Uporczywie pod kreską

Projekt przyszłorocznego budżetu przewiduje bardzo wysoki deficyt, co może nie spodobać się Brukseli. Potrzeby wydatkowe są jednak olbrzymie, a pole do oszczędności – niewielkie. Na co zostaną przeznaczone nasze pieniądze?
Czyta się kilka minut
Wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz w czasie targów obronności Defence24 Days w maju 2026 r. Według planu w przyszłym roku na zbrojenia wydamy prawie 200 mld zł, czyli 4,5 proc. PKB | fot. Filip Naumienko/Reporter/East News
Wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz w czasie targów obronności Defence24 Days w maju 2026 r. Według planu w przyszłym roku na zbrojenia wydamy prawie 200 mld zł, czyli 4,5 proc. PKB | fot. Filip Naumienko/Reporter/East News

Rok wyborczy to zawsze duże wyzwanie dla ministra finansów, który musi pogodzić dyscyplinę fiskalną i potrzeby wydatkowe państwa z oczekiwaniami sztabów wyborczych. W przyszłych wyborach koalicja rządząca prawdopodobnie wystawi nawet trzy listy – Koalicji Obywatelskiej, Lewicy i PSL z jakąś przystawką – więc wyzwanie Andrzeja Domańskiego będzie tym większe. Mimo to przyjęty pod koniec sierpnia projekt budżetu na 2027 rok wielkiej rewolucji nie przewiduje, chociaż niewątpliwie będzie napięty do granic możliwości, trzymając się na gumkę recepturkę.

W czarnej dziurze

Tym, co od lat najbardziej rozpala głowy komentatorów ekonomicznych w kontekście budżetu państwa, jest oczywiście deficyt. Zafiksowanie polskich mediów na luce budżetowej to z jednej strony dziedzictwo liberalnej szkoły ekonomii z lat 90., a z drugiej realnych problemów fiskalnych z początku XXI wieku (słynna „dziura Bauca” z czasów rządu Leszka Millera). Oczywiście nie można lekceważyć kwestii postępującego zadłużania się państwa, jednak jej wyolbrzymianie jest równie szkodliwe. Tym bardziej, że Polska ma przed sobą rzeczywiste wyzwania, a dodatkowe wydatki z nimi związane można potraktować jako długoterminową inwestycję.

Sam poziom długu publicznego w Polsce wciąż jest umiarkowany. Według danych Eurostatu, w 2025 roku sięgnął on niemal 60 proc. PKB, co grozi przekroczeniem konstytucyjnego progu zadłużenia, w wyniku czego w kolejnym roku wydatki powinny być drastycznie odchudzone. Niewątpliwie w 2027 roku próg ten zostanie wyraźnie przekroczony, jednak politycy zabezpieczyli się przed przykrymi konsekwencjami zawartymi w ustawie zasadniczej, wyciągając część zadłużenia do funduszy pozabudżetowych operowanych przez Bank Gospodarstwa Krajowego i Polski Fundusz Rozwoju. Dzięki temu na papierze zadłużenie sektora finansów publicznych w Polsce jest znacznie mniejsze. Może to wyglądać na kreatywną księgowość, co w sumie nie odbiega od prawdy, ale bez zastosowania tego triku plany rozwoju sił zbrojnych musiałyby zostać odłożone na lata, jeśli nie dekady. Poza tym 60 proc. PKB to poziom wciąż daleki nawet od średniej UE (82 proc.), nie mówiąc już o niechlubnych liderach z Europy Południowej, gdzie zadłużenie sięga półtorakrotności rocznego produktu krajowego.

W przypadku Polski niepokoju nie wzbudza jednak sam poziom długu, lecz tempo jego przyrastania, które jest niemal bezkonkurencyjne w skali Europy. W 2025 roku deficyt sektora finansów publicznych wyniósł 7,3 proc. PKB i jedynie w Rumunii był wyższy (niespełna 8 proc.). Trzecia pod tym względem Belgia traciła już do Polski dwa punkty procentowe, a przeciętna luka budżetowa w UE wyniosła 3,1 proc. PKB. Oczywiście Polska jest w o niebo lepszej sytuacji niż Rumunia, gdyż ta druga mierzy się z recesją gospodarczą, więc jej zadłużenie realnie przyrasta znacznie szybciej. Nad Wisłą wzrost jest jednym z najwyższych w UE (ok. 3,5 proc. w 2026 roku), więc część luki w finansach państwa jest kompensowana dzięki rozwojowi gospodarczemu.

Warszawa może mieć jednak problemy z Komisją Europejską, która nałożyła na kraj procedurę nadmiernego deficytu. Bruksela domaga się stopniowego zaciskania pasa, by zbić deficyt poniżej 3 proc. PKB. W przyszłym roku będzie on faktycznie niższy, ale o ledwie 0,2 pkt proc. (wyniesie 7,1 proc. PKB). Co gorsza, Warszawa częściowo zadłuża się w walutach obcych – euro i dolarach – by sfinansować zakupy uzbrojenia, a to wystawia państwo na ryzyko walutowe. Szczególnie niebezpieczny jest dług w walucie amerykańskiej, gdyż złoty najczęściej osłabia się wtedy, gdy dolar się umacnia.

