Po prawej stronie...
W Belgradzie mieszkam przy ul. admirała Geprata u doktora Stojana Adaševicia. Kilkanaście metrów od jego domu stoi budynek, z którego 12 marca zastrzelono premiera Serbii Zorana Dzindzicia. Mój gospodarz, siedemdziesięcioletni lekarz, podchodzi do parapetu i pokazuje mi okno, z którego strzelał snajper - znajduje się ono w odległości około dwudziestu metrów od nas.
Po prawej stronie stoi budynek rządu, który widzimy od strony zaplecza. To tam właśnie w ową feralną środę zatrzymał się samochód z premierem, który wysiadł z auta - i wtedy padły dwa strzały. Kule przeleciały nad niepozornym budyneczkiem, w którym mieści się schowana na tyłach kamienic niepozorna restauracja. To główne miejsce spotkań belgradzkiej mafii. Właściciele knajpy, prócz wielu innych zajęć, trudnili się także sutenerstwem. W sąsiednim domu, w remontowanym właśnie gmachu Instytutu Statystyki, wynajmowali na godziny pokoje dla chętnych, którzy zamykali się tam z prostytutkami. To właśnie z jednego z owych pokoi strzelał snajper.
Knajpa miała zezwolenie na otwarcie tylko do północy. Jednak niemal codziennie zamykana była dopiero nad ranem, a głośna muzyka nie dawała spać okolicznym mieszkańcom przez całą noc. Kiedy dr Adašević poszedł ze skargą na milicję, pod restaurację przyjechał patrol. Funkcjonariusze, poczęstowani alkoholem, szybko znaleźli wspólny język z właścicielami lokalu, zaś lekarz następnego dnia rano miał przekłute wszystkie opony w samochodzie, a za wycieraczką włożoną kartkę z ostrzeżeniem: "Następnym razem weźmiemy się za ciebie".
Wszyscy moi belgradzcy rozmówcy potwierdzają to samo: jeszcze do niedawna mafia czuła się w państwie zupełnie bezkarnie, zaś ścisłe związki gangów ze służbami specjalnymi były publiczną tajemnicą.
- Tak naprawdę koniec komunizmu rozpoczął się u nas 12 marca. Zabójstwo premiera było szokiem, który przyniósł otrzeźwienie - mówi dr Adašević, który nigdy nie miał złudzeń wobec ustroju socjalistycznego, nawet tego z "ludzką twarzą" w wydaniu jugosłowiańskim. Być może wynika to z doświadczeń rodzinnych doktora. Jego matka, Rosjanka i białogwardyjka, obsługiwała kulomiot w pociągu pancernym generała Wrangla i uciekła do Dalmacji na jednym z ostatnich statków, jakie odpłynęły z Krymu przed zajęciem tego półwyspu przez bolszewików. Ojciec z kolei był wychowankiem serbskiej królowej Dragi Obrenović, stąd silne w całej rodzinie tradycje monarchistyczne.
Narodowy socjalizm, czyli czerwono-brunatni
Podobnie jak w innych krajach postkomunistycznych, także w Jugosławii byli komuniści z dnia na dzień przefarbowali się na socjalistów i socjaldemokratów. Ponieważ kraj był wielonarodowościowy i podminowany różnymi konfliktami etnicznymi, ważnym komponentem ich ideologii stał się nacjonalizm. W gruncie rzeczy więc system stworzony przez serbskie władze w latach 90. najbliższy był narodowemu socjalizmowi. Miał on też na swoim koncie, tak jak system hitlerowski, zbrodnie ludobójstwa.
Istotną cechą owego układu było przejęcie kontroli nad wszelką przestępczością zorganizowaną w Serbii przez grupy związane ze służbami specjalnymi. Pierwsze skrzypce w tym układzie grali funkcjonariusze Jednostki Operacji Specjalnych, czyli zbrojnego ramienia spec-służb, zwani "czerwonymi beretami". Wsławili się oni szczególnym okrucieństwem wobec ludności cywilnej podczas wojen w Chorwacji, Bośni i Kosowie. W zamian za lojalność wobec reżimu Slobodana Miloševicia dostali wolną rękę w handlu bronią, narkotykami i żywym towarem. Owi przyboczni pretorianie serbskiego przywódcy, którzy otrzymywali rozkazy bezpośrednio od Miloševicia lub jego żony Miry Marković, szybko podporządkowali sobie wszystkie gangi w państwie.
W październiku 2000 roku "czerwone berety" zdradziły jednak Miloševicia i odmówiły krwawego rozpędzenia antyrządowych demonstracji. Było to wynikiem rozmów, jakie z szefem mafii Miloradem Lukoviciem ps. "Legija" przeprowadził ówczesny przywódca opozycji Zoran Dzindzić. W zamian za zachowanie neutralności i pozostawienie Miloševicia samego, "czerwone berety" dostały gwarancje utrzymania swoich wpływów w nowym układzie politycznym.
Kiedy Dzindzić został premierem, postanowił jednak oczyścić serbskie życie publiczne z patologii. Zapowiedział bezpardonową wojnę z mafią. W efekcie sam otrzymał od przestępców wyrok śmierci. Premiera próbowano zabić czterokrotnie. Udało się dopiero za piątym razem.
