Kolejny kroczek w dobrą stronę

Trzeba przyznać, że to zaskakująco dobry jak na liberałów projekt, który zwiększa progresywność systemu, odciążając nieco klasę średnią, sięgając przy tym do tzw. najgłębszych kieszeni.
Czyta się kilka minut
fot. Piotr Kamionka/Reporter/East News
fot. Piotr Kamionka/Reporter/East News

Minister finansów to stanowisko odznaczające się niskim komfortem pracy. Osoba je piastująca musi nieustannie zmagać się ze sprzecznymi naciskami z dwóch stron. Poszczególni ministrowie chcieliby więcej pieniędzy dla instytucji, którymi zarządzają i na polityki publiczne, które kreują. Premier i ekonomiczny komentariat chcieliby natomiast widzieć możliwie zrównoważony budżet i dług publiczny pod kontrolą. To balansowanie między ograniczoną ilością środków finansowych i nieograniczonymi potrzebami resortów jest zadaniem trudnym i nieprzyjemnym. I to nawet w warunkach rządów jednopartyjnych.

Między młotem a kowadłem

Aktualny minister Andrzej Domański ma sytuację szczególną. Polska znalazła się w procedurze nadmiernego deficytu, więc Komisja Europejska oczekuje zbicia deficytu budżetowego poniżej 3 proc. PKB w ciągu następnych trzech lat. Problem w tym, że Polska wydaje ogromne kwoty na zbrojenia – dobiegają one do 200 mld zł rocznie. W związku z tym tegoroczny deficyt może sięgnąć aż 7 proc. PKB, czyli ponad dwukrotnie więcej niż wynosi unijne maksimum. Co gorsza, obecna większość rządowa jest koalicją, więc Domański jest naciskany nie tylko przez poszczególne ministerstwa, ale też przez mniejszych partnerów. Własne pomysły na zmiany fiskalne forsuje szczególnie Polska 2050, która desperacko poszukuje jakiegoś sposobu, by się odróżnić od Koalicji Obywatelskiej. Jakby tego było mało, w kampanii wyborczej w 2023 roku KO w swoich stu konkretach złożyła niezwykle lekkomyślne obietnice, z których jest obecnie rozliczana, co w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych może stanowić nie lada problem dla partii Donalda Tuska.

Wśród propozycji podatkowych KO najbardziej niewygodna jest podwyżka kwoty wolnej z 30 tys. do 60 tys. zł. Była to jedna z najgłośniejszych propozycji liberałów, która miała zostać uchwalona jeszcze z końcem 2023 roku, a więc chwilę po objęciu władzy. Gdy nowy rząd policzył koszty tej zmiany (oszacowano je na ok. 40 mld zł rocznie), szybko z niej zrezygnowano, licząc na to, że ludzie zapomną. Nie zapomnieli, więc teraz co rusz politycy największego z koalicjantów muszą się tłumaczyć. Z jednej strony dowodzi to cynizmu głównej partii rządzącej, ale z drugiej – fundamentalnej odpowiedzialności za finanse państwa. Z dwojga złego – wyjść na hipokrytę czy zrujnować budżet – lepsze jednak to pierwsze.

Polska 2050 postanowiła zawalczyć o świeżo upieczoną klasę średnią, czyli liczną grupę osób, które w ostatnich latach wpadły w drugą stawkę PIT wynoszącą 32 proc. Jak często wskazywała minister rozwoju Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, drugą stawkę coraz częściej płacą nawet nauczyciele, co miało dać do zrozumienia, że obejmuje ona już nawet osoby niespecjalnie zamożne. To prawda, ale niepełna. Owszem, odsetek podatników płacących 32 proc. od części dochodu przekraczającego granicę 120 tys. zł rocznie dwukrotnie wzrósł. Wciąż jednak mówimy o 10 proc. najlepiej zarabiających etatowców. Na biednych więc nie trafiło, chociaż nie należy zapominać, że naprawdę najzamożniejsi Polacy nie pracują na etacie, lecz na samozatrudnieniu, na którym mogą korzystać z liniowego PIT 19 proc. Faktycznie, może się znaleźć grupa nauczycieli, która wpada w drugą stawkę, ale to najpewniej pedagodzy z największym doświadczeniem i pracujący przynajmniej na półtora etatu. Tak czy inaczej, Polska 2050 naciskała na premiera Tuska i ministra Domańskiego, by zgodzili się na podniesienie drugiej stawki do 140 tys. zł, co jednak kosztowałoby kilka miliardów złotych.

