Poznański Czerwiec 1956. Dalej niż bliżej

Od burzliwych wydarzeń Poznańskiego Czerwca mija już 70 lat. Coraz trudniej przychodzi nam zrozumieć realia, które stały się podłożem buntu.
Czyta się kilka minut
Na ulice Poznania wyszło 100 tys. protestujących. Do stłumienia demonstracji władze użyły 10 tys. żołnierzy i 400 czołgów | fot. Oddziałowe Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu
Na ulice Poznania wyszło 100 tys. protestujących. Do stłumienia demonstracji władze użyły 10 tys. żołnierzy i 400 czołgów | fot. Oddziałowe Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu

W 1992 roku niemiecki historyk Jan Assmann ukuł pojęcie pamięci komunikatywnej. Rozumiał przez nie przekaz ustny od bezpośrednich świadków wydarzeń. Assmann oszacował żywotność pamięci komunikatywnej na 80-100 lat. Można więc pokusić się o sformułowanie, że „pamiętamy” wydarzenia sprzed naszego urodzenia do dwóch pokoleń wstecz. Innymi słowy, realia młodości naszych dziadków są dla nas stosunkowo łatwe do zrozumienia, gdyż wielokrotne opowiadanie przez nich historii, często porównawcze względem naszych czasów, pozwoliło naszemu mózgowi na dość dobre zbudowanie modelu przeszłości. Problem zaczyna się później, gdy brakuje już bezpośrednich świadków. Wysiłek, który musimy włożyć w poznanie takiego minionego świata, jest znacznie większy i jednocześnie mniej efektywny.

Nawet nie zauważyliśmy kiedy, ale Poznański Czerwiec właśnie dobił do fazy przejściowej, w której pamięć komunikatywna zostaje zastąpiona, według Assmanna, przez pamięć kulturową. Uzmysławia nam to dopiero już 70. rocznica tamtych dni. Świadkowie wydarzeń dobijają dziś dziewięćdziesiątki, niedługo ich po prostu zabraknie. Poza standardową wymianą pokoleń mamy również do czynienia z zupełnie nowym zjawiskiem, którym jest powszechne nadpisanie pamięci. Rozwój internetu i sztucznej inteligencji sprawił, że młody człowiek może mieć dziś całkiem dobre wyobrażenie o latach 50. XX wieku. Będzie ono jednak zbudowane nie na przekazach przodków, ale zbiorowej, wręcz globalnej, wizji świata. Mówiąc o latach 50., ktoś może wskazać na Elvisa Presleya i Marylin Monroe, nie mając tym samym świadomości, że po Jamesie Deanie nikt nad Wisłą nie tylko nie płakał, ale nawet o nim nie słyszał.

„Czerwone” miasto

Spróbujmy po krótce odtworzyć świat w przededniu Poznańskiego Czerwca, starając się nie popadać w mity. Zacznijmy od areny wydarzeń, czyli miasta. Pozornie wydaje się, że zmieniło się ono nieznacznie, ale to błędne wrażenie. Przeniesieni w czasie mielibyśmy problem z rozpoznaniem miejsca, w którym się znajdujemy.

Weźmy na przykład Cytadelę, która górowała nad miastem, strasząc powojennymi kikutami drzew i ruinami przywodzącymi na myśl średniowieczne zamczysko. Dziś największy park miejski, wówczas niebezpieczne, dzikie pobojowisko z licznymi obiektami, do których wstęp był surowo wzbroniony. Schodząc z Cytadeli, po jej stoku trafialiśmy na istniejący do dziś cmentarz radziecki – wówczas jednak pozbawiony gęstych drzew z obeliskiem z czerwoną gwiazdą, który na tle „ściętego” przez wojnę miasta dominował znacznie mocniej niż dziś. Wędrując od niego na południe, wchodziliśmy w ulicę Stalingradzką (dziś aleję Niepodległości), z której następnie mogliśmy skręcić w ul. Armii Czerwonej (Św. Marcin), skąd już łatwo było dostać się przez ul. Lampego (Gwarna) do Placu Młodej Gwardii (Plac Cyryla Ratajskiego) lub ulicą Walki Młodych (Podgórna) dotrzeć do ul. Dzierżyńskiego (Półwiejska). Można było zwątpić, czy znajdujemy się w mieście nad Wartą, czy nad Wołgą...

