Logo Przewdonik Katolicki

Cienie przeszłości

Jerzy Marek Nowakowski
Fot.

Gdy oglądamy proces zakłamywania przeszłości, musimy zadać sobie pytanie - czy nie za wcześnie na rewizje politycznych skutków II wojny światowej. Obserwując polską scenę polityczną, można dojść do wniosku, że obowiązkowym wykształceniem polityka powinno być rybołówstwo śródlądowe. Naturalnie ze względu na umiejętność łowienia ryb w mętnej wodzie. W skali światowej...

Gdy oglądamy proces zakłamywania przeszłości, musimy zadać sobie pytanie - czy nie za wcześnie na rewizje politycznych skutków II wojny światowej.


Obserwując polską scenę polityczną, można dojść do wniosku, że obowiązkowym wykształceniem polityka powinno być rybołówstwo śródlądowe. Naturalnie ze względu na umiejętność łowienia ryb w mętnej wodzie. W skali światowej jednak okazuje się po raz kolejny, że instrumentarium polityczne opiera się przede wszystkim na znajomości historii. W języku dyplomatycznym używane bywa pojęcie: "wrażliwość historyczna". Jak jest ona ważna, przekonują się boleśnie Niemcy i Japończycy.
Niemiecka lewica rządząca obecnie w Berlinie od zawsze zarzucała chrześcijańskim demokratom, że nie wykazują dostatecznej wrażliwości wobec kompleksów narodów będących ofiarami II wojny światowej. Podjęła nawet pewne praktyczne kroki - jak zgoda na wypłatę odszkodowań dla byłych robotników przymusowych - mające wykazać, że rozumie niemieckie winy. Na tym się jednak skończyło. Jak często w środowisku nowoczesnej socjaldemokracji bywa, pokazowe gesty zastąpić miały rzeczywistą refleksję nad historią. W istocie bowiem ekipa kanclerza Schröedera dochodziła do władzy z przekonaniem, iż po raz pierwszy od 1945 r. rządzić będzie bez historycznego garbu przygniatającego do ziemi i sprawiającego, że o Niemczech od lat mówiło się jako o politycznym karzełku i gospodarczym gigancie. "Wojna i hitleryzm to sprawy naszych dziadków i ojców" - zdawali się mówić czterdziestolatkowie z niemieckiej kawiorowej lewicy. "Nas to nie dotyczy. Zdaliśmy egzamin z demokracji i teraz mamy prawo oczekiwać, by demokratyczne i europejskie Niemcy zajęły miejsce wśród mocarstw wolnego świata. Wybierzmy przyszłość" - chcieli krzyczeć śladem pewnego środkowoeuropejskiego polityka o niechlubnej przeszłości. Podczas rozmów dotyczących odszkodowań dla robotników przymusowych wysokiej rangi niemiecki negocjator zaczął przekonywać, iż dzięki pracy przymusowej polscy robotnicy żyli lepiej niż w kraju, a na dodatek uczyli się niemieckiej kultury pracy. Pech chciał, że jego polski partner mógł odwołać się do historii, stwierdzając: "moja babcia umarła z głodu na robotach".

Historia - kogo to obchodzi?


Sam miałem okazję kilkakrotnie negocjować kwestie dotyczące rozliczeń historycznych. I po spędzeniu całego dnia na rozmowach w Urzędzie Kanclerskim nie mogłem przekonać partnera, że wspólne potępianie dekretów Benesza czy Bieruta ma wydźwięk mocno dwuznaczny. Rzecz działa się przed trzema bodaj laty. Jak się okazuje, myślenie niemieckie w tej materii nie tylko się nie zmieniło, ale wręcz zaostrzyło. Bo wtedy, gdy ekipa Jerzego Buzka rozmawiała z Niemcami, słyszeliśmy zapewnienia - "żadnych odszkodowań, chodzi tylko o moralne zadośćuczynienie". Teraz z ust Joshki Fischera usłyszeliśmy o odszkodowaniach dla obywateli czeskich poszkodowanych przez dekrety Benesza. A podczas rokowań nad zadośćuczynieniem dla polskich robotników przymusowych, od czasu do czasu, Niemcom wymykały się uwagi, że jeżeli żądania strony polskiej będą zbyt wygórowane, to może się okazać, że wypędzeni także zaczną dopominać się o odszkodowania od państwa polskiego.
Nie mam wątpliwości, że tysiące Niemców po 1945 r. przeżyło koszmar. Przesiedlenia po II wojnie światowej niewiele różniły się od najokrutniejszych czystek etnicznych, potępianych współcześnie przez społeczność międzynarodową. Przyznam, że na mnie największe wrażenie zrobiły wcale nie okrutne opisy obozów filtracyjnych czy wypędzeń, ale skromne wspomnienie wielkiego reżysera teatralnego Konrada Swinarskiego opublikowane przed laty w miesięczniku "Dialog". Był to spokojny opis gehenny, jaką przeżyli Swinarscy, którzy podczas wojny zostali zapisani jako volksdeutsche. Najścia mieszkania, rabunki, gwałty, poczucie nieustannego zagrożenia. Tak wyglądało bytowanie ludzi, którzy stworzyli mitologię "wypędzonych". Na pewno stylu, w jakim odbyło się wysiedlenie Niemców, powinniśmy się wstydzić. Na pewno również nie powinniśmy zapominać, że wypędzenia dokonywała komunistyczna władza na polecenie sowieckich okupantów. A wiadomo, że dla Stalina najpewniejszą gwarancją panowania nad Europą Środkową było zbudowanie muru nienawiści pomiędzy Niemcami a Polakami, czy Czechami. Przecież nie bez powodu prasa komunistyczna straszyła nieustannie niemieckimi odwetowcami, zaś Konrada Adenauera portretowała w płaszczu krzyżackim. Nie możemy wreszcie zapominać o okolicznościach historycznych ówczesnych wydarzeń. Pamiętam historyjkę opowiadaną mi przez jednego z polskich inżynierów należących do grup mających zabezpieczyć majątek na Ziemiach Odzyskanych. Próbował powstrzymać sowieckich krasnoarmiejców od dewastacji jakiegoś biura w Gorzowie Wielkopolskim. - Dlaczego to robisz, przecież tu będzie Polska? - spytał żołnierza, który pruł bagnetem skórzane kanapy. - Niemcy zamordowali mi całą rodzinę - odpowiedział sowiecki żołnierz. - Idę od Kijowa i ciągle słyszę, tu będzie Związek Sowiecki, tu będzie Polska. I co? Do Berlina jest ze sto kilometrów, to kiedy ja się zemszczę?. Z myślą o zemście działały tysiące ludzi. Także tych, którzy byli strażnikami czy milicjantami. Także tych, którzy zasiedlali poniemieckie domy...
Świadomość historii polegać musi na zrozumieniu, że nie tylko Niemcy byli wypędzeni.
Wprzód to oni wypędzali mieszkańców Wielkopolski, Zamojszczyzny, Śląska. Potem Sowieci wypędzali Polaków z Kresów. A w międzyczasie setki tysięcy zginęły podczas okrutnej okupacji. I to nie Polacy ani Czesi rozpętali lawinę wypędzeń. Dzisiaj odrzucamy zasadę zbiorowej odpowiedzialności. Ale pół wieku temu stosowali ja wszyscy. A winowajcami byli Niemcy. I jeśli można zrozumieć ludzi, którzy stracili domy i ojcowiznę (ten tak ważny w niemieckim myśleniu Heimat), to nie można usprawiedliwić państwa niemieckiego funkcjonującego wówczas - to oczywiste, bo Niemcy przecież nie byli takimi samymi ofiarami jak inne nacje.

