W homilii inaugurującej swój pontyfikat Benedykt XVI mówił, że Kościół i świat znajdują się na pustyni, rzecz jasna w specyficznym znaczeniu. „Istnieje pustynia ciemności Boga, wypalenia duszy, gdzie zanika świadomość godności i drogi człowieka. Ponieważ tak rozległe stały się pustynie wewnętrzne, na świecie mnożą się zewnętrzne pustynie” – mówił papież. Zadyszani szybkim tempem zmian i przytłoczeni dostępem niemal do wszystkiego, czego zapragnie dusza i ciało, mówimy o samych sobie, że jesteśmy „przebodźcowani”. Gubimy się w mnogości opinii, religii, reklam, sposobów na życie. Wzrasta nasza niepewność i poczucie zagrożenia. Ta sytuacja sprzyja rozwojowi wszelkiego rodzaju populizmów, demagogii, a w sferze wiary prostych wyjaśnień złożonych procesów, czyli relatywizmu oraz zredukowanej formy chrześcijaństwa, skupionej często na przetrwaniu i ucieczce od „zepsutego” świata. Kto wie, czy właśnie ta obfitość opcji (ale trzeba zaznaczyć, że to domena krajów zamożnych) nie jest dzisiaj postacią duchowej pustyni, nie takiej, w której nic nie ma, ale takiej, w której jest wszystkiego za dużo.
Pustynia pozbawiona znaczeń
Podobną myśl wyraża Franciszek w adhortacji Christus vivit, zwracając uwagę, że wielu młodych ludzi (ale starszych też) żyje „na pustyni pozbawionej znaczeń”, gdzie dominuje „doświadczenie nieciągłości, eliminacji i upadku podstawowych pewników, któremu sprzyja dzisiejsza kultura medialna”. Powodują one „uczucie głębokiego osierocenia” (n. 216). Sieroctwo jest brakiem domu, czyli relacji, które dają oparcie i pomagają człowiekowi nawet w trudnych okolicznościach, aby żyć sensem przewyższającym jedynie wchłanianie bodźców i reaktywne odpowiadanie na ich działanie. Jednym z poważnych wyzwań naszej epoki jest to, że od odbiorcy, często laika w wielu sprawach, wymaga się de facto wszechwiedzy i głębokiego rozeznania, ponieważ zalew informacji, porad i „ekspertów” chociażby tylko w internecie, stawia go często przed pytaniem: kto tutaj ma rację. Ale to niemożliwe do zrobienia. Czasem myślę sobie, że gdyby Piłat przeprowadzał sąd nad Jezusem w XXI wieku, to nie tyle zapytałby o to, czym jest prawda, lecz gdzie tę prawdę można znaleźć.
W samym Kościele również ściera się wiele opinii, interpretacji Słowa, teologicznych teorii i wizji. Ta różnorodność, zarówno pozytywna jak i negatywna, wewnątrz Kościoła i poza nim, jest po prostu faktem i wiele wskazuje na to, że także jest chciana przez Boga. Nie żyjemy też w doskonałym, stabilnym świecie. Łatwo się przemieszczamy. Ludzie migrują bądź podróżują, odkrywając ze zdumieniem, że świat jest znacznie bogatszy, niż im się wydawał. Religie współegzystują ze sobą w jednym społeczeństwie. Wojny śledzimy na bieżąco w smartfonach. Mieszają się kultury, rasy i światopoglądy. Otacza nas nieraz myślenie obce Ewangelii albo podważające jej wiarygodność. Wśród nas żyją też osoby, które twierdzą, że nie wierzą w Boga i kontestują wszystko, co religijne. Jak więc wierzyć w takiej aurze? Jak mierzyć się z wyzwaniami czasem fascynującej, a nieraz budzącej w nas lęk różnorodności?
Wilki drapieżne i antychrystowie
Między Bogiem a prawdą, nie jest to całkowita nowość. Już Nowy Testament, jeśli go uważnie przeczytamy, przygotowuje uczniów Chrystusa na egzystencję w takim świecie. Jezus więcej mówi o prześladowaniach Kościoła niż o jego triumfalnym pochodzie przez wieki. Przypowieści o królestwie Bożym również przypominają, że rządzi się ono innymi prawami niż królestwa ziemskie. Misja uczniów porównana jest do soli ziemi i światła świecącego w ciemności. Królestwo Boże rozwija się małymi krokami od niepozornego ziarna (tak naprawdę jest nim już Abraham) lub odrobiny zaczynu włożonego w mąkę (dzisiaj owym zakwasem są mniejszości chrześcijańskie w krajach wyznających islam lub głęboko zsekularyzowanych). Sukces i spektakularność nie są typowym modelem działania Boga w świecie.
Kościół też od początku nie jest jakimś monolitem, gdzie wszyscy myślą i robią to samo. Nigdy nie był też całkowicie odłączony od świata, rozumianego zarówno jako wspaniałe dzieło Stwórcy jak i siły wrogie Bogu. Świat i „światowość”, czyli wypaczenia Ewangelii albo porządek tego świata przenikają do Kościoła. W listach apostolskich czytamy, że wewnątrz wspólnot pojawią się różnice: jedni ze względu na Pana jedzą wszystkie pokarmy, inni ze względu na Pana nie jedzą tych samych pokarmów (por. Rz 14, 1–4). Jedni modlą się różańcem, inni kontemplacją. Jedni przyjmują komunię świętą bezpośrednio do ust, drudzy najpierw na rękę. We wspólnocie Kościoła będą też dojrzewać „wilki drapieżne” albo „ludzie, którzy będą głosić przewrotne nauki, aby pociągnąć za sobą uczniów” (por. Dz 20, 29–30) lub ci, „którzy sieją zamęt i chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową” (Ga 1, 7) oraz „fałszywi prorocy pośród ludu” i „fałszywi nauczyciele”, którzy wprowadzają zgubne herezje (2 P 2, 1). Święty Jan ostrzega również przed „antychrystami”, którzy wyszli ze wspólnoty Kościoła, lecz w gruncie rzeczy nigdy nie wierzyli w duchu Chrystusa (Por 1 J 2, 18–19). Podważają oni jedność Syna z Ojcem i wcielenie Jezusa. Uczniowie poddani są też zewnętrznym wpływom filozofii będącej czczym oszustwem, opartej na ludzkiej tylko tradycji i żywiołach świata (por. Kol 2, 8). Dzisiaj takich filozofii mamy na pęczki. Nie sposób się bowiem odizolować całkowicie od świata, chyba że za cenę stworzenia sekty lub jakiejś wewnętrznej emigracji i religijnego getta.
Triumfalistyczne zapędy
Benedykt XVI w przywoływanej homilii mówił, że „cały Kościół, a w nim jego pasterze, tak jak Chrystus, winni wyruszyć w drogę, aby wyprowadzić ludzi z pustyni, ku życiu, ku przyjaźni z Synem Bożym, ku temu, który daje nam życie i to życie w pełni”. Czy ma to polegać na tym, że wrócimy do dawnej koncepcji christianitas, w której najpierw władza cesarska podporządkowała sobie Kościół, a potem Kościół próbował uczynić z władzy sprzymierzeńca i „egzekutora” prawa Boskiego na ziemi? Wiele wskazuje na to, że ten projekt należy odłożyć już do lamusa. Powstał on wtedy, gdy wydawało się, że chrześcijaństwo zamyka się w obrębie Europy. Dzisiaj jest obecne na całej ziemi. Królestwo niebieskie nie jest też ani monarchią, ani demokracją czy tym bardziej totalitarnym systemem, który będzie „wymuszał” na innych wiarę i życie zgodne z Ewangelią.
W swojej programowej encyklice Redemptor hominis Jan Paweł II wspomina, że podczas ostatniego Soboru pojawiła spora doza krytycyzmu ze strony ojców soborowych wobec triumfalistycznych zapędów Kościoła: „Jesteśmy pewni, że nie zawsze był on oderwany od autentycznej miłości Kościoła (…) choć musi posiadać słuszne granice” (n. 4) – pisał. Owocem tej postawy krytycznej było niewątpliwie „Wyznanie winy Kościoła” w roku 2000, którego dokonał Jan Paweł II, ku zgorszeniu wielu wierzących i zwolenników Kościoła „odczłowieczonego”. Jest tam mowa o tym, że w Kościele „posługiwaliśmy się metodami nieewangelicznymi”, a więc przemocą, czynieniem uczniów bez konieczności nawracania i dalszej formacji, o antysemityzmie, o gwałceniu praw ludów i narodów, o eliminowaniu inaczej myślących i religijnych buntowników, o krzywdzie wyrządzanej przez ludzi Kościoła kobietom i dzieciom itd. Wszystko to było możliwe właśnie dlatego, że Kościół średniowieczny miał za sobą władzę, był większością, a także dlatego, że na świecie i pośród siebie zapragnął wzrostu jedynie pszenicy i nie dopuszczał do siebie, że pośród niej koegzystuje też różnego rodzaju chwast. Zamiast cierpliwości pojawiał się lęk, który kazał chwytać za miecz. Kościół często nie potrafił uszanować ludzkiej wolności. Takie „chrześcijańskie królestwo” bywało niestety szukaniem tylko „doczesnej skuteczności” albo tworzeniem rzeczywistości na własny obraz i podobieństwo. Jednym z powodów takiego sposobu działania było przekonanie, że Kościół i królestwo Boże pokrywają się ze sobą. Jeszcze przed Soborem Watykańskim II Henri de Lubac SJ pisze w Medytacjach o Kościele, że „nie wolno nam żywić mylnych poglądów na temat królestwa Bożego, które jest celem Kościoła; zaś misją Kościoła jest to Królestwo antycypować”. Tworzenie na siłę christianitas może być próbą nagięcia rzeczywistości do naszych oczekiwań, nawet najbardziej pobożnych i szczerych. Duch Święty wprawdzie nagina, ale tak, aby nie złamać. Cierpliwie.
Nie prosimy o chrześcijaństwo szklarniowe
Bóg pozwala wszystkim być, ponieważ nie ma w Nim lęku. Już prorok Habakuk pisze, że „zbyt czyste oczy Twoje, by na zło patrzyły, a nieprawości pochwalać nie możesz. Czemu jednak spoglądasz na ludzi zdradliwych i milczysz, gdy bezbożny pożera uczciwszego od siebie?” (Ha 1, 12). Bóg rozróżnia między złem a złym człowiekiem. Między grzechem a grzesznikiem. Nam przychodzi to z trudem. Także w Kościele „cierpimy z powodu cierpliwości Boga”. Czy nie powinien On zrobić porządku na świecie albo stworzyć chrześcijańskiej enklawy lub ochronić przed zgubnymi wpływami, byśmy mogli prowadzić ciche i spokojne życie? Czasem istotnie mamy pretensje, że Bóg zamierzył tak wielką różnorodność, w której trudno się rozeznać. Czy nie mógł prościej?
Bez dwóch zdań wiara w społeczeństwie pełnym odmiennych poglądów, opcji politycznych zostaje wystawiona na próbę. Zagraża jej niepewność, zwątpienie i zagubienie. Ale czyż nie prosimy codziennie w „Modlitwie Pańskiej”, by Ojciec dał nam siłę w godzinę próby? Nie błagamy Boga o to, by uwolnił nas od próby i stworzył nam chrześcijaństwo szklarniowe, towarzystwo wzajemnego miziania odseparowane od świata. Wtedy uczniowie przestaliby być solą ziemi. Na pewno w czasie tego przejścia przez duchową pustynię, którą stał się nasz złożony świat, na pierwszy ogień idzie sama motywacja wiary. Jeśli jest ona tylko zewnętrzna (tak często bywa na początku drogi wiary), to znaczy będzie się opierać jedynie na społecznych racjach, na sile praw i kultury, na przynależności do grupy, na zwyczajach, a sama moralność nie będzie odpowiedzią na wezwanie Pana i Jego miłość, karmiona modlitwą i sakramentami, to człowiek łatwo zobaczy, że można żyć bez tego i jakoś przeżyć życie. Nic strasznego się nie stanie. Wielokulturowość może obnażyć wewnętrzną pustkę i lęk. Ale przed czym? Przed innością czy przed tym, że sam czuję się niepewny, nieugruntowany w wierze, przekonany jedynie siłą strachu czy zwyczaju? Już Jan Paweł II przestrzegał nas, że gdy zniknęło zewnętrzne zagrożenie w postaci komunistycznego reżimu, a więc doświadczenie zewnętrznej niewoli, należy teraz zadbać o wolność wewnętrzną. Cytując Leopolda Staffa na wałach jasnogórskich w 1991 roku, mówił, że „wolność nie jest ulgą, lecz trudem wielkości”. Jest zadaniem, wymaga wysiłku. Jest budowaniem, a nie tylko walką z zagrożeniami. Papież proroczo wiedział, że pluralizm w pewnym sensie jest większym wyzwaniem niż totalitaryzm. Uczeń Chrystusa musi żyć w nieustannym napięciu między wolnością wewnętrzną a zewnętrzną, bo jeśli zabraknie tej drugiej, zawali się także jego wiara.
