Noc ze środy na czwartek 5 marca, studio Kanału Zero, komentarz na żywo wojny w Iranie. Prowadzący Krzysztof Stanowski, zerkając na tablet, informuje gościa o rozpoczęciu kurdyjskiej ofensywy na Teheran. Doktor Wojciech Szewko, specjalista od Bliskiego Wschodu, nie kryje zdziwienia: to jakiś fejk.
– Fox News to poważna agencja. O, informację potwierdza CNN i kolejne stacje – upiera się Stanowski i pokazuje Szewce zdjęcie uzbrojonych Kurdów jadących na czołgu.
– Jeśli to prawda – odpowiada zdumiony gość Kanału Zero – to znaczy, że wchodzimy w długą i wyczerpującą wojnę.
Doktor Szewko miał rację: już rano wiadomość o kurdyjskiej ofensywie z terytorium Iraku zdementowały media, te same, które kilka godzin wcześniej nowinę rozgłaszały. Dlaczego zatem zaczynamy od fejku relację z Iranu? Problem bowiem istnieje, a jest równie ciekawy jak skomplikowany.
Skąd ten historyczny pech?
O Kurdach pisaliśmy już na tych łamach niejednokrotnie, teraz jedynie powtórzmy najważniejsze informacje. To największy naród Bliskiego Wschodu pozbawiony własnego państwa. Ich ojczyzna podzielona jest między Turcję (gdzie żyje ich najwięcej), Irak (gdzie od czasu upadku reżimu Saddama Husajna cieszą się namiastką państwowości) oraz Iran. Kurdyjska etnicznie jest też północna Syria, właśnie włączana do całości państwa przez nowy rząd z Damaszku. Dlaczego historia obdarzyła takim pechem wielki naród kurdyjski? Odpowiedź, dana w największym skrócie, brzmi: ponieważ Kurdowie są o wiele lepszymi wojownikami niż politykami.
Ci z Iranu – a jest ich, bagatela, do 25 milionów – mieli już swoje pięć minut w historii. Po II wojnie światowej Iran, osłabiony zewnętrzną ingerencją od północy (ZSRR) i południa (Wielka Brytania), stracił kontrolę nad prowincjami zachodnimi, przylegającymi do granicy z Turcją. 22 stycznia 1945 roku proklamowano tam republikę Irańskiego Kurdystanu, zwaną też Republiką Mahabadzką, od stolicy w mieście Mahabad. Niecały rok później, kiedy rząd w Teheranie wzmocnił się na tyle, by z powrotem zaprowadzić porządek na zachodzie, kompletny skład rządu Republiki, w centrum tegoż Mahabadu, zawisł na szubienicy. Dokonał tego nie kto inny, jak Mohammad Reza Pahlawi, ojciec Rezy juniora, który obecnie, w amerykańskim stanie Maryland, szykuje się do powrotu do ojczyzny. Przypomnijmy, że dynastię szachów, czyli cesarzy Iranu, obaliła w 1979 roku rewolucja Chomeiniego, którego następcą został ajatollah Chamenei, zabity izraelską rakietą rankiem 28 lutego.
Irańscy Kurdowie nie mają więc powodu, by specjalnie lubić młodego Rezę. Jak również wszystkich Pahlawich. Jednak podobnie nie przepadają za teokratycznymi rządami w Teheranie. Od szyickich Persów dzieli ich bowiem głęboka różnica religijna: Persowie są szyitami, Kurdowie zaś sunnitami. Jest rzeczą oczywistą, że szyicki radykalizm jest im tym bardziej niemiły. A system władzy zaprowadzony w 1979 roku jest radykalny, a nawet gdzieniegdzie fanatyczny.
Peśmergowie
Jednak po zdławieniu niepodległości w 1946 roku opór irańskich Kurdów nigdy nie był tak wielki, by urósł do rangi państwowego problemu. Po górzystym pograniczu przemykały i nadal przemykają nieliczne oddziały partyzanckie. Dla rzeczywistości Bliskiego Wschodu to normalka. Jednak gdy popatrzymy na zagadnienie w perspektywie możliwych scenariuszy, problem natychmiast się pojawi. Jest nim obecność tuż obok, za granicą z autonomicznym Kurdystanem, formalnie tylko podległym Irakowi, faktycznie regularnej armii kurdyjskiej.
