Pamiętam swoje odczucia po obejrzeniu niemieckiego filmu Sophie Scholl. Ostatnie dni. Jego fabuła osnuta była wokół losów kilku monachijskich studentów, którzy w najciemniejszym mroku nazizmu stworzyli organizację Biała Róża. Działali w całkowitej samotności, w kraju, który wciąż zachowywał wierność Führerowi. Nie mogli liczyć na żadne akty solidarności, tym bardziej podziwu, musieli się natomiast liczyć z denuncjacją ze strony swoich kolegów, wykładowców, sąsiadów, a nawet członków rodzin. Inspirowani duchem chrześcijaństwa, bohatersko dali świadectwo swojej wiary. O ileż trudniej im było niż ich rówieśnikom działającym choćby w Armii Krajowej. Ci ostatni narażali swe życie, ale nie działali w pustce obojętnego i wrogiego otoczenia – działali w strukturach podziemnego państwa, byli otoczeni podziwem i solidarnością niemal całego społeczeństwa. Ci pierwsi mieli tylko swoją wiarę i wartości.
Dlaczego artykuł napisany z okazji Narodowego Dnia Pamięci o Polakach – Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej – rozpoczyna się od wspomnienia młodych Niemców, którzy poświęcili swe życie w imię ludzkich i chrześcijańskich wartości? Otóż chciałbym, aby idea dnia wspomnienia Polaków bestialsko pomordowanych na Wołyniu i w Galicji wschodniej została uzupełniona o upamiętnienie tych, którzy Polakami nie byli, ale zasługują na naszą pamięć. Nie da się bowiem oddzielić 100 tysięcy ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN – UPA, od garstki Ukraińców, którzy w akcie przeciwstawienia się nacjonalistycznemu szaleństwu ogarniającemu ich rodaków zaangażowali się w obronę swoich polskich sąsiadów. Ten tekst jest apelem, aby w naszej pamięci znalazło się miejsce również dla tych Ukraińców, którzy – jak Biała Róża – potrafili zachować człowieczeństwo w najczarniejszej godzinie. Być może właśnie dziś, takie uzupełnienie polskiej pamięci zbiorowej jest szczególnie potrzebne.
Twarz sąsiada
Na Wołyniu przez stulecia życie toczyło się w rytmie wyznaczanym przez pory roku, kalendarz liturgiczny i pracę na roli. Granice między społecznościami istniały: Polacy i Ukraińcy różnili się językiem, obrządkiem, doświadczeniami historycznymi i często także pozycją społeczną, lecz codzienność wymuszała współistnienie. Sąsiedzi spotykali się na targach, pomagali sobie przy żniwach, pożyczali konie, narzędzia i ziarno. Dzieci bawiły się razem, kobiety wymieniały przepisy i wiadomości, mężczyźni wspólnie gasili pożary lub budowali stodoły. Nie był to świat pozbawiony konfliktów, ale był to świat, w którym człowiek miał przede wszystkim twarz sąsiada, a dopiero potem przedstawiciela określonej narodowości.
Ta codzienność zaczęła się rozpadać już przed wybuchem II wojny światowej. Terroryzm OUN w II RP, pacyfikacje wsi ukraińskich i niszczenie cerkwi, organizowane przez polskie władze, później okupacja sowiecka i niemiecka, wreszcie narastająca działalność ukraińskiego podziemia nacjonalistycznego sprawiły, że dawne więzi zostały poddane wielkiej próbie. Wojna nie tylko przyniosła przemoc. Przyniosła również nowy język – język, w którym sąsiad przestawał być człowiekiem, a stawał się przeszkodą w realizacji politycznego projektu. Integralny nacjonalizm głoszony przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów zakładał stworzenie etnicznie jednorodnego państwa ukraińskiego. W tej wizji nie było miejsca dla wielonarodowego Wołynia. Polacy nie byli już postrzegani jako współmieszkańcy tej samej ziemi, lecz jako element obcy, który należało usunąć. Ideologia stopniowo zastępowała doświadczenie wspólnego życia. Tam, gdzie przez dziesięciolecia obowiązywały reguły sąsiedzkiej solidarności, zaczęła obowiązywać logika bezwzględnej lojalności wobec narodu rozumianego jako wspólnota krwi i walki.