Za wcześnie na zapomnienie


Bo przecież nie tylko o wypędzonych chodzi. Słyszymy domaganie się uznania bombardowania Drezna za zbrodnię przeciwko ludzkości, a Churchilla za zbrodniarza wojennego. Japończycy, których zbrodnie w Chinach czy Malezji były okrutniejsze od poczynań hitlerowców, właśnie oznajmili, iż muszą rozważyć odbudowę armii, bo boją się Kim Dżong Ila. A tradycja japońskiego militaryzmu mrozi krew w żyłach połowie mieszkańców Azji.
Oba kraje, o których mowa, odniosły gigantyczny sukces gospodarczy. W obu doszło do władzy pokolenie przekonane, że należy zapomnieć o II wojnie światowej. Oba domagają się wykreślenia z Karty ONZ sformułowania o krajach napastniczych. Co więcej, ubiegają się o miejsce w gronie mocarstw. I wydawać by się mogło, że słusznie - dlaczego bowiem wnuki mają odpowiadać za grzechy dziadków. W podręcznikach historii czytamy, że Hitler i grupka jego wspólników w jakiś bliżej nieokreślony sposób objęli władzę w Niemczech, a potem była wojna i ofiary po obu stronach, ale po niemieckiej jakby większe. W Japonii natomiast uczeń słyszy głównie o bohaterskiej tradycji wielkiej japońskiej armii, a firmy (to ważne miejsce identyfikacji Japończyka) i sama dynastia cesarska kontynuują ciągłość historii. Co więcej - Japończycy przedstawiani są głównie (zgodnie z poprawnością polityczną) przede wszystkim jako ofiary bomby atomowej. Tak więc, gdy oglądamy proces zakłamywania przeszłości, to musimy zadać sobie pytanie - czy nie za wcześnie na rewizje politycznych skutków II wojny. Cienie przeszłości zbyt mocno ciążą jeszcze nad naszą epoką. Gorzej - korzystając z luk pamięci, zdają się odżywać. Coraz więcej ruchów politycznych współczesnej Europy zaczyna używać języka i metod politycznych żywcem przeniesionych z lat dwudziestych. Jeszcze nikt nie rozliczył się z bratem bliźniakiem nazizmu, jakim był komunizm. Tymczasem coraz częściej dowiadujemy się, że mamy wybierać przyszłość. Nie. Ostatnie tygodnie krzykiem nieomal przypomniały o wadze historii. Wołyń - tchórzliwie nie nazwany ludobójstwem (a skala procentowa zbrodni porównywalna jest tylko z hitlerowskim ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej - wybito co najmniej połowę Polaków). Przypominanie o niemieckich żądaniach odszkodowań dla wypędzonych. Japońskie deklaracje w sprawie odbudowy armii. I do tego budowanie wspólnej Europy bez Chrześcijaństwa, i ignorowanie pojęcia narodowych celów i ambicji, gdy mowa o krajach słabych. ONZ bezsilny jak dawna Liga Narodów. A do tego powszechne ogłupianie obywateli telewizyjną propagandą, konsumpcjonizm, totalitaryzm laicyzacji i politycznej poprawności.
O nazizmie napisano kiedyś, że był rewolucją nihilizmu. Czy przypadkiem cienie Hitlera i Stalina nie rechoczą zza pleców ludzi z pokolenia '68, głoszących Europę bez wartości?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki