W Brukseli stało się to, czego mogliśmy się spodziewać. Przywódcy 25 państw postanowili "zamrozić" proces ratyfikacyjny Traktatu Konstytucyjnego do czasu, aż wyjaśni się sytuacja po referendach we Francji i Holandii. Tłumacząc tę dyplomatyczną...
Mit Unii Europejskiej - bogatej ciotki - dobiega końca, a wraz z nim omnipotencja biurokracji rozdającej swoje dotacje, dopłaty i ciepłe posady.
W Brukseli stało się to, czego mogliśmy się spodziewać. Przywódcy 25 państw postanowili "zamrozić" proces ratyfikacyjny Traktatu Konstytucyjnego do czasu, aż wyjaśni się sytuacja po referendach we Francji i Holandii. Tłumacząc tę dyplomatyczną nowomowę na normalny język, można powiedzieć, że liderzy przytomnie zauważyli, iż eurokonstytucja zostanie odrzucona wszędzie, gdzie zostanie poddana pod głosowanie, bo francuskie i holenderskie "nie" podziałało niczym okrzyk dziecka w baśni Andersena: "król jest nagi". Obywatele zauważyli, że terror politycznej poprawności wymagającej ratyfikowania eurokonstytucji już nie obowiązuje; że można ten dokument odrzucić, wyrażając tym samym wotum nieufności wobec rządzących elit i kierunku, w jakim one prowadzą Europę. Skądinąd sam koncept "zamrożenia", połączony z zapewnieniami, iż do tego dokumentu trzeba będzie wrócić, jest dosyć zastanawiający. Pomyślimy, co dalej, powiadają liderzy państw. A dlaczego to, drodzy państwo, nie myśleliście do tej pory. Czyżby zawalenie się misternej konstrukcji spisku elit było aż takim zaskoczeniem? Kiedyś, gdy jakąś sprawę trzeba było dyskretnie schować pod dywan, powoływano specjalną komisję, która "oceni i rozważy". Teraz się ją "zamraża". Bez sensu, bo będzie to czysta strata czasu. Co gorsza, nie tylko czasu, ale i przekonania, że przywódcy szanują demokratyczny wybór własnych narodów. Skoro bowiem wyniki referendum w dwóch krajach i sondaże socjologiczne w kilku innych wskazują, że pomysł na Europę zaproponowany w traktacie nie jest akceptowany przez obywateli, to zamiast kombinować, jak "uszminkować" i osłonić ten sam projekt, by udało się go wcisnąć mieszkańcom Europy, należałoby uczciwie powiedzieć, że powołuje się jakieś gremium, by zastanowiło się nad samą istotą integracji europejskiej i zaproponowało jej nową wizję. Tyle tylko, że aby coś takiego powiedzieć w Brukseli, powinni zebrać się mężowie stanu, nie zaś gromada ludzi żyjących wyłącznie myślą o tym, jakby tu przetrwać politycznie najbliższe wybory w swoich państwach.
Małe interesiki czy wielkie pytanie
Brak szerszych horyzontów politycznych był szczególnie mocno widoczny wówczas, kiedy po szybkim i sprawnym wsadzeniu traktatu do lodówki zabrano się do debaty budżetowej. Zagrały w czystej formie narodowe egoizmy, których rzekomo w Unii miało nie być. Czytamy w komentarzach gazetowych, że powodem fiaska obrad budżetowych był upór Wielkiej Brytanii niezgadzającej się na rezygnację z wywalczonego przed laty specjalnego "rabatu", czyli nieco innego od pozostałych państw sposobu naliczania składki budżetowej. Tyle tylko, że Brytyjczycy są i tak jednym z największych płatników do wspólnego budżetu, a w odróżnieniu od Francji czy Hiszpanii, nie korzystają z olbrzymich dopłat do rolnictwa. I oni z kolei domagali się reformy wspólnej polityki rolnej, argumentując, że gigantyczne pieniądze wydawane na rolnictwo są zwyczajnie marnowane. W rzeczywistości więc to debata budżetowa okazała się prawdziwym sporem o filozofię działania Unii. Koncepcja UE jako dobrej, starej ciotki rozdającej prezenty poszczególnym krajom po ostatnim rozszerzeniu wyraźnie dobiega kresu. Najzwyczajniej w świecie nawet bogatych państw starej Unii Europejskiej nie stać na łożenie gigantycznych funduszy na dopłaty i dopłaty do dopłat. Zwłaszcza że okazuje się, iż model tak zwanej społecznej gospodarki rynkowej nie wytrzymuje konkurencji z modelem amerykańskim, nie mówiąc już o gospodarkach azjatyckich. Dwa kluczowe państwa kultywujące ten model - Francja i Niemcy znajdują się w długotrwałym kryzysie i wygląda na to, że dołączają do nich również Włochy z ogromnym deficytem budżetowym. Tymczasem państwa północy z Wielką Brytanią, Irlandią i Danią, mające gospodarki bardziej liberalne, a także nowe państwa członkowskie notują wyższy wzrost gospodarczy i nie bardzo widzą powody, dla których mają podnosić podatki, by opłacać francuskich rolników. Pomysł europejskiego superpaństwa z gigantyczną biurokracją, dublującą biurokracje państwowe, z własną służbą dyplomatyczną (również dublującą dyplomacje państwowe), dopłatami do wszystkiego i ograniczaniem wolnej konkurencji został odrzucony nawet przez samych Francuzów. Nieustanne gardłowanie o kompromisie, jako fundamencie europejskości w sytuacji różnic sięgających samej istoty Unii, wydaje się mało uzasadnione. Być może sensowniejsze byłoby zapytanie obywateli w referendach nie o konstytucję, a o sposób współpracy europejskiej. Czy chcemy strefy wolnego handlu, wolnego przemieszczania się itd., czy też chcemy sztucznie tworzonego państwa "Europa".
