Kochaj całą swoją mocą

Miłość do Boga musi wyrażać się także na zewnątrz nas, w sposób widzialny, w przeciwnym razie pozostaje ciągle na etapie prymitywnej religijności spontanicznej, czyli tam, gdzie człowiek chciałby zamknąć Boga, a totalność miłości do Niego sprowadzić jedynie do pobożności.
Czyta się kilka minut
Palestyński chłopiec z posiłkiem otrzymanym w kuchni charytatywnej w obozie dla uchodźców w Nuseirat w Strefie Gazy, 7 października 2026 r. | Fot. Eyad Baba/AFP/East News
Palestyński chłopiec z posiłkiem otrzymanym w kuchni charytatywnej w obozie dla uchodźców w Nuseirat w Strefie Gazy, 7 października 2026 r. | Fot. Eyad Baba/AFP/East News

„A  Słowo stało się Ciałem i zamieszkało wśród nas” (J 1, 14) – powtarzamy tę prawdę w modlitwie Anioł Pański, by weszło nam w krew, że Bóg nie tylko stworzył ten świat, ale pozostaje z nim w tajemniczej jedności; przenika to, co cielesne, materialne i ludzkie. To jednak pewna naturalna konsekwencja przykazania miłości Boga z Księgi Powtórzonego Prawa (Por. Pwt 6, 5). Uważny czytelnik zauważy, że miłość ta rodzi się najpierw w sercu, a więc najgłębiej w człowieku, w jego duchowym jądrze, potem wyraża się w duszy, czyli, jak pisałem, przez poświęcenie życia i cnoty, a na końcu słyszymy o miłości „z wszystkich sił”. Jezus przykazanie miłości Boga łączy nierozerwalnie z przykazaniem miłości bliźniego, czyniąc z nich jedno. Z wnętrza ludzkiego serca, z jego tajemniczego sanktuarium, miłość powoli wydobywa się i ubiera w ciało, stając się coraz bardziej widzialną do tego stopnia, że to, co duchowe, chce dotknąć realnego człowieka, aby to poczuł zmysłami. Ten przepływ miłości z wnętrza do świata zewnętrznego dowodzi najpierw, że jesteśmy istotami duchowo-cielesnymi i chodzi o zgodność między tym, co myślimy, co wypowiadamy słowami, a naszymi zewnętrznymi działaniami, wyborami i czynami. Miłość „z całych naszych sił” to wewnętrzna spójność między sercem a naszym funkcjonowaniem w świecie relacji z ludźmi i całym stworzeniem.  

(Wszech)moc Boga a moc człowieka

W jaki jednak sposób wyraża się więc miłość do Boga wszystkimi naszymi siłami, względnie naszą mocą? W Biblii hebrajskiej w przykazaniu miłości Boga pojawia się słowo me’od, które właściwie jest przysłówkiem i oznacza „bardzo” albo „dużo”. Dla przykładu, podczas gdy przez cały tydzień stwarzania Bóg mówi, że stworzenie jest dobre, w ostatnim dniu – dniu stworzenia człowieka – stwierdza, że jest on me’od – dobry, czyli bardzo dobry. To słowo nie opisuje rzeczy, lecz jest pewnym miernikiem intensywności, jakimś rozmachem i miarą wielkości ducha. W przykazaniu miłości z Księgi Powtórzonego Prawa me’od wyjątkowo tłumaczone jest w formie rzeczownikowej, co można oddać jako miłość do Boga z całą istotą, z tym, co tworzy nas jako nas, z całą naszą obfitością, bogactwem, w skrócie „mocą”.  