Mord polityczny wstrząsnął nie tylko Serbią, lecz całą Europą. W wielu stolicach zadawano sobie pytanie, w jaki sposób zareagują władze. Czy Bałkany znów pogrążą się w chaosie i bezprawiu, czy też zbrodnia stanie się przełomem w walce z siłami postkomunistyczno-mafijnymi? Czy znów, tak jak bywa to na porządku dziennym w Rosji czy na Ukrainie, sprawcy pozostaną nieznani, czy też rozpocznie się "wojna o państwo" z czerwono-brunatnym układem?
Zdecydowana reakcja władz przeszła wszelkie oczekiwania. W dniu, w którym przyjechałem do Serbii, zatrzymano 1940 osób mających powiązania ze światem przestępczym. Przede wszystkim zaś ujęto mordercę premiera, którym okazał się pułkownik Zvezdan Jovanović, były wiceszef specjalnej jednostki milicji. Aresztowano też niemal całe kierownictwo służb bezpieczeństwa, wielu oficerów milicji, sędziów i wysokich urzędników państwowych, m.in. zastępcę prokuratora generalnego. "Czerwone berety" zostały rozwiązane i rozbrojone przez żandarmerię. Nie stawiały oporu, gdyż armia zagroziła zbombardowaniem ich dowództwa w Kuli w Wojwodinie.
Wśród zatrzymanych znalazły się też znane w Serbii kobiety: Milicia Gajić - synowa Miloševicia oraz Svetlana Raznatović - najpopularniejsza piosenkarka serbska, wdowa po głośnym gangsterze, zbrodniarzu wojennym i agencie bezpieki "Arkanie", zamordowanym w niewyjaśnionych okolicznościach w styczniu 2000 roku. Nie zdołano aresztować natomiast żony Miloševicia - Miry Marković, na której ciążą oskarżenia o inspirowanie konkretnych zbrodni. Wiadomo, że 23 lutego odleciała do Moskwy, gdzie dobre układy ma jej szwagier, brat Miloševicia, który przez wiele lat był jugosłowiańskim ambasadorem w Rosji.
Działania nowego premiera, następcy Dzindzicia - Zorana Żarkovicia cieszą się poparciem zdecydowanej większości społeczeństwa, mającego już dość rządów mafijnej kliki. Ludzie chwalą władze za wprowadzenie stanu wyjątkowego i bezpardonową walkę z gangami. Dało się to odczuć nawet w codziennym życiu - z dnia na dzień spadła liczba napadów i kradzieży (np. samochodów aż o 80 procent).
Jak z Szekspira, albo z Grishama
Podczas śledztwa udało się też odkryć jedną z najbardziej tajemniczych zbrodni ostatnich lat w Serbii. Węgierski politolog Paul Lendvai stwierdził, że tego rodzaju historia mogłaby z powodzeniem znaleźć się na kartach któregoś z dramatów Szekspira lub - mówiąc mniej patetycznie - w którymś w kryminałów Grishama.
Mianowicie 25 kwietnia 2000 roku przepadł bez wieści podczas swojego codziennego joggingu w jednym z belgradzkich parków były prezydent Serbii Ivan Stambolić. W czasach komunistycznych był on wysokim dygnitarzem partyjnym i państwowym. To on jeszcze na Uniwersytecie Belgradzkim zwrócił uwagę na młodego Slobodana Miloševicia, którego - jak sam wspominał - "pokochał jak brata". Dzięki poparciu Stambolicia nieznany nikomu wcześniej Milošević został najpierw prezesem wielkiego banku państwowego, później szefem belgradzkiej organizacji partyjnej, a w końcu przewodniczącym serbskiej partii komunistycznej. Stambolić był zwolennikiem polityki Tito, polegającej na zachowaniu równowagi pomiędzy różnymi narodami w Jugosławii. Milošević z kolei, wykorzystując istniejące konflikty etniczne, rozpętał nacjonalistyczną kampanię, która odsunęła od władzy Stambolicia, a jego samego wyniosła na szczyty.
Przez wiele lat Stambolić wiódł żywot politycznego emeryta. Kiedy jednak reżim Miloševicia kompromitował się coraz bardziej w oczach rodaków, nazwisko Stambolicia coraz częściej zaczęło pojawiać się wśród potencjalnych kandydatów do prezydenckiego fotela. Niespełna pół roku przed wyborami Stambolić przepadł jednak bez śladu.
Dopiero obecne śledztwo wyjaśniło wszystkie szczegóły tej ponurej sprawy. Porwali go czterej żołnierze "czerwonych beretów", którzy wywieźli byłego prezydenta Serbii na Furską Górę pod Nowym Sadem i zastrzelili go dwoma strzałami w tył głowy. Rozkaz wykonania zbrodni został wydany przez Slobodana Miloševicia i Mirę Marković, którzy obawiali się startu w wyborach swego dawnego przyjaciela i protektora. Co ciekawe jednak, Stambolić nie zamierzał się w ogóle ubiegać o stanowisko prezydenta.
Od czerwca 2001 roku Milošević przebywa w więzieniu w Hadze, gdzie przed Trybunałem Międzynarodowym toczy się jego proces o zbrodnie przeciwko ludzkości. Za Mirą Marković rozesłano listy gończe. Serbscy publicyści zastanawiają się, czy rosyjskie władze, znane dotychczas ze swojego popierania reżimu Miloševicia, zdecydują się na wydanie żony byłego prezydenta w ręce belgradzkiego wymiaru sprawiedliwości. Będzie to więc również test dla Władimira Putina.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













