Od wielu dni przez kolejne europejskie miasta przelewa się fala protestów, które coraz częściej wywołują emocje, o których pisałem w tym miejscu przed tygodniem. Według dziennika „El Pais” od 15 września do 23 października w 12 krajach odbyło się w sumie 177 protestów. 80 proc. z nich przypadał na Francję, Hiszpanię, Włochy, Portugalię i Belgię.
Choć nie jest to jeden skoordynowany ruch, a raczej zapalnikiem bywają różne sytuacje w różnych miastach i krajach, to jednak charakterystyczną ich cechą jest oburzenie wysokimi kosztami życia. We Francji protesty rozpoczęli uczniowie przeciwko złym warunkom w szkołach, przepełnionym klasom i niedoborom nauczycieli. Ale szybko do fali dołączyły się związki zawodowe, które podnosiły problemy z usługami publicznymi i drożyzną. W Hiszpanii protestowano już wcześniej, gdzie zapalnikiem okazał się kryzys mieszkaniowy, który zresztą doprowadził do ogłoszenia przedterminowych wyborów. Najpierw młodzi protestowali w sprawie dostępności mieszkań, później systemowo zaczęto protestować wobec planów zmian w systemie emerytalnym. Z kolei młodzi Włosi protestują przeciw cenom paliw, zbrojeniom oraz wojnom.
Wzorzec jest więc podobny w całej Europie – zaczynają protestować młodzi, potem dołączają się szersze środowiska, jak związki zawodowe, krytykując warunki życia, poziom usług publicznych i politykę rządów. Choć protesty przebiegają w swej masie pokojowo, po ich zakończeniu albo na ich marginesie dochodzi do potężnych fal przemocy – rabowane są sklepy. Przy okazji zamieszek do najbardziej brutalnych i niszczycielskich aktów przemocy i grabieży doszło w Paryżu, Neapolu czy Mediolanie.
I właśnie obrazy dokumentujące ten ostatni aspekt stają się przedmiotem gorących emocji. Zamaskowani młodzi mężczyźni grabiący sklepy jubilerskie, ściągający z półek luksusowych sklepów kosztowne towary, szczególnie na prawicy wywołały silny antyimigrancki sentyment. I tu pojawiło się zjawisko, które zasygnalizowałem w pierwszym zdaniu: twierdzenie o upadku Zachodu, o kryzysie Europy. Tydzień temu pisałem o przekonaniu, że Europa nie może wygrać. Teraz jest jeszcze jakaś fascynacja nieuchronnością, z jaką – według tej narracji – nasz świat dąży do upadku. Takie oczekiwanie na to, że zaraz stara Europa upadnie, że ostateczny cios zada jej nielegalna migracja, że przybysze z państw afrykańskich czy arabskich doprowadzą „lewicowo-liberalną” Europę, która odcięła się od swoich chrześcijańskich korzeni, do ostatecznego upadku. Tę fascynację wyraźnie widać za Atlantykiem. Amerykańska prawica uważa, że Europa już upadła, szukając uzasadnienia do swego izolacjonizmu, by wreszcie przestać się oglądać na Europę i zająć się swoimi sprawami. Dlatego też chętnie takie tezy powiela Elon Musk, ale w swoich wystąpieniach Europę krytykuje też prezydent Donald Trump, wiceprezydent J.D. Vance, czy sekretarz stanu Marco Rubio.
Również polska prawica lubi się ekscytować filmami pokazującymi zamieszki na Zachodzie, podkreślając wyższość Polski, w której nie ma masowej migracji, więc jest czysto, spokojnie i bezpiecznie. Ale wszędzie widać tę tęsknotę, by ten stary świat upadł.
Przyznam, że budzi to mój niepokój. W 1914 roku też wszyscy czekali na koniec starych imperiów. Kosztowało to morze krwi i cztery lata strasznych zniszczeń. Skąd przekonanie, że świat, który wyłoni się po upadku Europy, będzie lepszy?
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.








