Książka Marty Tomczok Blizny. Krajobrazy po przemyśle wyszła w marcu tego roku w ramach zacnej serii wydawniczej Sulina Wydawnictwa Czarne i doczekała się już kilku pozytywnych recenzji w literackich periodykach. Ale mam wrażenie, że nie wypłynęła na szersze wody medialne. A Blizny… warte są rozgłosu – przynajmniej w regionach, których dotyczy temat w nich poruszany.
Koszty przemian
W pewnym aspekcie nawiązuje również do miejsca, w którym mieszkam od 20 lat. Nie ukrywam, że właśnie z tego powodu książka zwróciła moją uwagę. Szybko jednak zrozumiałam, że niedokładnie jest o tym, czego się po niej spodziewałam. Czyli nie jest o narracji górników i ich rodzin, a także innych dawnych pracowników wielkich zakładów przemysłowych, które dawały przez lata im pracę, utrzymanie, a zostały zamknięte w latach transformacji ustrojowej lub nieco później. Jako przybyszka z krainy niegórniczej i niehutniczej od lat poznawałam specyfikę miasta górniczo-hutniczo-przemysłowego i jego społeczność. Znam dobrze ton opowieści za utraconym „rajem”, w którym każdy miał pracę, dostawał od zakładu mieszkanie i nie martwił się o jutro. W tych opowieściach dominował ton sentymentalnej tęsknoty za utraconymi przywilejami, jak wyjazdy pracownicze do ośrodków wczasowych, czy deputaty węgla. Opowieści o wypalanych w rajstopach dziurach z padającego z nieba (z kominów fabrycznych!) pyłu, przed którym zamykano okna i o uciążliwym smrodzie, zdarzały się rzadziej, wtrącane na marginesie tamtych „hołubiących”. Książka Marty Tomczok dała mi do myślenia, jaka była i jest – przemilczana w tych opowieściach! – cena dobrobytu płynącego z przemysłu.
Jak wspomniałam, Blizny… okazały się dla mnie dużym zaskoczeniem, gdyż opowiadają o zjawisku, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, i nad którym się nie zastanawiałam w kontekście rozwoju przemysłu. Może właśnie dlatego, że nie dotyczyło ono mojej krainy dzieciństwa. Ale to nie tłumaczy jednak tego, że nie usłyszałam o nim również później. Słowa jednego z czytelników książki, Mateusza Chaberskiego, potwierdzają moje przypuszczenie, że moja niewiedza w tym zakresie była i jest zjawiskiem powszechnym. „Temat wysiedleń w wyniku wielkich projektów przemysłowych, takich jak Elektrownia Bełchatów, wciąż jest słabo obecny w dyskursie publicznym. Co gorsza, […] nie wzbudza on raczej zainteresowania dzisiejszej humanistyki akademickiej w Polsce”. To pierwszy z powodów, dla których trzeba docenić Blizny… Autorka nazwała te wysiedlenia problemem społecznym, a zniszczenia przyrody związane z odkrywkami – problemem ekologicznym, wprowadzając je do publicznego dyskursu.
Problem polski i czeski
Warto w tym miejscu wspomnieć, że Marta Tomczok zajmowała się dotychczas zgłębianiem tematu Zagłady i poświęciła jej kilka swoich publikacji książkowych. Blizny… są odkrywaniem innego rodzaju zagłady – fizycznego unicestwiania całych wsi, społecznych więzi, wspólnot, a także przyrody. Sama nie czyni w książce porównań tego zjawiska do Holokaustu, chociaż używa kilkukrotnie (jak nie więcej) słowa „zagłada” na określenie wyburzenia wsi (czasem kilku obok siebie), wysiedlenia ludzi i zniszczenia całego ekosystemu w tych miejscach. Do tego pewne mechanizmy – zaprzeczania wyrządzanego zła (przez decydentów, propagandzistów), umniejszania jego konsekwencji, przyzwolenia na nie (wśród mieszkańców godzących się na wywłaszczanie), pewne stany emocjonalne u ofiar tych wysiedleń (jak poczucie rezygnacji, bezsilności wobec machiny władzy, poczucie krzywdy, a w końcu wyparcie ze świadomości) – niestety, przypominają mechanizmy Zagłady przeprowadzonej przez nazistowskie Niemcy. Dlatego nie dziwię się, że Tomczok tak poruszył ten temat i zdecydowała się przyjrzeć mu bliżej. Wykonała ogromną pracę stricte reporterską, chociaż nie jest reportażystką, tylko literaturoznawczynią i wykładowczynią akademicką. Jej doświadczenie zawodowe słychać zresztą w tej książce bardzo dobrze. Byłam zaskoczona lirycznym językiem, jakim nierzadko się posłużyła dla oddania wrażliwych treści, ale także żeby wyrazić swój gniew, złość, bunt. Dlatego nazwałabym ją reportażystką liryczną (jak notabene określiła jedną ze swoich bohaterek). Do języka wyróżniającego ten reportaż jeszcze wrócę.