To peśmergowie, czyli „niebojący się śmierci”. Kurdyjski należy do grupy języków indoeuropejskich, zachował więc, podobnie jak polski, dźwięk „ś” w wyrazie oznaczającym śmierć. Wśród polskich publicystów, którzy małpują wszystko, co amerykańskie, utrwaliła się anglosaska wymowa „peszmegowie” (peshmerga); używa jej nawet wspomniany wybitny specjalista, doktor Szewko. My jednak wybierzmy tradycję wspólnych korzeni.
Jeżeli Kurdowie, jak już wiemy, są bardziej wojownikami niż politykami, za ich granicą pojawia się polityczna próżnia, a w dodatku żyją tam uciemiężeni (narodowo i religijnie) rodacy, scenariusz na przyszłość natychmiast sam się rysuje.
Teraz trochę historii, niezbędnej dla zrozumienia zjawiska. To peśmergowie z irackiego Kurdystanu, nie kto inny, w bohaterskiej walce złamali kręgosłup tzw. Państwa Islamskiego, obrzydliwej, terrorystycznej struktury, do 2014 roku panującej nad całym północnym Irakiem i północną Syrią. Z kolei peśmergowie syryjscy równie bohatersko pokonali, w kilka lat później, resztki tzw. Państwa Islamskiego w Syrii. Uczynili to jako sojusznicy Stanów Zjednoczonych, za co Amerykanie, całkiem słusznie, rozpływali się w słowach wdzięczności.
Tak było jednak do czasu, gdy Waszyngton uznał, że nie warto mu inwestować w tak odległą placówkę militarną. Począwszy od końca 2018 roku sojusznicze siły USA wycofują się z Kurdystanu syryjskiego, zaś w lutym roku obecnego prezydent Donald Trump zarządził całkowite wycofanie stamtąd pozostałych jeszcze sił amerykańskich.
Wióry już lecą
Kurdowie z Rożawy, czyli syryjskiego Kurdystanu, cieszący się przez całą dekadę faktyczną niezależnością, niezbyt chętnie poddają się teraz władzom w Damaszku. Tym bardziej, że zmusił ich do tego w iście kolonialnym stylu ambasador USA w Syrii. Tom Barrack sam jest potomkiem drobnych kupców, grekokatolików, z libańskiego miasteczka Zahle. W krytycznej rozmowie z generałem Mazlumem Abdim, głównodowodzącym w Rożawie, zachowywał się z typową pychą „Amerykanina” dość świeżej daty, gardzącego ubogim bliskowschodnim kuzynem. I Kurdowie mu tego nie zapomnieli.
Minął zaledwie miesiąc i kurdyjscy peśmergowie znowu zaczęli być Waszyngtonowi potrzebni. Tym razem jako sojusznik w walce z Iranem. Błyskawiczny atak na Teheran jakoś dziwnie się przedłuża, rakiet ubywa, Amerykanie zaczęli więc dramatycznie poszukiwać pomocników. Stąd wziął się fejk, będący raczej wyrazem chciejstwa nieznanych nam urzędników Kapitolu, którzy trochę na siłę pragną wykreować zwycięską rzeczywistość. Wszyscy wiemy, że prezydent USA uwielbia dobre wiadomości.
Tymczasem ze sztabu peśmergów w irackim Kurdystanie – czyli instytucji chyba najbardziej kompetentnej w rzeczonej sprawie – popłynęła w czwartek rano wiadomość: ani jeden kurdyjski żołnierz nie przekroczył granicy Iranu.
Czy to problem zamyka? Niekoniecznie. Peśmergowie właśnie wzmacniają posterunki na irańskiej granicy. A i w samym Iranie kurdyjskie podziemne organizacje, dotąd słabe, bo działające osobno, zjednoczyły się w polityczno-militarnej koalicji.
Na południu od Kurdów żyją Lurowie, lud dla odmiany szyicki, lecz mówiący językiem pokrewnym kurdyjskiemu. Ci z kolei, ongiś tradycyjnie wysyłając swoich jeźdźców jako osobistych gwardzistów szachów, nie mieliby nic przeciwko ponownemu objęciu władzy przez dynastię Pahlawich. Zatem cały szeroki, przylegający do Turcji zachodni pas irańskiego państwa jest teraz obszarem wysoce niestabilnym. Teren gotowy jest do wybuchu, wystarczy tylko podłożyć zapałkę.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