Czymś podobnym, a zarazem totalnie przekraczającym człowieka, dysponuje Bóg. Trzeba jednak uważać, by mocy Boga nie sprowadzać wyłącznie do jego nieograniczonych możliwości, do potęgi, przed którą ze strachu uginają się kolana, ponieważ jednym słowem Bóg mógł wszystko obrócić w perzynę. Na czym polega moc Boga? Jest ona „ograniczona” Jego miłością, która sprawia, że Bóg wykorzystuje swoją potęgę tylko po to, by budować, leczyć, wspierać i ratować. Św. Tomasz z Akwinu mawiał, że „usprawiedliwienie bezbożnego jest większym dziełem niż stworzenie nieba i ziemi [...], ponieważ niebo i ziemia przeminą, a zbawienie i usprawiedliwienie wybranych będzie trwało wiecznie”. Zbawienie to okazanie miłosierdzia, które można by określić też jako „słabość boskiej potęgi”. Chyba najpiękniej ujmuje to jedna z prefacji związana z Modlitwą Eucharystyczną o Tajemnicy Pojednania: „Ty najbardziej okazujesz swoją wszechmoc w łasce przebaczenia”. Trzeba przyznać, że spontanicznie nie tak kojarzy się człowiekowi wszechmoc Boga. Ludzkie wyobrażenie Bożej mocy często widzi w niej manifestację siły fizycznej. A przebaczenie komuś, kto nas skrzywdził, bywa postrzegane jako przejaw słabości czy wręcz naiwności. Właśnie w chęci odwetu zranione serce ludzkie widzi możliwość siłowego „odbicia” utraconego dobra, zaleczenia rany, zwycięstwo sprawiedliwości.  

Moc człowieka – jego siły i możliwości – należałoby więc interpretować możliwie szeroko jako wszelkie wewnętrzne zasoby: talenty, umiejętności, inteligencję, zdrowie oraz zewnętrzne zasoby: majątek, posiadaną wiedzę, wpływy, sieć relacji, pieniądze. Wszystko, co sprawia, że człowiek może uzewnętrznić swoją istotę, swoje całe, jeśli tak można powiedzieć, wyposażenie, aby coś zdziałać w świecie, stworzyć na podobieństwo Stwórcy i dać innym. Talmud „całą swoją mocą” utożsamia z „całym swoim majątkiem, dobytkiem i zasobami materialnymi”.  

Były prymas Kościoła anglikańskiego abp Rowan Williams trafnie zauważa, że z punktu widzenia Ewangelii (ale też judaizmu) „nie ma dobra, które nie byłoby cielesne, rzeczywiste i zakorzenione w konkretnym miejscu”. Gdyby Bogu chodziło tylko o dobro duchowe, jakoś ukryte, niepoznawalne dla innych, sam Bóg nie stałby się człowiekiem. Złożoność przykazania miłości do Boga, czyli wyodrębnione w nim „części” człowieka, nie tylko o tym przypomina, ale też chroni przed sprowadzeniem miłości Boga do wąsko rozumianej religijności naturalnej. Wtedy zasadniczo cała aktywność człowieka religijnego koncentruje się wokół oddawania czci bóstwom poprzez kult, ofiary, ekspiacje, modlitwę w całkowitym oddzieleniu od pozostałych sfer życia i od ludzi. Miłość całą swoją mocą, jak powiada w swoim kazaniu abp Williams, jest poświęcaniem naszego czasu, fizycznych możliwości i zasobów wewnętrznych i zewnętrznych, by wiara nie zatrzymała się w obrębie naszych westchnień i pobożnych uczuć. Tak naprawdę dopóki miłość do Boga nie wyrazi się także na zewnątrz nas, w sposób widzialny, dopóty pozostaje ciągle na etapie prymitywnej religijności spontanicznej, czyli tam, gdzie człowiek chciałby zamknąć Boga, a totalność miłości do Niego sprowadzić jedynie do pobożności. „Moc polega na przekuwaniu wewnętrznego oddania Bogu w konkretne przejawy współczucia i miłosierdzia w naszym wspólnym świecie” – definiuje abp Williams.

