znalezione przeze mnie parafialne "Betlejemki" to tylko nikły procent wszystkich polskich "Betlejemek", które - zanim wzniosą się w górę mury parafialnej świątyni - służą młodym wspólnotom nowych parafii za pierwszy Dom Boży, za miejsce, gdzie spotyka się, poznaje coraz bliżej z sobą i z Panem Bogiem - parafialna rodzina.

Świat niegościnnym Betlejem?


Gdy odłożyłem już na półkę wszystkie mapy i przewodniki, wziąłem do ręki gazetę sprzed kilku tygodni. Taką dużą, poważną, opiniotwórczą. Na drugiej stronie bił w oczy duży, czarną czcionką wybity tytuł: "Macierzyństwo bez ojcostwa", nad nim zaś anons: "Dwie trzecie dziewcząt w USA gotowych samotnie wychowywać dziecko". Reporter z Buffalo donosił: "Półtora miliona dzieci amerykańskich przyszło w ubiegłym roku na świat w rodzinie bez ojca. Zjawisko posiadania potomstwa bez obecności mężczyzny, jako człowieka współodpowiedzialnego za wychowanie, nie dotyczy już tylko nastolatków z biednych dzielnic wielkich miast". Dalej donoszono, że coraz więcej całkiem dojrzałych i dobrze sytuowanych kobiet decyduje się w USA na samotne wychowanie dziecka i że taka postawa spotyka się z coraz większą akceptacją w społeczeństwie amerykańskim.
Dziwna rzecz, kilka dni później pewien niemiecki pisarz i publicysta w tej samej gazecie zamieścił artykuł pod tytułem "Nasza krew, nasza fikcja", w którym postulował ni mniej, ni więcej, tylko odrzucenie dotychczasowego - niesprawdzającego się już jego zdaniem - modelu rodziny. Za zupełnie archaiczny pogląd autor uznał, że więzy krwi są jedną z najsilniejszych nici łączących ludzi między sobą. Jednym z kluczowych wniosków tego artykułu była konstatacja, że "np. dwie kobiety i dwóch mężczyzn, którzy z pomocą sąsiadów wychowują pod jednym dachem czwórkę dzieci, to model rodziny XXI wieku".
W innej, lecz równie - a może i bardziej - ważnej gazecie sprzed ponad miesiąca pewna znana pani profesor filozofii stwierdziła znowu, że socjologowie coraz częściej zwracają uwagę na kolizję, jaką wywołuje zetknięcie wolnego rynku z tradycyjny modelem rodziny. Na koniec zaś postawiła pytanie, czy nie należałoby w Polsce zacząć dyskusji na temat nowego modelu rodziny.
Ani chybi - pomyślałem - mamy oto wysyp nowych Kasandr, wieszczących mniej lub bardziej niechybny koniec rodziny w postaci znanej nam i naturalnej tak, że niewiele zjawisk świata tego równa się jej w naturalności. Co tu dużo mówić: choć słuchając niektórych głosów postulujących rewolucję w rodzinie, człowiek nie wie, czy śmiać się, czy płakać, to jednak - generalnie - zaczyna wiać grozą...
Pamiętacie wędrówkę dwojga zmęczonych drogą ludzi pustymi uliczkami wieczornego Betlejem - i to pukanie do drzwi: jednych, drugich, dziesiątych; i słowa "Nie mamy wolnych miejsc" albo "Idźcie dalej" albo po prostu milczenie zza nich grobowe? "Nie było miejsca dla Ciebie" - śpiewamy tę sądecką, jezuicką pastorałkę od lat. I smutkiem nas wówczas jakimś napełnia. Bo zanim Betlejem stało się synonimem rodzinności, ciepła i szczęścia, było po prostu niegościnną judejską mieściną. Miał tam przyjść na świat Zbawiciel, a mieszkańcy miasteczka wcale Go nie chcieli - nie, żeby nie lubili dzieci, tym bardziej chyba nie mieli nic przeciwko zbawieniu; nie, w końcu w ich zachowaniu względem Maryi i Józefa nie było jawnej wrogości. Nie. Oni po prostu nie mieli dla nich czasu, "kawałka" miejsca nie mieli, bo guzik ich obchodziły losy jakichś nieznajomych przyjezdnych. Mieli swoje własne sprawy, swoje osobiste zmartwienia i problemy do rozwiązania i po prostu Święta Rodzina z Jej problemem nic a nic ich nie interesowała.
Hm, może i rację mają ci, którzy mówią, że dzisiejszy świat to takie nowe Betlejem? Zamknięte w gąszczu swoich własnych, egoistycznych interesów zimne i nieprzyjazne miejsce, w którym na próżno normalna ludzka rodzina szuka zainteresowania, akceptacji, ciepła. Tylko... Tylko że w końcu w tamtym, judzkim, stał się cud Narodzin. Cóż, że w stajni; cóż, że wśród ciepła zwierząt i zapachu ich oddechów. To jednak Betlejem przeszło do historii - i do pieśni najpiękniejszej pod słońcem, kolędowej. W końcu to "Dzisiaj w Betlejem" śpiewamy w wigilijny wieczór i o "Betlejem, nie bardzo podłym mieście" też. No i o "Betlejem żydowskim", w którym to "za wyrokiem Boskim" Panna urodziła Syna, i o pastuszkach, którzy mają "do Betlejem czym prędzej pobiec", i o Mędrcach, którzy "do Betlejem śpieszą". Więc... Więc może jednak wszystko będzie dobrze. Ze światem dobrze będzie i z rodziną. A gdy ze światem i z rodziną będzie dobrze, to dzieci, które na tym świecie i w rodzinach przecież mają się urodzić, wzrosnąć i żyć, i świętość osiągnąć, i niebo, i zbawienie - kontynuować będą tę niezwykłą sztafetę pokoleń, która zaczęła się w betlejemskiej stajence. Więc może jednak optymizm nie jest tu wcale na wyrost?
Zwłaszcza że są jeszcze wciąż polskie "Betlejemki". I święta Bożego Narodzenia przychodzą każdego roku, jak przychodziły przez długie dwa tysiące lat...

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki