Pod koniec sierpnia 1920 roku, gdy główne siły Armii Czerwonej ponosiły klęskę na przedpolach Warszawy, na południowym wschodzie Rzeczypospolitej wciąż trwały walki, których wynik mógł wpłynąć na przebieg całej kampanii. W kierunku Lubelszczyzny przesuwała się 1. Armia Konna Siemiona Budionnego – jedna z najgroźniejszych formacji sowieckich, zamierzająca przebić się na zachód i zagrozić tyłom polskich wojsk. Na jej drodze znalazł się Zamość, którego obroną miał kierować ukraiński oficer, płk Marko Bezruczko – dowódca 6. Dywizji Siczowej Armii Ukraińskiej Republiki Ludowej. Dla Bezruczki obrona Zamościa była kulminacją kilkuletniej służby wojskowej, prowadzącej od armii rosyjskiej przez fronty I wojny światowej i walkę o niepodległość Ukrainy aż do sojuszu z Polską w 1920 roku.
Sojusz jedynym wyjściem
Urodzony w 1883 roku na Zaporożu, ukończył szkołę oficerską w Odessie, a następnie Mikołajewską Akademię Wojskową w Petersburgu. Podczas I wojny światowej walczył przeciw Niemcom i został ranny, później zaś pełnił funkcje sztabowe. Po rewolucji 1917 roku związał się z ukraińskimi strukturami wojskowymi, w 1918 roku rozpoczął służbę w armii Ukraińskiej Republiki Ludowej, a rok później został szefem sztabu Korpusu Strzelców Siczowych – jednej z najbardziej doświadczonych formacji ukraińskich. Narodziło się wówczas pierwsze w pełni suwerenne państwo ukraińskie – Ukraińska Republika Ludowa (URL), którego przywódcą został Symon Petlura. Niestety przetrwała ona ledwie kilka miesięcy. Toczyła bowiem jednocześnie bratobójczą wojnę z Polską i z Rosją bolszewicką – wrogiem wspólnym i dla obu młodych państw śmiertelnym. W efekcie, do połowy 1919 roku, Polacy zajęli Ukrainę Zachodnią, po Zbrucz, bolszewicy wkroczyli do Kijowa i zlikwidowali państwo ukraińskie. Po klęskach 1919 roku rząd Petlury i część ukraińskich żołnierzy znalazła się w Polsce jako internowani. Wówczas obaj wodzowie, Józef Piłsudski i Petlura, pojęli, że dalsze losy ich państw zależą od sojuszu między nimi.
Na początku 1920 roku rozpoczęto w Polsce formowanie nowych ukraińskich jednostek, a dowództwo 6. Dywizji Siczowej powierzono Marko Bezruczce. Jej żołnierze rekrutowali się w znacznej mierze spośród internowanych Ukraińców, którzy ponownie przywdziali mundury. Była to formacja niewielka w porównaniu z armiami polską i sowiecką, lecz tworzyli ją ludzie mający doświadczenie wcześniejszych walk. Wiosną 1920 roku, gdy dobiegał końca kilkumiesięczny rozejm między Polską i Rosją bolszewicką, doszło do podpisania formalnego sojuszu Rzeczpospolitej Polskiej z Ukraińską Republiką Ludową. To porozumienie, od nazwisk przywódców obu państw zwane paktem Piłsudski – Petlura, zakładało wspólną walkę z bolszewickim najeźdźcą, wyzwolenie terytorium Ukrainy i formalne uznanie przez Polskę suwerennej ukraińskiej państwowości. Właśnie na takiej podstawie dywizja Bezruczki została skierowana do wspólnej walki u boku Wojska Polskiego, weszła w skład polskiej 3. Armii i wzięła udział w ofensywie na Kijów. 7 maja 1920 roku wojska polskie i ukraińskie wkroczyły do stolicy Ukrainy, a dwa dni później odbyła się wspólna defilada na kijowskim Kreszczatiku. Dla żołnierzy armii URL był to moment szczególny: po miesiącach klęsk i odwrotów ponownie pojawili się w stolicy Ukrainy jako regularna formacja walcząca o niepodległość własnego państwa.
Kluczowy Zamość
Jak wiemy, triumf okazał się krótkotrwały. Kontrofensywa Armii Czerwonej zmusiła wojska polskie i ukraińskie do odwrotu, a 6. Dywizja Siczowa uczestniczyła w kolejnych walkach, zachowując zdolność bojową mimo strat, przemęczenia i braku własnego zaplecza państwowego. Dla jej żołnierzy odwrót oznaczał nie tylko utratę kolejnych pozycji, lecz także oddalanie się od Ukrainy, o którą walczyli od kilku lat. Mimo to nie zeszli z frontu.
W sierpniu sytuacja zaczęła się odwracać, gdyż Wojsko Polskie zatrzymało pod Warszawą główne siły Frontu Zachodniego Armii Czerwonej, lecz na południu wciąż pozostawała nienaruszona Armia Konna Budionnego (Konarmia). Jej dowództwo zamierzało wykorzystać ruchliwość kawalerii, aby przebić się na Lubelszczyznę i zagrozić polskim wojskom od południa. Wszystko zależało od utrzymania Zamościa, blokującego Budionnemu drogę na północ. Gdyby twierdza upadła, niedawny sukces Bitwy Warszawskiej mógłby zostać zaprzepaszczony, a Polska znów stanęłaby wobec groźby utraty stolicy i upadku Niepodległej.
