Między ołtarzem a barykadą. Kapelani powstania warszawskiego

Ważniejsze od pytania, czy powstanie miało sens, było dla duchownych być tam, gdzie są potrzebni – przy ludziach, dając poczucie sensu tam, gdzie świat zdawał się rozpaść na kawałki.
Czyta się kilka minut
Zwykle pamiętamy ich ze zdjęć przedstawiających polowe ołtarze ustawione na podwórkach kamienic, msze odprawiane przed oddziałami Armii Krajowej albo błogosławieństwo udzielane młodym żołnierzom przed wyjściem do walki. Tymczasem znacznie częściej można było spotkać ich w piwnicach pełnych mieszkańców, w szpitalach urządzonych w szkołach i klasztorach albo przy prowizorycznych mogiłach kopanych na podwórkach | fot. Danuta B. Łomaczewska/East News
Zwykle pamiętamy ich ze zdjęć przedstawiających polowe ołtarze ustawione na podwórkach kamienic, msze odprawiane przed oddziałami Armii Krajowej albo błogosławieństwo udzielane młodym żołnierzom przed wyjściem do walki. Tymczasem znacznie częściej można było spotkać ich w piwnicach pełnych mieszkańców, w szpitalach urządzonych w szkołach i klasztorach albo przy prowizorycznych mogiłach kopanych na podwórkach | fot. Danuta B. Łomaczewska/East News

Na początku sierpnia 1944 roku podwarszawskie Laski nie przypominały spokojnego klasztoru. Zakład dla niewidomych, otoczony lasem i położony zaledwie kilkanaście kilometrów od Warszawy, zamienił się w szpital, przez który nieustannie przechodzili ranni wynoszeni z walczącej stolicy. W prowizorycznych salach operacyjnych lekarze pracowali bez wytchnienia, siostry zakonne opatrywały kolejne ofiary bombardowań, a ci, których nie udało się uratować, odchodzili często bez obecności najbliższych. Wśród ludzi niosących pomoc był ks. Stefan Wyszyński, znany w konspiracji jako „Radwan III”. Spowiadał, odprawiał msze święte, pomagał przenosić rannych, towarzyszył umierającym. Po latach rzadko wracał do tych wydarzeń. Kiedy jednak wspominał czas wojny, mówił przede wszystkim o człowieku; nie o zwycięstwie ani klęsce, lecz o cierpieniu, które pozostawiała po sobie każda godzina walk. To doświadczenie wydaje się dobrym kluczem do opowieści o kapelanach powstania warszawskiego. Zwykle pamiętamy ich ze zdjęć przedstawiających polowe ołtarze ustawione na podwórkach kamienic, msze odprawiane przed oddziałami Armii Krajowej albo błogosławieństwo udzielane młodym żołnierzom przed wyjściem do walki. Fotografie te utrwaliły się w zbiorowej wyobraźni do tego stopnia, że niemal przesłoniły codzienność ich posługi. Tymczasem znacznie częściej niż na barykadach można było spotkać ich w piwnicach pełnych mieszkańców, w szpitalach urządzonych w szkołach i klasztorach albo przy prowizorycznych mogiłach kopanych na podwórkach, tam właśnie ukazywała się treść ich kapłaństwa.

