Miasto Beauvais, leżące w pół drogi między Paryżem a Kanałem La Manche, słusznie chlubi się swoją katedrą. Tak mógłby zaczynać się typowy folder turystyczny, ale – przynajmniej dla piszącego te słowa – owa zachęta byłaby niewybaczalnym spłyceniem zachwytu, jaki w oczach patrzącego na nią pierwszy raz wywołuje ta budowla. Ponad dachami miasta wznosi się zjawisko, na którego widok przystajemy zdumieni: czy „to” pnie się w górę, czy też ciągnie wzdłuż? Świątynia jest gotycka, z rzędu najbardziej znanych francuskich katedr, tymczasem wszystkie jej siostry (na czele z sąsiadką, paryską Notre Dame) zbudowano w planie podłużnym, który to horyzontalny wymiar jakby krzyżuje się z wertykalnym wywyższeniem sygnaturek i szczytów wież. Tutaj strzelistość i horyzontalizm mamy w tej samej, pozornie zwartej bryle. Katedrę miasta Beauvais rozbudowano tylko do transeptu, czyli nawy poprzecznej, nawa główna pozostała jedynie na planach architektów. Ale jednocześnie to, co zdążono zbudować – transept oraz apsyda – pod względem proporcji wysokości stanowi absolutny rekord wśród gotyckich świątyń. Kiedy wejdzie się do środka i spojrzy do góry, wydaje się, że rozległa perspektywa, której zabrakło w poziomie, jednak jest obecna i wystrzela prosto do nieba. Tak jakby nawę ktoś postawił pionowo. Kiedyś kościół miał wieżę, ale ta runęła pod własnym ciężarem jeszcze w XVI wieku. Niedokończony projekt ciągnął się przez wieki, wszelako katedra doczekała się własnego męczennika. I to w osobie biskupa.
Państwo w miejsce Boga
Francois Joseph de la Rochefoucauld pochodził ze starego rodu francuskich arystokratów, którego najbardziej sławny przedstawiciel – imiennik biskupa, żyjący wszakże sto lat przed nim – upamiętnił się w światowej literaturze jako autor dość libertyńskich aforyzmów. Na przykład takiego: „Zapamiętajcie sobie, drogie dziatki, że każdy dobry uczynek zostanie kiedyś ukarany”. Jego potomek chyba jednak nie wziął sobie tych słów do serca, poświęcił się bowiem nie dworskiej karierze, lecz służbie Bogu. Z zameczku Bayers, leżącym wśród winnic Akwitanii, trafił do seminarium, stamtąd zaś, w 1772 roku, na stolicę biskupią Beauvais. Pasterzem okazał się dobrym i troskliwym, bowiem 17 lat później, gdy nadeszła rewolucja, wybrany został jako deputowany duchowieństwa do paryskich Stanów Generalnych. A był to przecież moment, gdy sakra nie ułatwiała biskupowi ścieżki politycznej kariery, a wręcz mogła ją utrudnić.
12 lipca 1790 roku rewolucyjne władze uchwaliły tzw. konstytucję cywilną kleru, dokument precedensowy w historii Europy. Jednym pociągnięciem pióra rozwiązano wszystkie zakony, dziesiątki tysięcy mnichów i mniszek wypędzono z klasztorów prosto na ulicę, a za szczęśliwców mieli się ci, których pozostawiono w spokoju. W podobnie błyskawicznym trybie odebrano Kościołowi jego nieruchomy majątek, gromadzony od czasów Merowingów, czyli przez półtora tysiąclecia. Ale chyba najbardziej bolesnym ciosem był nakaz przysięgi. Ksiądz stawał się odtąd urzędnikiem państwowym i musiał temu państwu złożyć akt wierności. Francuskie duchowieństwo powszechnie odebrało to jako stawianie bałwana (ateistyczne państwo) w miejsce należne tylko Bogu. Jedni złamali się i przysięgę złożyli, inni – a było ich całe mnóstwo, prawie połowa ogółu – wytrwali w wierności, wiedząc, że spotka ich za to surowa kara.
De la Rochefoucauld, podobnie jak większość jego diecezjalnych księży, złożenia przysięgi odmówił, rewolucjoniści pozbawili go więc realnej władzy, na jego miejsce naznaczając posłusznego „biskupa konstytucyjnego”.