Poza podróżami w miejsca, gdzie wykonano odkrywki, znajdującymi się na terenie południowo-centralnej Polski, ale także np. w Czechach, wykonała wspaniałą dziennikarską robotę dotarcia do ludzi, którzy te miejsca musieli opuścić. To oni – oprócz wspomnianych miejsc – są głównymi bohaterami Blizn… Tomczok opisuje spotkania z nimi, cytuje ich wypowiedzi – od pięknych wspomnień po gorycz rozstania z domem, wsią. Opisuje fotografie, które jej pokazali. Wspólnie z nimi podróżuje do miejsc, gdzie stały ich domy, a teraz rozciąga się pustkowie lub przepastna jama po odkrywkach wypełniona wodą, czy wciąż działająca kopalnia. Z PRL-owskiej prasy wygrzebuje propagandowe relacje z otwierania kopalń. Próżno w nich szukać głosów ludzi, którym kazano opuścić tereny pod odkrywkę. A jeżeli są opisywani, to jako zacofani mieszkańcy terenów, gdzie gleba jest najgorszej jakości, i odkrywka jest dla nich wybawieniem od biedy. Tomczok w swojej książce udowodniła, że prawda o tych ludziach i o tej ziemi nie była taka, jak ją przedstawiali propagandziści (w tym niektórzy „literaci”). Pokazała piękno tamtej przyrody, przywiązanie ludzi do ziemi, niezwykle silne więzi, jakie mieli ze sobą jej mieszkańcy, które udało się niektórym utrzymać mimo wysiedleń w różne miejsca. I właśnie do oddania tak wrażliwych, intymnych nierzadko treści użyła języka lirycznego, w którym wiele razy pojawiają się metafory, porównania, epitety, czy personifikacje. Zacytuję tu dwa fragmenty, ale wartych zacytowania jest naprawdę wiele.
Odkrywki wyobrażone
„Byłam coraz bardziej pewna, że tak właśnie działają odkrywki – opowieść o nich sączy się latami z małych pudełek ukrytych w domach wysiedleńców, z albumów ze zdjęciami zamkniętych w starych szufladach, z notatników, przepiśników, dzienników i teczek. Dotrzeć do niej było często trudniej niż do wkopu, ponieważ strzegły tej opowieści obolała pamięć i przekonanie o niepotrzebności wspomnień i o raz na zawsze utraconych miejscach, które odkrywka zabrała ludziom i przyrodzie. Ale potem udawało się te puszki otwierać, oglądać zdjęcia, czytać dzienniki, scalać pozostawione w nieładzie karteczki i porządkować notatniki […] A ileż kurzu, ile innych szpargałów leżało całymi latami na pamiątkach z wysiedlonych wsi? Nie mniej niż nadkładu na bełchatowskim węglu”.
Jednym z piękniejszych opisów, a jednocześnie dramatycznym, jest opis miejsca po unicestwionej wsi Piaski k. Bełchatowa. To tylko jego mały wycinek:
„Gdy pierwszy raz stanęłam nad Widawką, dostrzegłam w jej wodach obok własnego odbicia lodowiec, który odwiedzał tę dolinę tysiące lat temu. Zobaczyłam jego gwałtowną chęć, by wziąć to miejsce w posiadanie. […] Lodowiec zostawił po sobie piach […] Kraina piasków pod Bełchatowem przez setki lat tworzyła jedną z najmniej znanych w Europie ostoi dzikości, pełną uroczysk, bagien, powywracanych korzeni i krzaków jagód tak gęstych jak krzewy rokitnika […] Jeśli gdzieś na świecie istniał raj, to właśnie w Piaskach. Po odkryciu węgla zniknął. […] w Piaskach pojawiła się gigantyczna koparka, która rozwaliła wieś na tysiące kawałków. […] Miały wrócić czasy miocenu”.
Autorka poza wartością faktów podkreśliła wagę wyobraźni w odtwarzaniu losów wysiedlonych ludzi. Ale wydaje mi się, że decydująca dla takiego kształtu książki była jej empatia wobec wysiedleńców i zniszczonej przyrody. Przywołała radę fotografa Emmeta Gowina, by „najbardziej zdewastowany krajobraz oglądać za pośrednictwem uczuć”. Bez wątpienia Blizny… są owocem takiego właśnie emocjonalnego, osobistego „oglądania”. Dzięki temu czytelnik nie może przejść wobec nich obojętnie. I zaczyna sam zadawać pytania, których wcześniej nie stawiał.
Blizny. Krajobrazy po przemyśle
Marta Tomczok
Wydawnictwo Czarne 2026
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