Kulminacją tego procesu stały się wydarzenia 1943 roku. Ataki przeprowadzane przez oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii oraz wspierające je grupy miejscowej ludności miały charakter planowej akcji eksterminacyjnej wymierzonej w polskich mieszkańców Wołynia. Płonęły wsie, niszczono kościoły, mordowano całe rodziny. Ginęli starcy, kobiety i dzieci. Często wybierano niedziele i święta, kiedy mieszkańcy gromadzili się na nabożeństwach, aby liczba ofiar była jak największa. Terror miał nie tylko zabijać, ale także zniszczyć pamięć o wielowiekowej obecności Polaków na tych ziemiach, dlatego rzeź miała również charakter zbrodni na pamięci, a zbrodniarzami byli często sąsiedzi, ludzie, z którymi jeszcze kilka dni wcześniej rozmawiano przy płocie lub spotykano się na targu.
Tragiczny wybór
A jednak ten obraz nie był jednolity. W cieniu płonących polskich wsi rozgrywały się również inne dramaty – znacznie mniej widoczne, bo pozbawione spektakularności przemocy. Byli Ukraińcy, którzy stanęli przed tragicznym wyborem Antygony: być człowiekiem, czy sługą narodu? Wiedzieli, że ostrzeżenie przekazane polskiej rodzinie może oznaczać śmierć ich własnych rodzin. Mieli świadomość, że ukrycie sąsiada w stodole lub piwnicy zostanie uznane za zdradę i ukarane bez litości, a mimo to decydowali się pomagać. To właśnie ich wybory stanowią jeden z najbardziej poruszających wymiarów historii Wołynia. W powszechnej pamięci rzeź wołyńska jawi się jako historia polskich ofiar i ukraińskich sprawców. Jest to obraz zasadniczo prawdziwy, ponieważ ciężar odpowiedzialności za zaplanowaną eksterminację ludności polskiej spoczywa na kierownictwie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oraz wykonujących jej rozkazy oddziałach Ukraińskiej Powstańczej Armii, a także ogarniętych ludobójczym szaleństwem ukraińskich chłopów. Jednak taka perspektywa nie wyczerpuje całej prawdy historycznej.
Aby zrozumieć odwagę Ukraińców ratujących Polaków, trzeba najpierw uświadomić sobie, że terror był wymierzony nie tylko przeciwko polskiej ludności – obejmował również tych Ukraińców, którzy nie chcieli uczestniczyć w zbrodni. Każda rewolucyjna ideologia dąży do podporządkowania sobie nie tylko przeciwników, ale również własnej wspólnoty. Nie wystarcza jej zewnętrzne posłuszeństwo – domaga się moralnej jednomyślności. W świecie wykreowanym przez ideologów OUN nie było miejsca dla ludzi, którzy chcieli po prostu pozostać wierni zasadom Ewangelii, czy zwykłego człowieczeństwa. Kto odmawiał udziału w „akcji”, stawał się podejrzany; kto współczuł Polakom, budził nieufność; kto próbował ich ratować, był traktowany jako zdrajca narodu i karany śmiercią. Mechanizm ten przypominał logikę innych totalitarnych ruchów XX wieku. Przemoc miała charakter nie tylko eksterminacyjny, lecz także dyscyplinujący. Miała przekonać wszystkich, że od wspólnoty narodowej nie ma ucieczki, a indywidualne sumienie musi ustąpić miejsca rozkazowi organizacji i narodowej etyki. Zabijano nie tylko po to, by usunąć Polaków z Wołynia, lecz również po to, by żaden Ukrainiec nie odważył się powiedzieć: „To jest zło”. Dlatego ostrzeżenie przekazane polskiej rodzinie nie było jedynie gestem współczucia, było świadomym złamaniem reguł narzuconych przez podziemie nacjonalistyczne. Człowiek, który nocą szedł do sąsiada z wiadomością o planowanym napadzie wiedział, że jeśli zostanie rozpoznany, wyrok może objąć nie tylko jego samego, ale także żonę, dzieci czy rodziców. W warunkach wojny odpowiedzialność miała często charakter zbiorowy, a kara dosięgała całych rodzin, aby odstraszyć innych od podobnych zachowań.
