Ostatni nizam bajecznego Hajdarabadu

Twór państwowy o powierzchni porównywalnej do Polski, z liczbą mieszkańców przekraczającą 20 milionów – czyli także umieszczającą ją w jednym szeregu z międzywojenną Rzeczpospolitą. Do tego upadłe w wyniku agresji większego i znacznie silniejszego sąsiada 17 września... Nie, nie 1939, ale 1948 roku. To opis Hajdarabadu.
Czyta się kilka minut
Mir Osman Ali Chan został uznany przez tygodnik „Time” z 22 lutego 1937 r. za najbogatszego człowieka świata | Fot. Wikimedia Commons
Mir Osman Ali Chan został uznany przez tygodnik „Time” z 22 lutego 1937 r. za najbogatszego człowieka świata | Fot. Wikimedia Commons

Tytuł nizama formalnie oznaczał cesarza, choć pierwotnie nosili go jedynie zarządcy muzułmańskich władców Indii, tak zwanych Mogołów. W nazwie tej dźwięczy nam „Mongolia” i nie jest to przypadek. Mogołowie to potomkowie mongolskich, po naszemu tatarskich, najeźdźców na indyjski subkontynent w średniowieczu. Zawładnęli oni Indiami prawie po sam południowy kraniec półwyspu, gdzie ostały się reliktowe hinduskie królestwa. I tak jak „nasi” Tatarzy, którzy szybko zasymilowali się z tureckimi koczownikami, indyjscy Mogołowie wsiąkli w hinduską glebę. Rasowo stali się Hindusami, jednak od mas poddanej ludności nadal oddzielała ich religia islamu. A także wysoka kultura, związana z cywilizacją Persji, czyli Iranu.

Takie Indie zastali z końcem XVIII stulecia Anglicy. Gdy kilkadziesiąt lat później podbili Delhi, zrzucając z tronu ostatniego, słabiutkiego już sułtana Mogołów, na południu półwyspu państwo nizamów Hajdarabadu, które wcześniej zdążyło się już usamodzielnić, zachowało wewnętrzną niezależność. Było po prostu zbyt duże i zbyt od Delhi odległe, aby angielskim kolonizatorom opłacało się je anektować. Uznali nizama jako cesarza, uzgadniając jedynie konieczną nad nim kontrolę w polityce zagranicznej. Wewnątrz kraju pozostawał władcą absolutnym. I niezmiernie, wręcz legendarnie bogatym.

Diamenty, harem i dzikie słonie

Skąd wzięło się bogactwo tego państwa? Otóż sułtanat Golkondy, poprzedniczki nizamatu (Golkonda jest dziś częścią miasta Hajdarabadu), wyrósł na diamentach. Tamtejsze kopalnie tego minerału należały do najbardziej wydajnych na świecie. Właściwie wszystkie dużych rozmiarów brylanty, zdobiące korony władców ówczesnego globu – kamienie o których do dziś krążą legendy – pochodziły stamtąd. Złoża Golkondy wyczerpały się w połowie XIX wieku, lecz bogactwo miejscowych władców, gromadzone przez pokolenia, utrwaliło ich ekonomiczną pozycję.

Dość powiedzieć, że ostatnich nizamów zgodnie uznawano za najbogatszych ludzi świata. Mir Osman Ali Chan, rządzący pod niemniej pysznym imieniem Asafa Dźaha VII, trafił nawet z tego powodu na okładkę magazynu „Time”. Nowojorskie pismo nie omieszkało zaznaczyć, że osobisty majątek władcy równy jest jednej pięćdziesiątej PKB Stanów Zjednoczonych, zaś 185-karatowego diamentu Jacob nizam używa w swojej kancelarii jako przycisku do papieru.

Ostatni monarcha Hajdarabadu był w oczach ludzi Zachodu uosobieniem indyjskiej egzotyki. Oprócz czterech legalnych żon posiadał jeszcze 42 „towarzyszki życia”, które odziane w przezroczyste muśliny, w pałacowej zenanie (harem) umilały mu wolne chwile. A miał ich, tzn. wolnych chwil, niemało. Ozdobą dworu były też słonie, specjalnie tresowane i ubierane w klejnoty. Jeszcze dziadek Mir Osmana używał tych zwierząt w armii, jako uderzeniowy oddział bojowy, lecz z biegiem czasu większość słoni rozbiegła się po okolicy, dziczejąc i pustosząc podstołeczne ogrody.

Mając do dyspozycji tak niewiarygodne luksusy, Mir Osman pozostał w pamięci otoczenia jako człowiek skrajnie powściągliwy pod względem zewnętrznego wyglądu. Kiedy nie musiał pozować do zdjęć, nosił przez lata to samo ubranie, które własnoręcznie cerował. A papierosy odpalał od niewygaszonych petów.