W orientacji w terenie nie pomagał fakt, że zdecydowana większość miasta była w budowie. Nowe, jak się później okazało, niezbyt funkcjonale mieszkania powstawały przy wspomnianym Placu Młodej Gwardii oraz Placu Wielkopolskim. Na południu trwała budowa dużego, robotniczego osiedla na Dębcu. Do tego należy pamiętać o powojennych naprawach, łataniu tego, co nie spłonęło. Tak jak epoka Gierka będzie kojarzyć się z szarymi blokowiskami, tak samo lata 50. w Poznaniu będą miały swój odcień. Kolorem tym była wtedy ceglasta czerwień. Co uderza na fotografiach z epoki to fakt, że większość domów nie była otynkowana – w trudnych realiach odbudowy była to potrzeba schodząca na dalszy plan. Minęło zaledwie 11 lat od zakończenia II wojny światowej, a przecież połowa miasta legła wówczas w gruzach.

Z nowoczesnej architektury warto wspomnieć o kosmicznym na tle pruskiego przysadzistego historyzmu budynku Okrąglaka. Oddany do użytku w 1954 roku, był całkowitą nowinką, a mieszczący się w nim dom handlowy można porównać do prestiżowej galerii handlowej. Wyróżniał się także, dziś nieco zapomniany, gmach Miastoprojektu przy Parku Marcinkowskiego. Innym architektonicznym symbolem stał się budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Tzw. Biały Dom oddano do użytku w 1950 roku. To kontekst, który nam współcześnie umyka – wtargnięcie robotników do gmachu w czerwcu 1956 roku można by dziś porównać do szturmu na nowoczesny szklany biurowiec międzynarodowej korporacji.

Bez pralki i lodówki

Poznań roku 1956 był miastem pieszym. Samochody występowały rzadziej niż jeżdżące współcześnie po naszych drogach auta elektryczne, a ich liczbę należy szacować na około 500 sztuk (dziś w Poznaniu jest ponad 500 tysięcy aut). Dominowały radzieckie GAZ-y i Moskwicze, pojawiała się produkowana od 1951 roku Warszawa (popularna Syrena ujrzy światło dzienne rok po wydarzeniach czerwcowych). W miarę zorganizowany był transport publiczny, toteż gdy w czerwcu stanęła komunikacja, miasto zostało sparaliżowane. Po Poznaniu kursowały nie tylko autobusy i tramwaje, ale także trolejbusy. Obraz dopełniały pojazdy wojskowe, ciężarówki przewożące materiały budowlane oraz konne furmanki. Złoty okres przeżywały rowery, choć w dużej mierze brukowane ulice skutecznie ograniczały przyjemność z jazdy.

Potrzeby mieszkaniowe były potężne. W ciągu dekady ludność miasta wzrosła z 270 do 377 tys. mieszkańców. Mieszkania były ciasne, zagęszczane (na jednego Poznaniaka przypadało jedynie 5 mkw.!). Do tego musimy pamiętać o ówczesnym standardzie. Jakkolwiek na tle kraju Poznań odznaczał się wysokim poziomem elektryfikacji i dostępu do gazu, to jednak nie zawsze zapewniał dostęp do bieżącej wody i kanalizacji. Rzeczą, z której obecnie nie zdajemy sobie sprawy, jest ogrom wyzwania, jakim było pranie. Popularna Frania pojawiła się na rynku dopiero w 1954 roku. Podobnie sprawa miała się z lodówkami – na pionierskie Mewy trzeba było poczekać do 1956 roku.

Na ekranie i w eterze

Gdy już wyrobiono zawyżoną normę, zdobyto pożywienie i wykonano pranie, można było pozwolić sobie na rozrywkę. Podstawową formą ucieczki w inną rzeczywistość były filmy. Na terenie miasta znajdowało się kilkanaście kin, serwujących jednak dość monotonny repertuar. Wszystko dlatego, że władze znakomicie zdawały sobie sprawę z siły oddziaływania kinematografii. Repertuar składał się głównie z produkcji radzieckich oraz filmów powstałych w bloku wschodnim. Nie było szans na obejrzenie produkcji amerykańskich, a z Europy Zachodniej trafiały do Polski filmy albo niewinne, albo zaangażowane społecznie po właściwej stronie.

Spójrzmy konkretnie na produkcje, które mogli oglądać wiosną 1956 robotnicy Ceglorza. O dziwo na pierwszym miejscu znalazła się… indyjska superprodukcja Włóczęgi. Za nią uplasowała się głupiutka francuska komedyjka Mama, tata, gosposia i ja z epizodyczną rolą nieznanego wówczas zupełnie Louisa de Funèsa czy równie ambitna włoska produkcja OK Neron. Polskie kino reprezentowała uderzająca w sabotażystów Sprawa pilota Maresza, uderzający w antykomunistyczne podziemie Cień oraz uderzające w polską szlachtę Podhale w ogniu. Ten ostatni film wart jest wspomnienia także dlatego, że to dopiero druga polska produkcja kolorowa. Październikowa odwilż wywoła eksplozję polskiej szkoły filmowej, która na zawsze zatrze pamięć o kinie socrealistycznym.