Ryzykowna pomoc
Świadectwa ocalałych wielokrotnie opisują podobny obraz. Zapada zmrok. Do drzwi cicho puka znany od lat gospodarz. Nie wchodzi do środka, nie siada przy stole. Mówi tylko kilka zdań: „Uciekajcie. Dziś w nocy albo jutro nad ranem przyjdą”. Niekiedy dodaje jeszcze, którędy prowadzi najbezpieczniejsza droga do lasu lub do sąsiedniej miejscowości. Po chwili odchodzi, zanim ktokolwiek zdąży mu podziękować. Wie, że samo zauważenie go przed polskim domem może kosztować życie. Jeszcze większej odwagi wymagało ukrywanie Polaków. Przechowywanie całej rodziny w stodole, piwnicy czy ziemiance było aktem heroizmu – takiego samego, jak ukrywanie Żydów w okupowanej Polsce. Szczególnie dramatyczna była sytuacja tych Ukraińców, którzy otwarcie odmawiali udziału w napadach. Dla organizacji zbudowanej na totalitarnej idei narodu-monolitu, sama odmowa była niebezpieczna, pokazywała bowiem, że istnieje alternatywa, że można nie zabijać. Właśnie dlatego presja na uczestnictwo w zbrodni była tak silna. Człowiek zachowujący moralną niezależność podważał fundament ideologii bardziej niż ten, kto po prostu milczał. Historycy udokumentowali liczne przypadki represji wobec Ukraińców pomagających Polakom. Niektórzy zostali zamordowani wraz z rodzinami, inni pobici lub zmuszeni do ucieczki.
Otwarcie archiwów, możliwość prowadzenia badań terenowych i swobodnego gromadzenia relacji świadków pozwoliły rozpocząć proces odzyskiwania zapomnianych historii. Ogromne znaczenie miały prace polskich badaczy: Leona Popka, Romualda Niedzielki, Ewy i Władysława Siemaszków. Dzięki ich wieloletnim badaniom udało się zgromadzić setki świadectw dotyczących zarówno samej zbrodni, jak i aktów pomocy udzielanej Polakom przez Ukraińców. Zostały one opublikowane w Kresowej księdze sprawiedliwych 1939–1945. O Ukraińcach ratujących Polaków poddanych eksterminacji przez OUN i UPA.
Pamięć o ukraińskich „sprawiedliwych” nie zmienia absolutnie charakteru zbrodni, nie podważa odpowiedzialności kierownictwa OUN, oddziałów UPA ani uczestników mordów, nie zmienia liczby ofiar, ani nie relatywizuje cierpienia polskich rodzin. Pokazuje jedynie, że nawet w warunkach terroru istniała możliwość odmowy uczestnictwa w przemocy. Zatem każda opowieść sprowadzająca wołyńskie ludobójstwo do prostego podziału na sprawców i ofiary pozostaje niepełną, jest uproszczona i nie daje szans pojednania.
Przypomnijmy zatem wybrane spośród wielu przykłady ukraińskich „sprawiedliwych”.
Taras Nowaczok był ukraińskim sąsiadem rodziny Hermaszewskich we wsi Lipniki na Wołyniu. Dowiedziawszy się o planowanym napadzie UPA, ostrzegł rodzinę, dzięki czemu zdołała uciec przed masakrą. Wśród uratowanych był kilkuletni późniejszy polski kosmonauta Mirosław Hermaszewski. Za pomoc Polakom Taras Nowaczok został zamordowany przez nacjonalistów ukraińskich.
Nikifor Klimczuk przekazał polskiej samoobronie w Przebrażu informacje o przygotowywanym ataku UPA. Ostrzeżenie umożliwiło Polakom przygotowanie obrony i przeprowadzenie uprzedzającego uderzenia na bazę UPA w Trościańcu. Dzięki temu uratowano wielu mieszkańców Przebraża.
Sydir (lub Iwan) Olchowicz wspólnie z Nikiforem Klimczukiem dostarczał polskiej samoobronie informacje wywiadowcze o ruchach oddziałów UPA. Jego działalność została udokumentowana w opracowaniach Romualda Niedzielki jako przykład świadomej współpracy z Polakami przeciw planowanym masakrom.
Znany tylko z imienia Niczypor z Zapustu Lwowskiego otrzymał rozkaz wyprowadzenia polskiego małżeństwa na egzekucję. Zamiast wykonać rozkaz, zaprowadził ich do lasu i polecił uciekać. Po ujawnieniu tego czynu został zamordowany przez członków UPA jako zdrajca.
