Decyzja warszawskiego sędziego Konrada Mielcarka, który zadecydował o przyznaniu tzw. listu żelaznego byłemu wiceministrowi sprawiedliwości Marcinowi Romanowskiemu, w dość bolesny sposób obnażyła coś, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić, a przecież nie powinniśmy: hipokryzję w odniesieniu do wymiaru sprawiedliwości. I to na kilku polach.
Po pierwsze, to Zbigniew Ziobro wprowadził zapis, który mówi o tym, że jeśli nie zgodzi się na to prokurator (a wówczas to Ziobro był szefem wszystkich prokuratorów), nie można takiego listu żelaznego wystawić. Tym razem z tego przepisu chciał skorzystać prokurator podległy ministrowi Waldemarowi Żurkowi, który był najzacieklejszym krytykiem Zbigniewa Ziobry.
Po drugie, sędzia Mielcarek użył jednak tzw. rozproszonej kontroli konstytucyjnej, czyli uznał, że ten przepis w brzmieniu, w jakim został uchwalony za rządów PiS-u, jest niekonstytucyjny, ponieważ może ograniczać władzę sędziego (bo wydanie takiego listu jest prerogatywą sędziego, nie prokuratora). I oto nagle minister Żurek i jest sympatycy, zaczęli sędziego krytykować za takie rozstrzygnięcie. Gdy więc sędziowie wykonywali rozproszoną kontrolę konstytucyjną w sprawach, które były na rękę krytykom PiS, taka kontrola była wychwalana jako przejaw odpowiedzialności sędziów, ale gdy posłużył się nią sędzia, który podjął decyzję niekorzystną dla rządzących, minister Żurek to skrytykował.
Ale to nie koniec. Po trzecie zaś, sędzia uznał, że jeśli prokuratura stawia poważne zarzuty Romanowskiemu i domaga się dla niego aresztu, ten będzie się ukrywał. Wydanie listu żelaznego zaś może sprawić, że Romanowski do Polski wróci i z wolnej stopy – do czasu prawomocnego wyroku – będzie zeznawał. Sędzia uznał, że w interesie wymiaru sprawiedliwości jest wydać mu taki glejt, bo inaczej będziemy mieli do czynienia wyłącznie z politycznym spektaklem. Sęk w tym, że minister Żurek i politycy rządzącej koalicji, którzy tak krytykują decyzję sędziego Mielcarka, raczej pokazują, że chodzi o to, by spektakularnie Romanowskiego aresztować, niżby sprawę rzetelnie wyjaśnić. Albo inaczej: by króliczka gonić, a nie by go wreszcie złapać. Uznał tak nawet były szef klubu parlamentarnego Polska 2050 Paweł Śliż.
Kolejnym zarzutem wobec sędziego Mielcarka – i to po czwarte – jest fakt, że jak wyraził się minister Żurek, to „neosędzia ze stajni Ziobry”. Rzeczywiście, sędzia został awansowany na wniosek nieuznawanej przez część środowiska prawniczego Krajowej Rady Sądownictwa w roku 2021. Sęk w tym, że nie kwestionowano jego statusu, gdy na przykład odmówił wydania listu żelaznego dla byłego szefa Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych Michała K., którego rozliczenia również domaga się obecna władza. Gdy więc wydał decyzję zgodną z oczekiwaniami obecnie rządzących, nikt jego statusu nie podważał. Ale gdy w innej sprawie orzekł inaczej, nagle okazało się, że jest politycznym nominatem.
Przyznam, że za rządów PiS byłem bardzo krytyczny wobec tego, co Zbigniew Ziobro robił z wymiarem sprawiedliwości. I zdania nie zmieniłem. Ale jeśli ówcześni „obrońcy praworządności” dają nam festiwal hipokryzji, wcale nie uważam, że należy to przemilczeć. Wręcz przeciwnie. Zasady są zasadami, bez względu na to, kto akurat rządzi.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.








