Aleksander Kwaśniewski wyruszył wreszcie na wojnę z terroryzmem. Prawdziwymi terrorystami okazali się "dranie", którzy ośmielili się zadać niestosowne pytania o finanse...
Aleksander Kwaśniewski wyruszył wreszcie na wojnę z terroryzmem. Prawdziwymi terrorystami okazali się "dranie", którzy ośmielili się zadać niestosowne pytania o finanse fundacji pani prezydentowej. Obrzydliwi zbrodniarze nie ograniczyli się do tego, że chcą pytać samego prezydenta o sprawę firmy Orlen. Ale czyhając na główki niewinnych dzieci, zamyślają zaglądać do księgi wejść i wyjść prezydenckiego pałacu. W ten sposób, jak zechcieli wyjaśnić kanceliści pana prezydenta, dokonują gwałtu na prywatność prezydenckiej córki. No i zbrodnia iście apokaliptyczna - ośmielili się zapytać, kto też dawał pieniądze na fundację Jolanty Kwaśniewskiej. Powiedzmy sobie szczerze - stoimy oto u progu zamachu stanu. Autorytet urzędu prezydenta RP legnie w gruzach, rozszarpany przez sejmowe hieny. Powiedzmy dość temu draństwu - woła Aleksander Kwaśniewski.
Co najmniej od czasu ujawnienia afery Rywina niemal codziennie otrzymujemy dowody na to, że Warszawa nie tylko geograficznie leży w połowie drogi między Paryżem a Moskwą. Rzeczy niedopuszczalne w zachodniej praktyce politycznej - wykorzystywanie stanowisk do załatwiania prywatnych interesów, korupcja, nepotyzm są co najmniej tolerowane. Jednocześnie jednak media coraz częściej ujawniają takie zjawiska - co nie mogłoby mieć miejsca na wschód od naszej granicy, gdzie za poddanie w wątpliwość oficjalnych tez propagandowych traci się stanowisko, a czasem i wolność. Tyle tylko, że polską normą jest ujawnienie afery, a następnie skrzętne rozmycie jej w przedziwnych procedurach sądowych czy parlamentarnych. Polską normą są również niedopuszczalne związki sfery polityki i biznesu. Związki, w których rolę kluczową odgrywa prezydent Kwaśniewski i jego kancelaria.
Rachunki pani Jolanty
Oburzenie Aleksandra Kwaśniewskiego na żądanie rachunków jego żony jest co najmniej nieuzasadnione. Gorzej, jest demoralizujące dla polskiego życia publicznego. Sam słyszałem od wielu dziennikarzy, że kiedy starali się o listę sponsorów fundacji Jolanty Kwaśniewskiej, zostali odprawieni z kwitkiem. I pouczeni, że donatorzy mogą nie życzyć sobie ujawnienia nazwisk. Wobec tego wyobraźmy sobie sytuację podobną - polityk startujący w dowolnych wyborach odmawia ujawnienia sponsorów swojej kampanii - bo sobie tego "nie życzą". W tym drugim wypadku ustawa zabrania takich działań. A przecież dla biznesmena bardziej ryzykowne w sposób oczywisty jest sponsorowanie polityka, bo w razie sukcesu rywala wyborczego sponsor kampanii może być postrzegany jako osoba wroga. Dawanie uczciwie zarobionych pieniędzy na szlachetną fundację opiekującą się chorymi dziećmi może być wyłącznie powodem do chwały. Anonimowość jest usprawiedliwiona tylko w dwóch przypadkach. Albo wtedy, kiedy sponsorem jest na przykład mafia wołomińska - co jest wysoce wstydliwe dla przyjmującego podarunek, albo wtedy, gdy dar dla żony może być formą wywierania wpływu na decyzje męża. Gdyby dar Orlenu, za który, jak zapewnia pani Kwaśniewska, posłużył wyposażeniu kliniki onkologicznej, pojawił się przed jakimiś politycznymi rozstrzygnięciami, ważnymi dla koncernu, to można pytać o to, czy zasady uczciwości politycznej zostały zachowane.
W wielu krajach królowe lub pierwsze damy patronują działalności charytatywnej. Powiem więcej, możliwość dotarcia do wszystkich i możliwość otworzenia najważniejszych drzwi w szlachetnym celu jest owych pierwszych dam zaletą i zasługą. Warunek wszakże jest jeden. Absolutna - użyję brzydkiego słowa - transparentność dotacji. Bez możliwości obejrzenia każdego grosza z trzech stron i sprawdzenia, że nie ma cienia podejrzeń korupcyjnych, nikt sobie takiej działalności nie wyobraża. I dlatego oburzenie pana prezydenta winno kierować się raczej przeciwko urzędnikom bezczelnie odmawiającym informacji niż przeciwko tym, którzy ich ujawnienia żądają.
To samo dotyczy sławetnej księgi wejść i wyjść. Czyżby wizyta u głowy państwa miała być dla kogoś wstydem, a nie powodem do dumy? Nie chce mi się wierzyć. Chyba że prezydentowi lub jego urzędnikom zależy na ukryciu, iż jakiś biznesmen bywał wielokrotnie w pałacu. Albo, że w określonym czasie, kiedy podejmowano ważne decyzje państwowe, prezydent w swoich konsultacjach nie zachowywał wymaganej od tego urzędu bezstronności. Albo też, że odwiedzali go ludzie, którzy odwiedzać głowy państwa z powodów etycznych nie powinni.