Mordy wrześniowe
Podobnie uczynił jego rodzony brat Piotr Ludwik, biskup Saintes. Obaj bracia stanęli tym samym wobec ogromnego ryzyka: był już rok 1792, terror jakobinów sięgał szczytów i jedynym wyjściem wydawała się ucieczka. Franciszek Józef i Piotr Ludwik zmówili się więc, że ukryją się w starym klasztorze w Soissons, którego opatką była ich siostra Maria Szarlota. Niektórych zgromadzeń żeńskich rewolucjoniści, póki co, nie ruszali.
Żaden z nich chyba tam nawet nie dotarł. Wiadomo jedynie, że 13 sierpnia sankiuloci (jak nazywano jakobińsko nastrojonych rewolucjonistów) aresztowali w Paryżu Franciszka Józefa. Dlaczego znalazł się w stolicy, skoro Paryż leży zdecydowanie nie po drodze z Beauvais do Soissons? Nie wiemy, być może miał nadzieję, że tam, kanałami starych znajomości doprowadzi do wykreślenia nazwisk jego i brata z czarnej listy wrogów rewolucji? Po kilku dniach ujawnił się Piotr Ludwik, który nie chciał rozstawać się z bratem.
Obu biskupów umieszczono w zdesakralizowanym paryskim kościele karmelitów, razem z jednym jeszcze biskupem oraz półtora tysiącem księży i świeckich katolików, którzy odmówili złożenia przysięgi. Tymczasem do Paryża dotarli czerwoni robociarze z Marsylii, słusznie uznani za najbardziej radykalny element rewolucji. Przybyli do stolicy z pieśnią uznaną niebawem za obowiązujący do dzisiaj hymn Francji. Niezależnie od patriotycznej aureoli, jaką otoczona jest dziś Marsylianka, ci ludzie z południa postrzegani byli przez paryską ulicę za obcych i trochę dzikich. Nie mówili nawet po francusku, lecz chrapliwym dialektem języka prowansalskiego.
2 września 1792 roku tłum tych zapaleńców wdarł się w mury poklasztornego więzienia. Wymordowano, poza cudem ocalonymi jednostkami, wszystkich trzymanych tam duchownych. Nie za pomocą gilotyny, lecz pałaszami, tasakami i pałkami. Historiografia francuska, a po niej światowa, nazywa tę zbrodnię, dość eufemistycznie, mordami wrześniowymi, nie wnikając głębiej w jej potworne szczegóły.
Ogołocona i przywrócona
Osierocona katedra przeżywała niewesołe lata. Już w 1791 roku znad jej stall rewolucjoniści zabrali bezcenną serię gobelinów Dzieje Apostolskie. Trafiły do pałacu biskupiego, zamienionego na siedzibę administracji departamentu Oise. „Konstytucyjny biskup” Massieu nie protestował przeciw tym gwałtom. Ale po nich nastąpiły kolejne, chyba jeszcze gorsze.
W październiku 1793 roku zradykalizowany tłum wyłamał drzwi kościoła i zdewastował jego wnętrze. Większość figur, jeszcze z gotyckich czasów, na szczęście ocalała, lecz nie na długo: 20 listopada dekretem władz miejskich zostały one z katedry usunięte i spalone na placu jako „wytwory zabobonu”. Samą katedrę pod wezwaniem św. Piotra przemianowano na Świątynię Rozumu. Dla wiernych nie było już tu miejsca, bowiem nie ostał się tam żaden ksiądz – jedni siedzieli w więzieniu, innych zamordowano. Przez dwa tygodnie władze nie wiedziały co zrobić z członkami kapeli i chóru, wreszcie „łaskawie” rozpuszczono ich do domów. Niebawem zabrano srebro ze skarbca kościelnego, zaś z dzwonnicy zdjęto dzwony. Już tylko wołały nagie kamienie, jak w Ewangelii według św. Łukasza.
W 1823 roku, kiedy ogołoconą katedrę przywrócono katolickiemu kultowi, zawisły tam z powrotem skradzione przez sankiulotów gobeliny. W 1976 roku skradziono je ponownie. Odzyskane zostały po trzech latach, są teraz do obejrzenia w miejscowym muzeum tapiserii.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