Znacznie większy przełom nastąpił w muzyce. Ewidentnie odchodzono od popularnej jeszcze 3-4 lata wcześniej pieśni masowej. Prym wiodły przeboje taneczne z lekką nutką egzotyki. Na topie byli zapomniany dziś już piosenkarz Janusz Gniatkowski śpiewający o Kubie, wyspie jak wulkan gorącej oraz swingująca Maria Koterbska. Utworów tych nie można było jednak zobaczyć w telewizji, która wówczas jeszcze nie istniała. Wiedzę o świecie czerpano przede wszystkim z tendencyjnych kronik filmowych, które wyświetlano przed każdym kinowym seansem w miejscu, gdzie dziś otrzymujemy garść reklam i zwiastunów. Następnym źródłem wiedzy były tzw. kołchoźniki, czyli „głośnik na kablu” – radiowęzeł, który z przyczyn ekonomicznych wygrywał konkurencję z radiem. Te odgrywało już jednak ważną rolę. Oprócz dwóch kanałów Polskiego Radia można było rozszerzyć swoją ofertę o stacje zagraniczne. Radio Wolna Europa, choć wbrew wyobrażeniom wcale niesłuchane masowo, w czym przeszkadzały dodatkowe zagłuszarki, przeżywało okres największego zainteresowania za sprawą głośnych zeznań oficera UB, Józefa Światły. Trzeba jednak pamiętać, że radia słuchano stacjonarnie, odbiorniki przenośne dopiero się rodziły.

Jakkolwiek ciekawe rzeczy działy się w literaturze, to jednak robotniczy Poznań wcale nie zaczytywał się w Hłasce i Tyrmandzie. Jeśli już sięgano po słowo pisane, to w formie gazety. Oczywiście, prasa prezentowała jedyne słuszne poglądy, niemniej stanowiła też rozrywkę i udzielała porad. W Poznaniu rynek zdominowany był przez najpopularniejszy „Głos Wielkopolski”, partyjną „Gazetę Poznańską” i najlżejszy w swym stylu „Express Poznański”. Brakowało prasy katolickiej – uznające się za takową związane z PAX-em „Słowo Powszechne” nigdy nie znalazło aprobaty episkopatu. Na wznowienie wydawania „Przewodnika Katolickiego” trzeba było czekać do jesieni.

Zasób środków komunikacji był, jak widać, dość ograniczony. Rolę dzisiejszego internetu spełniała poczta pantoflowa. Często mówiąc o Czerwcu 1956 roku, wskazuje się na rolę Międzynarodowych Targów Poznańskich, które w niektórych narracjach zrównuje się z portową rolą Gdańska w czasie strajku w stoczni. Owszem, Targi były oknem na świat, ale często silnie przymkniętym. Dość nadmienić, że w latach 1951-1954 imprezy o charakterze międzynarodowym na targach się nie odbywały.

Kolej na nas

Poznaliśmy kontekst epoki, w której ciągle podnoszenie norm nie było rekompensowane przez inne elementy życia codziennego. Zakład, w którym w tym samym czasie produkowano lokomotywy, silniki, ale też gramofony, łyżwy i (potajemnie) karabiny, prędzej czy później musiał wyjść na ulice.

Dziś te wydarzenia mają już nielicznych świadków. Ważne jest, abyśmy do nich sięgali, jednocześnie unikając pułapki, jaką jest uznanie ówczesnych realiów za oczywiste. Minęło 70 lat i paradoksalnie świat roku 1956, który jeszcze przed chwilą był naszym „wczoraj”, stał się bliższy czasowo XIX stuleciu niż współczesności. Przy kolejnej okrągłej rocznicy historię Poznańskiego Czerwca będziemy musieli opowiedzieć już sami. Czy to się nam uda?

Galeria zdjęć

Obraz
Na ulice Poznania wyszło 100 tys. protestujących. Do stłumienia demonstracji władze użyły 10 tys. żołnierzy i 400 czołgów | fot. Oddziałowe Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu
Obraz

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.

Co otrzymujesz w subskrypcji?

- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów

- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym

- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej

- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online

- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży

- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF

Najlepsza cena

Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.

- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł

↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 26/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Dalej niż bliżej