Po wskazówki do Paryża
Osobnego komentarza wymaga polskie stanowisko na szczycie w Brukseli. Zaczęło się wszystko od absolutnego kuriozum. Oto minister Pietras, odpowiedzialny w polskim rządzie za integrację europejską, oznajmił, że w sprawie eurokonstytucji czekamy na "wskazówki Francji i Holandii", co robić dalej. Szczerość zaiste porażająca. Dużego państwa europejskiego, jakim jest Polska, nie stać oto na własne zdanie. Czekamy na wskazówki... Potem mieliśmy propagandowe biadania antycypujące przewidywaną porażkę budżetową, że stracimy 60 miliardów euro, jeżeli nie będzie budżetu. Gwoli wyjaśnienia należy dodać, że ta strata to strata pozorna, bo przecież budżet unijny będzie istniał, tyle że w formie prowizorium i daj Boże, abyśmy zdołali skonsumować sensownie te środki, które z Brukseli napłyną. Ale zawodzenia propagandowe mają swój sens polityczny. Skoro bowiem nie uda się nabić sobie głosów wyborczych, łącząc referendum konstytucyjne z wyborami, to rządząca lewica postanowiła bronić ostatniej szansy, jaką jest kandydatura prezydencka Włodzimierza Cimoszewicza przy użyciu argumentu, że tylko ten polityk uratuje dla nas budżet unijny, jako wybitny negocjator i specjalista od wszystkiego.
Swoją drogą, ubiegłotygodniowy szczyt odsłonił część znaczonych kart, jakimi grali nasi euroentuzjaści. Radosne zawołanie, że i tak powinno się w Polsce odbyć referendum konstytucyjne, nawet wtedy gdy wszyscy już z niego się wycofali, dowodzi, iż chodziło wyłącznie o korzyść partyjną, a nie o polski interes narodowy. Z kolei biadania nad budżetem ze strony lewicowych komentatorów wskazują, że lewica nie zrezygnuje nigdy z filozofii dziada proszalnego, który wstąpił do Unii Europejskiej po to, by wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy, w jak najkrótszym czasie i jak najprostszej formie. Co gorsza, podobne myślenie o UE dość skutecznie zaszczepiono wielu obywatelom. Tymczasem po roku naszego członkostwa widać, że wcale nie najważniejsze są dopłaty bezpośrednie dla rolników, lecz gospodarcze przyspieszenie osiągane dzięki obecności wewnątrz wielkiego europejskiego rynku. W tej sytuacji dużo rozsądniejsze dla Polaków wydaje się przyłączenie do drużyny brytyjskiej, żądającej mniej funduszy do budżetu - więcej dla wolnego rynku. Nawet nasz rolnik więcej zyska, kiedy nie będą rosły dopłaty, ale gdy dzięki temu, że produkuje taniej i lepiej, będzie mógł konkurować na europejskim rynku. Nie bez znaczenia jest także fakt, że Polakom jeszcze chce się chcieć, jesteśmy bardziej mobilni (tak, tak!) i bardziej chętni do pracy niż obywatele starej Unii. Rząd tymczasem stawia na zdemontowany "motor" niemiecko-francuski, licząc, że rozdanie kolejnych milionów euro w formie dopłat bezpośrednich przysporzy mu popularności. Nic z tego. Pomoże to lewicy jak umarłemu kadzidło, zepchnie natomiast Polskę do grona państw roszczeniowych i spowalniających niezbędne reformy. Mit bogatej ciotki dobiega końca, a wraz z nim omnipotencja biurokracji rozdającej swoje dotacje, dopłaty i ciepłe posady. Jeżeli Europa ma rzeczywiście pozostać graczem, a nie pionkiem w światowej grze, to powinna wykorzystać czas brytyjskiego przewodnictwa w Unii dla głębokiej reformy wewnętrznej. Takiej, która uczyni z niej prawdziwy wolny rynek. A jak już się ową wolnością nasycimy i przestaniemy tracić dystans do liderów współczesnego świata, to możemy sobie "odmrozić" debatę konstytucyjną, by ustalić, gdzie są granice Europy i co to znaczy być Europejczykiem. Na pewno nie powinno to oznaczać bycia dziadem w kolejce po dotacje. I w tym sensie obecny kryzys Europy może stać się dla Starego Kontynentu czymś ożywczym i odmładzającym.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