Rodzina ukraińska ze wsi Liniów – 11 lipca 1943 roku, podczas „krwawej niedzieli”, kilku ukraińskich mieszkańców Liniowa ukrywało polskich sąsiadów w swoich gospodarstwach, mimo że we wsi trwała masakra.
Wszystkie przykłady zostały wybrane spośród setek upamiętnionych w „Kresowej księdze sprawiedliwych 1939–1945. O Ukraińcach ratujących Polaków poddanych eksterminacji przez OUN i UPA”.
Wspólna przyszłość
We współczesnych sporach pamięć często staje się narzędziem polityki. Eksponuje się wyłącznie bohaterów własnego narodu, zapominając, że w ich losie mieli udział także „inni” mający wybór: zachować człowieczeństwo, czy kierować się własnym bezpieczeństwem, zasłaniając oczy i zatykając uszy. Pamięć to, parafrazując poetę, „zbiorowy obowiązek” i nie godzi się abyśmy – Ukraińcy i Polacy – dali się powodować tym politykom, dla których historia jest tylko instrumentem realizacji ich doraźnych, politycznych interesów. Narody, podobnie jak pojedynczy ludzie, dojrzewają wtedy, gdy potrafią spojrzeć na własną przeszłość bez ucieczki w wygodne uproszczenia. Polacy mają obowiązek zachować pamięć o ofiarach Wołynia, Ukraińcy mają obowiązek zmierzyć się z odpowiedzialnością za zbrodnie popełnione przez część własnego społeczeństwa. Oba narody mogłyby jednak wspólnie oddać cześć tym, którzy pozostali wierni elementarnym zasadom moralnym. Wspólna pamięć o „sprawiedliwych z Wołynia” jest dziś być może jedną z niewielu możliwości, abyśmy – Polacy i Ukraińcy – uzdrowili naszą pamięć. Przecież oba narody i państwa tego, jak nigdy, potrzebują.
Zakończę dwoma cytatami, bardzo istotnymi właśnie w kontekście uzdrowienia pamięci. Pierwszy to słowa papieża Franciszka wypowiedziane na Wawelu w 2016 roku: „W codziennym życiu każdej osoby, podobnie jak każdego społeczeństwa istnieją dwa rodzaje pamięci: dobra i zła, pozytywna i negatywna. Dobrą pamięcią jest ta, którą Biblia ukazuje nam w Magnificat, kantyku Maryi uwielbiającej Pana i jego zbawcze dzieło. Pamięcią negatywną, jest natomiast ta, która spojrzenie umysłu i serca obsesyjnie koncentruje na złu, zwłaszcza popełnionym przez innych”.
Drugi to fragment homilii Jana Pawła II podczas jego wizyty we Lwowie w 2001 roku: „Odczuwamy głęboką wewnętrzną potrzebę uznania różnych przejawów niewierności ewangelicznym zasadom, jakich nierzadko dopuścili się chrześcijanie, pochodzenia zarówno polskiego jak i ukraińskiego, zamieszkujący te ziemie. Czas już oderwać się od tej bolesnej przeszłości! (…) Niech przebaczenie – udzielone i uzyskane – rozleje się niczym dobroczynny balsam w każdym sercu. Niech dzięki oczyszczeniu pamięci historycznej wszyscy będą gotowi stawiać wyżej to, co jednoczy, niż to, co dzieli, ażeby razem budować przyszłość opartą na wzajemnym szacunku, na braterskiej wspólnocie, braterskiej współpracy i autentycznej solidarności”.
Dziś należy przypominać te słowa. Są ważne, jak nigdy dotąd nie były. Są zadaniem, o którym nie godzi się nam – Polakom i Ukraińcom – zapomnieć.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Zyskaj codzienny dostęp do wartościowych treści, które pomagają lepiej rozumieć świat, wiarę i współczesne wydarzenia — gdziekolwiek jesteś i kiedy tylko chcesz.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Wypróbuj bez ryzyka
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu i sprawdź wszystkie możliwości serwisu.
Po okresie próbnym subskrypcja kosztuje tylko 19,90 zł miesięcznie.
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.
Subskrypcja roczna

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Najlepsza cena
Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.
- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.