Cena władzy
Trudno. Bycie na świeczniku nie jest wyłącznie przyjemnością. Życie szefa państwa z punktu widzenia normalnego obywatela może wydać się koszmarem - ani jednej chwili samotności i prywatności. Dookoła ochrona, kamery, aparaty fotoreporterów. Ale też nie słyszałem, by Aleksander Kwaśniewski skarżył się, że do sprawowania urzędu został zmuszony pod groźbą utraty życia. Przeciwnie, walczył w wyborach, zabiegał o ten urząd, wiedząc doskonale, że będzie obserwowany. Skoro córce prezydenckiej pary przysługuje służbowy samochód i ochrona, to jej przyjaciele muszą się liczyć z tym, że ktoś przeczyta w dokumentach kancelarii, że pannę Kwaśniewską odwiedzali. Żaden wstyd. A my jako podatnicy za jej ochronę i mieszkanie płacimy. Podobnie, jak płacimy za to, by głowa państwa była wzorem zachowań i służby publicznej. I jeśli coś urzędowi prezydenckiemu szkodzi, to raczej krętactwa osoby urząd ten sprawującej, niż złożenie zeznań przed sejmową komisją. A klinicznym przykładem kręcenia jest to, że pół roku temu Aleksandrowi Kwaśniewskiemu konstytucja absolutnie nie pozwalała stanąć przed sejmową komisją, a teraz nie przeszkadza mu żądać, by został przesłuchany jak najszybciej, mimo że formalnie nikt go przed oblicze komisji nie wzywał. Czyżby ktoś zdrowy na umyśle miał uwierzyć, że prezydent państwa "przypadkiem" będąc na mieście, wpadł do kancelarii premiera, przypadkiem rozmawiali o radzie nadzorczej Orlenu, przypadkiem również w sąsiednim pokoju znalazł się pan Jan Kulczyk (zapewne też był na mieście i postanowił odwiedzić Leszka Millera). Spotkanie prezydenta i premiera jest przecież przygotowywane przez tabun ochroniarzy, którzy z definicji nie zgadzają się, by obok były nieznane i przypadkowe osoby. Zazwyczaj również przed takim spotkaniem urzędnicy dwóch najważniejszych osób w państwie przygotowują im materiały i analizy, aby podczas dyskusji mieli pod ręką wszelkie możliwe argumenty oraz przesłanki pozwalające na podjęcie decyzji. Są dwie możliwości - albo Aleksander Kwaśniewski mówi prawdę o przypadkowym spotkaniu, demaskując nieprawdopodobny bałagan panujący na najwyższych szczeblach władzy, albo też próbuje ukryć niewygodną prawdę, bagatelizując swoją rozmowę z premierem.
Niestety, takich znaków zapytania jest w ciągu dziewięciu lat prezydentury Kwaśniewskiego co niemiara. Prezydent w niezwykle zręczny sposób poszerza swoją władzę i kompetencje. A z drugiej strony usiłuje udawać królową angielską, co to panuje, a nie rządzi, a wobec tego za nic nie odpowiada.
Sam fakt, że premier z prezydentem dyskutują sobie - ot tak - o składzie rady nadzorczej wielkiej firmy, w części tylko państwowej, jest porażający i w Londynie czy Waszyngtonie wywołałby skandal piramidalny. Gdyby dyskutowali o tym z największym akcjonariuszem prywatnym tej firmy, byłby absolutnie wystarczającym powodem dymisji obu panów. Jest jeszcze zabawniej - oto wysoki urzędnik prezydencki w rozmowie z konstytucyjnym ministrem dyskutuje także o składzie tej rady. Urzędnik - przypomnę dla porządku - który bierze podatkowe pieniądze za organizowanie pracy prezydenta i nie mający jakichkolwiek osobistych prerogatyw poza ustalaniem godzin pracy prezydenckich sekretarek i pilnowaniem prezydenckiego kalendarza. Dziwnie nie słyszałem, aby ów urzędnik został wylany z pracy, a choćby i skarcony.
Wątpliwości, jakie narosły wokół najwyższego urzędu w państwie, jak najgorzej oddziałują na to, co dzieje się na dole. Skoro prezydent Rzeczypospolitej nie widzi niczego zdrożnego w przyjmowaniu prezentów od dziwnej grupy przyjaciół z udziałem Lwa Rywina, to dlaczego ma sobie nie folgować dowolny urzędnik? Skoro tajna jest lista gości Pałacu Prezydenckiego, to wara pismakom od tego, kto przychodzi do wójta. I tak dalej. W ostatnim piętnastoleciu krok po kroku demolujemy (a może lepiej powiedzieć: nie tworzymy) normy przyzwoitości politycznej. I jeśli prasa brukowa doprowadziła do kompletnego absurdu napaści na polityków, to nie powinni oni żądać usunięcia dziennikarzy z Sejmu, tylko podziękować Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, którego rola w destrukcji życia publicznego w Polsce jest trudna do przecenienia.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