Miłość do Boga uzewnętrznia się w miłości do człowieka

Chyba najpiękniej ukazał ten przepływ miłości z serca na zewnątrz Jezus w przypowieści o dobrym Samarytaninie, właśnie tam, gdzie cytuje najpierw przykazanie miłości Boga i bliźniego. Ta przypowieść opowiada właśnie o miłości do Boga, która uzewnętrznia się w miłości do człowieka. Wszystko zaczyna się tam od zauważenia przez Samarytanina człowieka leżącego przy drodze. Gdy ujrzał, że jest on pobity i poraniony, pojawiło się w nim współczucie. Mocą tego wewnętrznego poruszenia podszedł do poturbowanego i nieznanego człowieka, by wykonać całą listę czynności zgodnie z posiadanymi aktualnie możliwościami: opatrzył rany, bo miał oliwę i wino. Użył swoich mięśni, by go podnieść i włożyć na muła. Zawiózł do gospody na zwierzęciu, na którym podróżował (w przeciwieństwie do lewity i kapłana). Poświęcił całą dobę opiekując się, karmiąc i obmywając chorego. Poprosił gospodarza o dalszą pielęgnację półumarłego, wyciągając z trzosa dwa denary i zapewniając, że zapłaci więcej, jeśli będzie tego wymagała dalsza rehabilitacja chorego. Dwie rzeczy trzeba tu zauważyć. Samarytanin ukonkretnił, czyli zamienił w widzialną i dotykalną postać, współczucie, które zrodziło się w jego sercu i wnętrznościach (o takim poruszeniu trzewi informuje nas greckie słowo splanchnidzo). Użył do tego wszystkich zasobów, które akurat miał do dyspozycji, czyli swojej mocy. Należało do niej i zauważenie drugiego, i współczucie, coś wypływającego z samej głębi człowieczeństwa, ale też wszelkie materialne pomoce, siły fizyczne, pieniądze. To, co mógł i posiadał, Samarytanin ofiarował w danym momencie zmaltretowanemu człowiekowi, nie żałując czasu i energii. Jednocześnie, co trzeba wyraźnie zaznaczyć, nie pozostał przy chorym aż do jego całkowitego wyzdrowienia. Zrobił tyle, ile w danym momencie mógł zrobić, ratując jego życie. Następnie kontynuował swoją podróż.

Posłuszeństwo Bogu

Św. Tomasz z Akwinu pisze, że miłość całą swoją mocą polega na posłuszeństwie Bogu we wszystkich naszych zewnętrznych działaniach. Prawdziwa religia nie dotyczy tylko tego, co zwykle postrzegamy jako religijne, lecz całego naszego życia, nawet tam, gdzie nie podejrzewalibyśmy obecności Boga. Nawiązując do poprzedniego tekstu, w którym pisałem, że Bóg daje nam autonomię i nie stoi nad nami jak kontroler, posłuszeństwo owo nie może polegać na lękliwym sprawdzaniu każdego naszego działania, czy zgadza się ono z wolą Bożą. Hans Urs von Balthasar napisał, że Boże upodobanie (wola Boża) „nie jest 'prawnie' czy dosłownie ustalone w ten sposób, że odebrana mi zostaje wolność dziecka Bożego, która pozwala mi się poruszać w pewnym wachlarzu możliwych do wyboru kierunków i podejmować decyzje spoglądając swobodnie (a nie w sposób niewolniczo bojaźliwy) na Boga”. Posłuszeństwo Bogu powinna przenikać ufność i zważanie na nasze, a nie innych, możliwości. Ciekawe, że sam Katechizm Kościoła, gdy traktuje o cnocie roztropności, zwraca uwagę, że „uzdalnia ona rozum praktyczny do rozeznawania w każdej okoliczności naszego prawdziwego dobra” (KKK, 1806). Nie chodzi więc o to, co inni sądzą, że powinniśmy zrobić. Nasza moc jest bardzo zindywidualizowana. To my musimy odszukać, co jest naszym prawdziwym dobrem i jak powinno się wyrazić. Ważne, aby się nie porównywać z innymi, lecz coraz bardziej poznawać siebie, swoje zasoby. Kiedy Jezus mówi o świadczeniu miłosierdzia wobec bliźnich, zaprasza każdego z nas do hojności  i wielkoduszności: „Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, ubitą, utrzęsioną i wypełnioną ponad brzegi wsypią w zanadrza wasze”. Jednak to każdy z nas musi z realizmem i spokojem poznać, jaka jest nasza miara: „Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie»” (Łk 6, 38).

Bo gdybyśmy porównali ludzi prawdziwie ubogich, często pozbawionych nawet tego, co konieczne do życia, z bogatymi, którzy hojnie rozdzielają swoje dary, ci pierwsi wypadliby żałośnie. Nie istnieje więc jakaś odgórna miara, do której wszyscy jak od linijki mieliby się zastosować. Kryterium wielkości naszej mocy znajduje się z jednej strony w sercu, a z drugiej w tym, co rzeczywiście jesteśmy w stanie dać w danym momencie życia Bogu i ludziom.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 42/2026