W takim położeniu Marko Bezruczko otrzymał 27 sierpnia rozkaz zorganizowania obrony miasta, a do Zamościa skierowano część 6. Dywizji Siczowej oraz polskie oddziały, wśród nich 30. Pułk Strzelców Kaniowskich i pociągi pancerne. Zamość nie był przygotowaną do długiego oblężenia twierdzą, a obrońcy musieli organizować stanowiska w pośpiechu, mając przeciwko sobie formację znacznie liczniejszą i dysponującą ogromną ruchliwością – Armię Konną Budionnego należącą do najbardziej doświadczonych jednostek Armii Czerwonej.
Obrońcy wytrzymali
Atak na Zamość rozpoczął się 29 sierpnia, kiedy sowiecka kawaleria próbowała wedrzeć się do miasta, lecz napotkała zdecydowany opór. Wśród obrońców znajdowali się żołnierze 6. Dywizji Siczowej – ci sami, którzy kilka miesięcy wcześniej uczestniczyli w marszu na Kijów, a następnie wraz z wojskami polskimi wycofywali się pod naporem Armii Czerwonej. Teraz ich zadaniem było zatrzymanie Konarmii. Obrona Zamościa nie była wszelako dziełem jednej tylko formacji, Polacy i Ukraińcy musieli wspólnie utrzymać miasto. Bezruczko, jako dowódca całości obrony, odpowiadał za jej organizację i współdziałanie poszczególnych oddziałów. Jego zadaniem nie było efektowne zwycięstwo, lecz utrzymanie miasta tak długo, aby polskie dowództwo mogło skoncentrować siły potrzebne do zatrzymania Budionnego. Każda godzina miała więc znaczenie. Gdyby Konarmia szybko zdobyła Zamość, mogłaby kontynuować marsz na zachód i północ, zanim Polacy zdążyliby ją powstrzymać.
Obrońcy wytrzymali jednak kolejne ataki, a miasto nie zostało zdobyte. Czas stracony przez Budionnego pod Zamościem miał zatem istotne znaczenie dla dalszego przebiegu działań. 31 sierpnia pod Komarowem doszło do wielkiej bitwy kawalerii, w której polskie oddziały zadały Konarmii ciężką klęskę. Obrona Zamościa nie przesądziła sama o wyniku tej bitwy, lecz odegrała ważną rolę w zatrzymaniu sowieckiego natarcia, ponieważ pozbawiła Budionnego możliwości szybkiego marszu na zachód i dała polskiemu dowództwu czas na koncentrację sił. Ukraińscy żołnierze 6. Dywizji Siczowej byli ważną częścią tego wysiłku.
Podwójna perspektywa
Na tym jednak udział gen. Bezruczki w wojnie 1920 roku się nie skończył. Po walkach pod Zamościem i Komarowem 6. Dywizja Siczowa nadal uczestniczyła w działaniach armii URL. We wrześniu Bezruczko został awansowany do stopnia generała chorążego, a jego dywizja wzięła udział w jesiennej ofensywie przeciw bolszewikom na Podolu i był to ostatni etap regularnej walki armii URL w 1920 roku. Społeczeństwo polskie, zmęczone wieloletnią wojną, żądało pokoju, który miał się okazać tragedią niepodległej Ukrainy. Na mocy pokoju w Rydze (1921) Polska i Rosja podzieliły się ziemiami ukraińskimi, a żołnierze, którzy w maju maszerowali do Kijowa, a w sierpniu bronili Zamościa, musieli znów opuścić własny kraj. Polska obroniła swoją niepodległość, lecz Ukraina nie odzyskała własnego państwa.
Właśnie ta podwójna perspektywa nadaje historii Bezruczki szczególne znaczenie. Jego żołnierze walczyli w 1920 roku nie tylko przeciwko Armii Czerwonej, lecz także o własną niepodległość. Ich cele nie były identyczne z celami polskiego dowództwa, ale w obliczu bolszewickiej ofensywy oba narody znalazły się po tej samej stronie frontu. Sojusz polityczny został sprawdzony w praktyce przez ludzi, którzy wspólnie maszerowali, walczyli i ginęli. Marko Bezruczko pozostaje jednym z najbardziej wyrazistych symboli tego ukraińskiego wysiłku zbrojnego. Jego droga w 1920 roku prowadziła od odbudowy 6. Dywizji Siczowej, przez Kijów i ciężkie walki odwrotowe, aż po Zamość, gdzie ukraińscy żołnierze stanęli ramię w ramię z polskimi obrońcami. Ich mundury były ukraińskie, ich celem pozostawała niepodległość Ukrainy, lecz w sierpniu 1920 roku ich walka stała się również częścią obrony Rzeczypospolitej.
Dlatego pamięć o Bezruczce jest nam dziś szczególnie potrzebna. Jest to bowiem, mówiąc słowami papieża Franciszka, które niedawno przypominałem na tych łamach, „pamięć dobra i pozytywna”, chroniąca nas przed eskalacją nienawiści. W polskim i ukraińskim XX wieku zdarzył się przecież nie tylko Wołyń, ale również wspólna, ramię w ramię, walka z bolszewicką Rosją. Pamiętać winniśmy zatem nie tylko o Banderze i Szuchewyczu, ale również o Petlurze i Bezruczce. Obrona Zamościa stała się jednym z najbardziej konkretnych świadectw tego, że w 1920 roku Polacy i Ukraińcy potrafili połączyć swoje siły w obliczu bolszewickiej ofensywy, a udział ukraińskich żołnierzy w tym zwycięstwie był rzeczywisty, ofiarny i bohaterski.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.