Pokój w stanie wojny

Tempo zadłużania się kraju dobrze również obrazują czyste liczby. W 2027 roku wydatki państwa wyniosą 978 mld zł, a dochody 695 mld. Dziura budżetowa (283 mld) będzie więc sięgać aż 40 proc. dochodów. Ponad jedną czwartą wydatków państwa w przyszłym roku trzeba będzie sfinansować pożyczonymi pieniędzmi. Na szczęście inwestorzy zagraniczni wciąż mają duże zaufanie do rządu w Warszawie, a agencje nie palą się do obniżania ratingu Polski, więc chętnych do kupna polskich obligacji nie brakuje. Poza tym pożyczki na sfinansowanie zbrojeń nie są zaciągane na warunkach czysto rynkowych – znaczna część z nich jest efektem umów z Waszyngtonem, Brukselą (SAFE) i Seulem (zakupy koreańskiego uzbrojenia), co w razie kłopotów ze spłatą daje gwarancję podwyższonej tolerancji wierzycieli.

Przyszłoroczny budżet zbrojeniowy, uwzględniając nie tylko same wydatki Ministerstwa Obrony Narodowej, ale też Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych przy BGK, sięgną niespełna 200 mld zł, czyli 4,5 proc. PKB. To kolejny rok z rzędu z tak wysokimi wydatkami na armię. W warunkach pokoju tak wysoki budżet zbrojeniowy jest właściwie niespotykany. Przykładowo, Rosja oraz Izrael wydają po ok. 7,5 proc. PKB, a Arabia Saudyjska 6,5 proc., ale te państwa prowadzą aktywne konflikty zbrojne. Oczywiście nad Wisłą jest to uzasadnione, nie zmienia to faktu, że to zdecydowanie największe obciążenie budżetu państwa w przyszłym roku – i w kolejnych zapewne też. Bruksela przymyka oko na niektóre koszty zbrojeń. Do deficytu wykazywanego przed Komisją Europejską można nie wliczać wydatków inwestycyjnych, czyli zakupu nowego sprzętu. To jednak maksymalnie połowa budżetu wojskowego Polski, poza tym dług, na który ślepa jest KE, nie zostaje zapomniany przez wierzycieli. Dodatkowo 36,5 mld zł zostanie przeznaczonych na policję, straż graniczną, pożarną i służby specjalne, co także wynika z nadzwyczajnych potrzeb w zakresie bezpieczeństwa.

Drugim najważniejszym wyzwaniem stojącym przed Polską jest oczywiście wzmocnienie publicznego systemu ochrony zdrowia. W dobie napięć geopolitycznych państwowa opieka medyczna jest istotna w równym stopniu co wojsko i służby. Większość wydatków zdrowotnych nie obciąża bezpośrednio budżetu, gdyż Narodowy Fundusz Zdrowia jest finansowany ze składek, jednak od kilku lat środki z NFZ kończą się w drugiej połowie roku. W celu sfinansowania przynajmniej świadczeń nielimitowanych potrzebne są rosnące z roku na rok państwowe dotacje celowe. W 2027 roku budżet NFZ wyniesie 274 mld zł i będzie wyższy o niespełna 11 proc. niż w 2026 roku. Nakłady na opiekę medyczną będą więc rosnąć dwukrotnie szybciej niż nominalne PKB, dzięki czemu jakość i dostępność świadczeń medycznych powinna się nieco poprawić. W tym celu dotacja budżetowa sięgnie jednak rekordowych 41,5 mld zł, będzie więc aż o jedną czwartą wyższa niż w roku bieżącym.

Plac budowy

W przeciwieństwie do poprzedników, aktualna większość rządowa nie zamierza wprowadzić w roku wyborczym dodatkowych świadczeń socjalnych (być może w kampanii obieca je dopiero na 2028 rok). Wbrew narracji opozycji, która zarzuca rządowi rezygnację z wielkich projektów rozwojowych, koalicja stawia właśnie na inwestycje. W tym roku nakłady inwestycyjne rosną w tempie 8 proc. rok do roku, tymczasem w całej UE o niespełna 2,5 proc. Nad Wisłą są one napędzane w pierwszej kolejności przez środki z KPO, które jednak skończą się w pierwszym kwartale przyszłego roku. Zostaną one zastąpione przez kolejny wielki program unijny, czyli SAFE, który wspomoże sektor zbrojeniowy.