Miłość w świecie, w którym żyjemy
Podczas swojej pielgrzymki do Polski w 2006 roku Benedykt XVI zachęcał nas, abyśmy „składali świadectwo Ewangelii przed dzisiejszym światem, niosąc nadzieję ubogim, cierpiącym, opuszczonym, zrozpaczonym, łaknącym wolności, prawdy i pokoju”. Nie powinniśmy dążyć do skazanego dziś na porażkę tworzenia państwa wyznaniowego czy nieustannie walczyć z wrogami. Wtedy zaniedbamy owych ubogich, do których posyła nas Chrystus. Autor Listu do Hebrajczyków wzywa swoich adresatów, ale także i nas, najpierw do miłości w warunkach, w których przyszło nam żyć: „Trzymajmy się niewzruszenie nadziei, którą wyznajemy, bo godny jest zaufania Ten, który dał obietnicę. Troszczmy się o siebie wzajemnie, by się zachęcać do miłości i do dobrych uczynków (Hbr 10, 23–24). Oczywiście, to nie oznacza, że powinniśmy skapitulować i w ogóle zaprzestać starań o bardziej ewangeliczne prawa, skulić się i zamilknąć w przestrzeni publicznej, nie dbając już o ochronę życia we wszelkich jego formach. Nie może się to jednak odbywać nieewangelicznymi metodami i gwałtownością. Ojciec de Lubac słusznie zauważa, że dynamika wzrostu wiary na ziemi bardziej płynie od dołu, od poszczególnego wierzącego, niż z góry za pomocą zarządzeń władzy i perswazji: „Z pewnością, gdyby każdy członek Kościoła właściwie urzeczywistniał swoje powołanie, wówczas królestwo Boże na pewno rozwijałoby się w innym tempie, chociaż pośród ciągle wzrastających przeszkód (…) i w sposób niewidoczny dla oczu nieoświeconych Bożym światłem”.
Istotnie, łatwiej jest wyznawać wiarę, gdy czujemy wsparcie ze strony wspólnoty, społeczeństwa, gdy nie musimy konfrontować się z innością, uczyć się i pogłębiać wiary. To chyba naturalne, gdy człowiek widzi, że w grupie czuje się silniejszy i boi się wykluczenia z niej, by nie pozostać samotnym. Skąd więc ma czerpać siłę, aby pozostać wiernym temu, co dla niego ważne i święte? Święty Paweł wskazuje tylko na jeden kierunek: „Jak więc przejęliście naukę o Chrystusie, tak w Nim postępujcie; zapuśćcie w Niego korzenie i na Nim dalej budujcie i umacniajcie się w wierze” (Kol 2, 6–7). Musimy się dzisiaj uczyć rozpoznawania głosu Boga w sobie, a nie tylko w zewnętrznym autorytecie. Rozważanie słowa Bożego, tworzenie wspólnot, nauka modlitwy będzie poszerzać w nas przestrzenie wolności wewnętrznej i pomagać w przezwyciężaniu naszych lęków. W sytuacji, gdy chrześcijanie stają się dominującą większością, rodzi się pokusa, aby już nie zapuszczać korzeni w Chrystusie. Można ulec mylnemu wrażeniu, że skoro władza, kultura, terytorium i kształtowane prawo należy do nas, to już osiągnęliśmy wszystko. Gettoizacja wiary może sprawić, że człowiek przestanie czuwać i pogłębiać formację, spocznie na laurach. Jednak Bóg nigdzie nie obiecał nam raju na ziemi, lecz raczej stałą pielgrzymkę, często przez pustynię, do niebieskiej ojczyzny, w świecie, który możemy zdobywać dla Boga tylko przez pokorne świadectwo i zaufanie do Zmartwychwstałego.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.