Duszpasterstwo wśród okopów

W powstaniu uczestniczyło około stu pięćdziesięciu duchownych: księży diecezjalnych, zakonników i kapelanów Armii Krajowej. Byli wśród nich jezuici, dominikanie, pallotyni, salezjanie, franciszkanie. Obok nich służyły setki sióstr zakonnych, które organizowały szpitale, pielęgnowały rannych i pozostawały przy tych, dla których medycyna nie miała już ratunku. Liczby mają jednak znaczenie jedynie porządkujące. Nie oddają tego, czym była ich obecność. Nie sposób policzyć spowiedzi odbywanych w ciemnych piwnicach podczas bombardowań, pogrzebów odprawianych bez trumien, Eucharystii sprawowanych na skrzyniach przykrytych białym prześcieradłem czy rozmów prowadzonych z ludźmi przekonanymi, że nie doczekają następnego dnia. Wojna radykalnie zmieniła formę duszpasterstwa, ale nie zmieniła jego sensu. Kapłan równie często niósł wiadro z wodą jak bursę z Najświętszym Sakramentem. Pomagał wynosić rannych z płonących budynków, szukał dzieci zagubionych w tłumie uciekinierów, wspierał lekarzy wykonujących operacje w warunkach, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawałyby się niewyobrażalne. Dla wielu mieszkańców Warszawy sama jego obecność stawała się znakiem, że świat nie rozpadł się całkowicie. Nie usuwała cierpienia ani nie tłumaczyła tragedii, ale przypominała, że człowiek pozostaje kimś więcej niż ofiarą wojny. Z tej perspektywy inaczej brzmi pytanie, które powraca niemal przy każdej rocznicy powstania: czy obecność kapelanów oznaczała poparcie Kościoła dla decyzji o rozpoczęciu walk? Pytanie wydaje się uzasadnione, lecz prowadzi na manowce. Zakłada bowiem, że najważniejszym zadaniem księdza było zajęcie stanowiska wobec decyzji wojskowych. Tymczasem dla większości z nich problem wyglądał zupełnie inaczej. Pierwszego sierpnia nie decydowali o rozpoczęciu powstania. Stanęli wobec faktu, którego nie mogli już odwrócić. Od tej chwili musieli odpowiedzieć nie na pytanie o sens strategii, lecz o sens własnego kapłaństwa. Nie pytali, czy powstanie zakończy się zwycięstwem, pytali, jak udzielić ostatniego namaszczenia człowiekowi, do którego nie sposób dojść z powodu ostrzału. Nie zastanawiali się nad przebiegiem linii frontu, szukali rodziców dzieci wydobytych spod ruin. Nie prowadzili dyskusji o polityce aliantów, ale grzebali zabitych na podwórkach kamienic, wiedząc, że za kilka godzin ziemia może zostać ponownie rozorana przez bomby.

Stefan Wyszyński i Jan Zieja

W tym miejscu spotykają się dwie postaci – Stefan Wyszyński i Jan Zieja, którzy, na pierwszy rzut oka, wydają się reprezentować odmienne sposoby myślenia o chrześcijaństwie, walce i sensie ofiary. Stefan Wyszyński należał do pokolenia księży głęboko przekonanych, że naród jest wspólnotą moralną, za którą ponosi się odpowiedzialność. Wojna nie zburzyła tego przekonania, ale nadała mu nowy wymiar. W Laskach codziennie widział ludzi, wobec których wielkie słowa o ojczyźnie schodziły na dalszy plan. Pozostawał konkretny człowiek – cierpiący, przestraszony, często samotny, to właśnie w kontakcie z nim dojrzewała myśl, która później stanie się jednym z fundamentów nauczania przyszłego Prymasa Tysiąclecia: historia nigdy nie może przesłonić osoby. Naród nie jest wartością abstrakcyjną. Istnieje o tyle, o ile istnieją ludzie, których godność domaga się ochrony nawet wtedy, gdy wszystko wokół ulega zniszczeniu. W centrum myślenia ks. Jana Ziei znajdowała się Ewangelia odczytywana z niezwykłą dosłownością, bez jakichkolwiek uwarunkowań i kompromisów. Nie ufał językowi heroizmu, jeżeli prowadził on do usprawiedliwienia przemocy. Po wojnie będzie powtarzał zdanie, które wielu uzna za niemożliwe do pogodzenia z doświadczeniem okupacji: „Nigdy nikogo nie zabijaj”. Nie było w nim naiwności, była za to konsekwencja człowieka przekonanego, że przykazanie miłości nie przestaje obowiązywać nawet wtedy, gdy świat wokół zdaje się odrzucać wszelkie moralne reguły. Ksiądz Stefan Wyszyński uzupełniał wierność Ewangelii poczuciem odpowiedzialności za wspólnotę, był raczej człowiekiem Kościoła niż bezkompromisowym prorokiem. Nie doszli do tych samych wniosków, spotkali się gdzie indziej – przy rannych, konających i tych, którzy potrzebowali nie tyle wyjaśnienia historii, ile obecności drugiego człowieka, szczególnie kapłana. To właśnie ten punkt wspólny wydaje się ważniejszy od różnic, a zarazem pozwala je lepiej zrozumieć.