W 2027 roku niespełna 20 mld zł trafi do energetyki w celu wsparcia jej transformacji i modernizacji. 8 mld zł zabezpieczono na budowę elektrowni jądrowej w Choczewie, poza tym finalizowane będą również projekty wielkiej farmy wiatrowej Baltica 2 oraz magazynu energii w Żarnowcu. Na inwestycje drogowe i kolejowe trafi 62 mld zł, jednak bezpośrednio z budżetu będzie to kwota 26,5 mld. Środki te trafią m.in. na Program Budowy 100 Obwodnic czy kluczową dla rozbudowy portu w Gdyni drogę krajową nr 7. Planowane jest również wprowadzenie prędkości 250 km/h na trasie łączącej Warszawę z Krakowem, Katowicami i Wrocławiem. Brakuje jednak konkretów związanych z budową Centralnego Portu Komunikacyjnego, który obecny rząd przemianował na Port Polska, by nie kojarzył się z poprzednikami. Niech nazywa się nawet „Lotnisko imienia Koalicji Obywatelskiej”, byle został kiedyś dokończony.

Pozytywnym zaskoczeniem są za to planowane nakłady na mieszkalnictwo. W przyszłym roku sięgną one nawet 6 mld zł, co jak na tę kategorię budżetową jest niezwykle okazałe. Pytanie tylko, czy zostaną faktycznie zrealizowane, gdyż środki dostępne dla gmin na budowę lokali komunalnych są regularnie niewykorzystywane. Według zapewnień rządu, w gminach ruszyć powinno kilkaset projektów, a wsparcie otrzymają również notorycznie zaniedbywane akademiki. W tym roku akademickim brakuje aż 400 tys. łóżek w uczelnianych domach studenta, w wyniku czego młodzi ludzie muszą sobie radzić na drogim rynku komercyjnym. Problemy szkolnictwa wyższego znacznie wykraczają jednak poza akomodację studentów. Z problemami finansowymi od lat zmagają się także doktoranci, którzy muszą łączyć obowiązki dydaktyczne z pisaniem swoich prac dyplomowych. Nakłady na szkolnictwo wyższe wzrosną tylko o niespełna 6 proc., więc utrzymają się na poziomie ledwie 1 proc. PKB, a dodatkowe środki będą musiały jeszcze wystarczyć na modernizację infrastruktury badawczej i planowaną budowę infrastruktury w obszarze AI.

Kłopotliwe weto

Akademicy nie są wyjątkiem, gdyż chude czasy trwają w całej budżetówce. Właściwie od dwóch dekad praca w sektorze publicznym jest synonimem już nie ciepłej posadki, tylko raczej niespokojnej egzystencji od pierwszego do pierwszego. W przyszłym roku to się nie zmieni, gdyż fundusz płac w sektorze budżetowym wzrośnie tylko o niespełna 5 proc., co będzie najgorszym wynikiem od niemal dekady. Wynagrodzenia w całej gospodarce, według prognozy budżetowej, wzrosną o punkt procentowy więcej, co i tak jest konserwatywnym założeniem. Kolejny rok z rzędu budżetówka straci więc względem pozostałych pracowników w kraju.

Pozostaje pytanie, czy te wszystkie plany uda się rządowi zrealizować. Widać pewne optymistyczne przesłanki. W projekcie przewidziano realny wzrost PKB na poziomie 3 proc. oraz inflację wysokości 2,8 proc. Ten pierwszy sięgnie prawdopodobnie 3,5 proc., tak przynajmniej wskazuje Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Ceny mogą pójść w górę o więcej niż 3 proc., co dla konsumentów nie jest dobrą informacją, ale dla ministra finansów wręcz przeciwnie, gdyż nominalnie oznaczać będzie dodatkowe wpływy. Zresztą w projekcie przewidziany jest także wzrost wpływów z VAT i to aż o niespełna 10 proc., chociaż w podatku od towarów i usług nie przewidziano żadnych większych zmian. Trudno się spodziewać, by taki przyrost dochodów z VAT zapewniło same uszczelnienie i walka z nadużyciami, tym bardziej, że już w tym roku ministerstwo miało zbić lukę w tym podatku do ledwie kilku procent. Rozwiązania są więc dwa: albo ceny pójdą w górę bardziej niż zakłada to projekt ustawy budżetowej, albo konsumenci nagle wpadną w euforię. To drugie jest mało prawdopodobne, za to pierwsze jak najbardziej – przedłużające się wojny w Iranie i Ukrainie niewątpliwie przełożą się na ceny paliw.

Interesujące są również plany wzrostu dochodów z CIT. Spółki prawa handlowego zapłacą o 14 mld złotych więcej niż w tym roku, co oznacza przyrost wpływów z CIT aż o 18 proc. To bardzo ambitny cel, jednak warunkiem jego spełnienia jest przeforsowanie opisywanych niedawno w „Przewodniku” zmian podatkowych, czyli m.in. podniesienia stawki CIT dla największych podatników z 19 do 22 proc. Przez parlament te zmiany przejdą bez większych przeszkód, niestety najpewniej ustawa zostanie zawetowana przez prezydenta Karola Nawrockiego. Przyszłoroczne wybory sprzyjać będą coraz gorszym relacjom dużego pałacu z małym, co potencjalnie może nawet całkowicie wywrócić budżet. O ile zostanie w ogóle podpisany – konstytucja co prawda uniemożliwia prezydentowi wetowanie ustawy budżetowej, ale odmowy przyjęcia nominacji sędziów do TK również.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 38/2026