Salomonowe rozwiązanie

Rząd postanowił zrobić tak, by wilk był syty, a owca cała. Przedstawiona 19 sierpnia przez premiera propozycja zmian zawiera zarówno obniżki, jak i podwyżki podatków. Najważniejsze z punktu widzenia większości obywateli będą zmiany w podatku dochodowym od osób fizycznych. Próg drugiej stawki PIT wzrośnie do 130 tys. zł, a więc mniej niż proponowała Polska 2050. W zamian jednak druga stawka będzie wynosić tylko 24 proc. Obejmie ona dochody w przedziale 130-150 tys. zł rocznie. Stawka wynosząca 32 proc. będzie obciążać dopiero dochody powyżej 150 tys. rocznie. Polski system podatkowy stanie się więc bardziej progresywny, gdyż obowiązywać będą trzy stawki – 12, 24 i 32 proc.

Na zmianach skorzysta ok. 3,5 mln podatników. Mowa o osobach z dochodami powyżej 11,9 tys. zł miesięcznie. Największą korzyść odniosą podatnicy z dochodem 14,8 tys. zł brutto miesięcznie, gdyż zaoszczędzą 300 zł, co w skali roku da 3,6 tys. zł dodatkowych środków w portfelu. Dla budżetu będzie to oznaczać koszt 10 mld zł. Ubytek ten trzeba więc zrównoważyć w innym miejscu.

Głównym źródłem pieniędzy staną się największe spółki prawa handlowego. Aktualnie podstawowa stawka podatku dochodowego od osób prawnych (spółki i stowarzyszenia) wynosi 19 proc. Istnieje również jednak preferencyjny CIT dla podmiotów prawnych, które osiągają przychody niższe niż 2 mln euro rocznie. Takie spółki płacą jedynie 9 proc. CIT, jednak gdy przekroczą wyżej wymienioną granicę, zaczynają płacić 19 proc. od całego dochodu. Nie jest to więc typowa progresja, w której płynnie przechodzi się do wyższej stawki, płacąc ją tylko od nadwyżki. Na tej samej zasadzie zostanie wprowadzona kolejna stawka CIT, wynosząca 22 proc., która obejmie korporacje osiągające obroty rzędu przynajmniej 50 mln euro, czyli ponad 200 mln złotych rocznie. Tego typu rozwiązanie jest jednak mieczem obosiecznym, gdyż można sobie wyobrazić, że spółki będące pod koniec roku na granicy 50 mln euro obrotu będą próbować przerzucić część przychodów na kolejny rok lub wręcz w ogóle rezygnować ze sprzedaży. W niektórych przypadkach może być to korzystne. Znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie do CIT tradycyjnej progresji.

Mogło być lepiej

To jednak nie wszystkie podwyżki. Minimalnie wyższy podatek zapłacą również osoby z dochodami powyżej miliona złotych rocznie, którzy płacą wprowadzoną za rządów PiS daninę solidarnościową. Obejmuje ona wszystkie osoby fizyczne, niezależnie od formy opodatkowania, a więc także samozatrudnionych. Stawka daniny solidarnościowej wzrośnie z 4 do 5 proc. Osoba zarabiająca 1,5 mln zł rocznie zapłaci więcej ok. 420 zł miesięcznie, czyli w skali roku odda do budżetu dodatkowe 5 tys. zł (jeden procent z 500 tys.). Ograniczona zostanie także możliwość korzystania z ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. To rozwiązanie korzystne dla osób mających wysokie przychody przy niskich kosztach. Płacą one wtedy podatek od obrotu o zróżnicowanej stawce zależnie od rodzaju działalności – rozciąga się ona od 2 do 17 proc. Ryczałt jest popularny chociażby wśród przyjmujących prywatnie lekarzy oraz najlepszych informatyków. Grupa ta zostanie bardzo ograniczona, gdyż limit przychodów umożliwiających korzystanie z ryczałtu zostanie obniżony z 2 mln euro do 250 tys. euro (czyli do nieco ponad miliona złotych rocznie).

W ten sposób skutki dla budżetu będą neutralne, gdyż koszty zostaną zbilansowane korzyściami. Trzeba przyznać, że to zaskakująco dobry jak na liberałów projekt, który zwiększa progresywność systemu, odciążając nieco klasę średnią, sięgając przy tym do tzw. najgłębszych kieszeni. Oczywiście nie jest on doskonały. Osoby zarabiające poniżej 10 tys. zł w ogóle nie skorzystają, chociaż po reformach PiS znacząco podwyższających kwotę wolną i obniżających PIT do 12 proc. płacą już one stosunkowo niewiele. Pozostawione zostaną przywileje najlepiej zarabiających samozatrudnionych, ale trudno oczekiwać od Koalicji Obywatelskiej, że uderzy w swoją główną grupę elektoratu. Jeśli tylko prezydent Karol Nawrocki te zmiany podpisze, polski system podatkowy wykona kolejny krok w kierunku cywilizacji rozwiniętej, więc warto temu kibicować.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.

Wypróbuj za darmo

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie
  • Możesz zrezygnować w dowolnym momencie
19.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 19.90 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 35/2026