Nie było miejsca dla dwóch niepodległych państw

To oczywiście tylko jedna, egzotyczna i odrobinę sensacyjna strona zagadnienia. Warto jednak pamiętać, że gdy w 1857 roku Anglicy ostatecznie opanowali Delhi, z miasta tego ruszył do Hajdarabadu konwój islamskich uczonych kronikarzy, pieśniarzy, malarzy miniatur i budowniczych. Arabsko-persko-hinduska kultura, która przez wieki promieniowała na całe Indie z delhijskiego dworu, przeniosła się teraz do ostatniego wielkiego islamskiego państwa subkontynentu.

Nadto feudalny system nizamatu, choć wiązał się z uciskiem wyznających głównie hinduizm mas poddanych, przyjął (dobrowolnie) szereg brytyjskich rozwiązań socjalnych. W połowie XX wieku, tuż po zakończeniu II wojny światowej, Hajdarabad był stosunkowo zamożnym i nieźle zarządzanym państwem, w którym przeciętnemu poddanemu nizama żyło się chyba jednak trochę lepiej, niż zwykłemu Hindusowi pod bezpośrednią administracją kolonii.

Przyszedł jednak rok 1947, kiedy to Wielka Brytania zrzekła się panowania nad Indiami. Olbrzymi kraj miał odtąd rządzić się samodzielnie. Brytyjczycy pozostawili wszak Hindusom cały, niezreformowany system administracji lokalnej, gdzie połową terytorium zarządzali miejscowi władcy. Nizam Hajdarabadu był z nich największym. I oczywiście natychmiast uczynił to samo, co zrobili Hindusi w Delhi: ogłosił formalną niepodległość. Bo przecież skoro do tej pory nie wtrącali mu się w rządy nad krajem nawet Anglicy, dlaczego miałby to robić premier Jawaharlal Nehru?

Niestety, szef pierwszego indyjskiego rządu był innego zdania – i skądinąd trudno mu się dziwić. Wyobraźmy sobie wielką dziurę w samym środku młodego indyjskiego państwa, bo Hajdarabad, nie mając dostępu do morza, otoczony był ze wszystkich stron indyjskim terytorium. To koszmarny sen każdego inżyniera wielkiej polityki. Nie pomogły więc negocjacje, Delhi twardo obstawało przy żądaniu bezwarunkowej aneksji.

Gdy w styczniu 1948 roku umarł Gandhi, wielki propagator pacyfizmu, władzom indyjskim tym łatwiej przyszło zastosować rozwiązanie drastyczne i skuteczne. 17 września indyjska armia z wszystkich stron zaatakowała Hajdarabad. Inwazję określono w Delhi kryptonimem „Operacja Polo”. Była to złośliwa aluzja do „europejskich” upodobań hajdarabadzkich elit – grę w polo upowszechnili tam bowiem Anglicy.

Słaba armia Hajdarabadu skapitulowała już po kilkunastu godzinach oporu. Hindusi rozbroili jeńców, lecz uczynili to w sposób podstępny, zabierając karabiny jedynie muzułmanom. Byłych hinduskich poddanych nizama puszczono wolno z bronią w ręku, dając im do zrozumienia: róbcie co chcecie.

Smutny koniec

W tym momencie zemścił się na muzułmanach epizod razakarów, islamskich bojówek, jakie w ostatnich latach istnienia państwa terroryzowały hinduską większość populacji Hajdarabadu. Mir Osman był im przeciwny i ubolewał nad gwałtami, lecz był już władcą słabym i nie mógł razakarom nakazać samorozwiązania. Teraz uzbrojeni hindusi rzucili się do rzezi muzułmanów. Wymordowano kilkadziesiąt tysięcy niewinnych osób. Tylko stolica, gdzie wyznawców islamu było najwięcej i gdzie stać ich było na samoobronę, pozostała nienaruszona.

Władca, panujący od 1911 roku, zmuszony został do abdykacji. Na osłodę ofiarowano mu czysto dekoracyjne stanowisko gubernatora jednego ze stanów, na jakie podzielono państwo Hajdarabadu. Mir Osman Ali Chan umarł w 1967 roku, w czcigodnym wieku 81 lat. Jego wnuk, Mukarram Dźah, występował jeszcze jako ósmy nizam na wygnaniu, lecz nie tylko nic na tym politycznie nie ugrał, lecz w dodatku, nieudolnie spekulując na giełdzie, roztrwonił resztki majątku dziadka. Umarł w 2023 roku w Stambule, a jego trumnę sprowadzono do Indii i pochowano przy głównym meczecie Hajdarabadu. Rząd w Delhi mógł sobie na taki gest pozwolić – państwo nizamów dziś jest już tylko legendą.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 38/2026