Różnica między Stefanem Wyszyńskim i Janem Zieją nie sprowadza się do odmiennej oceny powstania warszawskiego. Takie ujęcie byłoby zbyt proste, a przez to fałszywe. Znacznie więcej mówi o nich sposób przeżywania kapłaństwa. Wyszyński uczy patrzeć na historię przez pryzmat odpowiedzialności – za naród, za wspólnotę, za ludzi powierzonych jego pieczy. Zieja przypomina, że nawet najbardziej dramatyczne okoliczności nie zwalniają chrześcijanina z obowiązku wierności Ewangelii. Jeden wyrasta z tradycji katolickiej nauki społecznej, drugi z niemal franciszkańskiej prostoty kazania na górze. Te dwie perspektywy nie znoszą się wzajemnie, przeciwnie, dopiero razem odsłaniają złożoność doświadczenia Kościoła w sierpniu 1944 roku. 

Język odpowiedzialności, język sumienia

Podobnych historii było więcej. Księża odprawiający msze święte w piwnicach zasypywanych przez bomby, zakonnicy wynoszący rannych z płonących domów, siostry zakonne pozostające w szpitalach mimo świadomości, że wraz z pacjentami mogą zostać zamordowane. W tych świadectwach uderza jedna rzecz – bardzo rzadko mówią one o bohaterstwie. Znacznie częściej o obowiązku, o przekonaniu, że kapłan nie wybiera miejsca swojej posługi według tego, gdzie jest bezpieczniej albo łatwiej, idzie tam, gdzie potrzebna jest jego posługa. Być może właśnie dlatego pytanie o to, czy kapelani popierali powstanie warszawskie, pozostaje pytaniem nieistotnym, poszczególni księża mogli różnić się w ocenie decyzji wojskowych i polityków. Jedni wiązali z powstaniem nadzieję na odzyskanie niepodległości, inni bardzo szybko zaczęli dostrzegać rozmiar katastrofy spadającej na ludność cywilną. Nie sposób sprowadzić tych doświadczeń do jednego stanowiska, łączyło je przecież coś ważniejszego od politycznych ocen – wierność swojemu powołaniu. Po latach losy Stefana Wyszyńskiego i Jana Ziei potoczyły się odmiennie. Jeden stał się symbolem Kościoła prowadzącego naród przez czas komunizmu, drugi pozostał prorokiem, zawsze stawiającym zasady ponad kompromisem. Ich drogi nie rozeszły się jednak. Prymas w swych prywatnych zapiskach Pro memoria często wspominał ks. Zieję, lubił go, a nawet podziwiał, choć traktował jego pomysły z pewną pobłażliwością. 

Można odnieść wrażenie, że właśnie tutaj znajduje się najważniejsza lekcja kapelanów powstania warszawskiego. Nie rozstrzygają oni sporu o historyczną ocenę zrywu. Nie zamykają dyskusji o jego politycznym sensie ani wojskowych konsekwencjach. Pozostawiają natomiast pytanie, które nie straciło aktualności. Czym powinien być Kościół wtedy, gdy historia przestaje przypominać uporządkowany ciąg wydarzeń, a staje się doświadczeniem lęku, cierpienia i straty? Na to pytanie Wyszyński odpowiada językiem odpowiedzialności, Zieja – językiem sumienia. Powstańczy kapelani różnili się zapewne w ocenie sensowności decyzji o wybuchu powstania, jednak gdy się rozpoczęło, odłożyli swe poglądy na stronę, pozostając wierni powołaniu.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.

Co otrzymujesz w subskrypcji?

- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów

- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym

- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej

- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online

- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży

- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF

Najlepsza cena

Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.

- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł

↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 31/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Kapelani powstania warszawskiego