Ignacy Daszyński. Socjalista i patriota

W roku 2026 przypada 160. rocznica urodzin i 90. rocznica śmierci Ignacego Daszyńskiego. To dobra okazja, by przypomnieć postać jednego z Ojców Niepodległości i pierwszego premiera polskiego rządu.
Czyta się kilka minut
fot. Muzeum Niepodległości/East News
fot. Muzeum Niepodległości/East News

Zawsze będę pamiętał zdziwione spojrzenia moich studentów, gdy podczas wykładów z najnowszej historii Polski mówiłem o „lewicy niepodległościowej” albo – o zgrozo – „lewicy patriotycznej”. Był w ich oczach błysk niezrozumienia, dysonans. Jak można było kojarzyć pojęcie lewicy z patriotyzmem? Jest przecież patriotyzm integralnie połączony z prawicą – przekonano o tym całe pokolenie. To prawicowe ugrupowania polityczne zwą się „obozem patriotycznym”, tak jakby nikt poza nimi nie miał prawa do nazywania się patriotami. To utożsamienie pojęć patriotyzmu i prawicy zaowocowało błędnym, fałszywym i ahistorycznym przekonaniem, że lewica nie ma prawa do patriotycznej samoidentyfikacji, że kłamie, bo jest przecież w założeniu antynarodowa. Cóż za fałsz, zakłamujący naszą historię! 

Jeden z ojców niepodległości

Przecież lewica patriotyczna, spod znaku PPS-u, Józefa Piłsudskiego i Ignacego Daszyńskiego była pod koniec czasu zaborów i później w II RP najbardziej patriotyczną formacją polskiej sceny politycznej. Gdy zbliżała się I wojna światowa – wielka wojna, jak wtedy mówiono – najbardziej „patriotyczna” zdawałoby się formacja, Narodowa Demokracja i jej przywódca Roman Dmowski, nie byli sobie w stanie wyobrazić niczego więcej niż uzyskanie dla ziem polskich autonomicznego statusu w granicach imperiów carów. Jedynie lewica patriotyczna Piłsudskiego i Daszyńskiego miała odwagę stawiać program pełnej niepodległości.

Ignacy Daszyński, którego słusznie włączamy dziś w szereg „ojców niepodległości”, obok Piłsudskiego, Dmowskiego, Wincentego Witosa i Ignacego Paderewskiego reprezentuje w tym gronie patriotyczne i demokratyczne tradycje polskiej lewicy. Nie chcę w tym krótkim artykule szczegółowo przypominać jego biografii, opisało ją wielu autorów (np. Walentyna Najdus i Tomasz Panfil). Zależy mi raczej, aby pokazać go jako przykład socjalisty-patrioty, dla którego niepodległość i socjalistyczny program łączyły się w nierozdzielną całość. O istnieniu takiej formacji nie chcą dziś pamiętać ci, którzy szermują pojęciem „lewactwo”, zaliczając do niej wszystko poza prawicą i nie rozumieją, jak fundamentalna różnica dzieliła w naszej historii patriotyczny socjalizm i sowiecki komunizm.

Pierwszy premier

Był Ignacy Daszyński wybitnym politykiem, działającym początkowo w zaborze austriackim. Korzystając ze swobód, które zapewniała swym ludom monarchia Habsburgów, zasiadał m.in. w Radzie Państwa, parlamencie austriackim, zyskując sobie renomę znakomitego, charyzmatycznego mówcy. Konsekwentnie wyrażał tam swoje lewicowe i patriotyczne poglądy.

Niech za przykład posłużą tu dwa cytaty ukazujące istotę, ale i hierarchię jego zapatrywań: „Polacy mają tylko jedną wielką politykę, a tą jest niepodległość Polski” – mówił już w 1898 roku. Jednocześnie nie krył, że nie idzie mu o jakąkolwiek Polskę, ale o taką gdzie: „każdy robotnik w starości już bez pracy pobierał pensję i nie lękał się nędzy po całym życiu uczciwej pracy. Dziecko powinno też być otoczone opieką całego narodu, mieć za darmo szkołę, i w tej szkole głodu nie cierpieć, aby móc się uczyć z korzyścią dla siebie; kobieta powinna daleko lżej pracować niż mężczyzna i być oszczędzaną, wtedy, kiedy wydaje na świat dzieci”. Polska miała być państwem ludu, oczywiście w diametralnie innym znaczeniu niż była nią późniejsza, komunistyczna „Polska ludowa”.

Autorytet i zaufanie, które zdobył jeszcze w tamtym okresie, zapewniły mu czołowe miejsce w krytycznym okresie budowy struktur odradzającego się państwa, a później jego obrony przed wewnętrznymi i zewnętrznymi zagrożeniami. Został premierem pierwszego w pełni suwerennego polskiego rządu, utworzonego 7 listopada 1918 roku w Lublinie. Po pierwszych wyborach do sejmu w styczniu 1919 roku został szefem socjalistycznego klubu poselskiego, a później podczas nawały bolszewickiej w 1920 roku wicepremierem Rządu Obrony Narodowej. W latach 1922–27 był wicemarszałkiem sejmu, wreszcie, u końca swej drogi politycznej i życiowej, jego marszałkiem. Przedwcześnie postarzały, wyzbyty życiowej energii, pogrążony w mroku demencji, zmarł w roku 1936.

Nie dla autorytaryzmu i nacjonalizmu

Przez całe życie trzymał się kilku zasad, które określiły jego stosunek wobec wielu zjawisk, faktów i osób. Były nimi: szczery, głęboki, ale rozsądny patriotyzm, przywiązanie do demokracji w szerokim rozumieniu – zarówno jako formy rządów, jak również oparcia społeczeństwa na zasadach wolności i równości, wreszcie głębokie przywiązanie do socjalnego programu PPS-u. W imię obrony demokratycznego charakteru państwa potrafił wystąpić nawet przeciw swym przyjaciołom, którzy ulegali urokowi autorytaryzmu. Tak było z Józefem Piłsudskim, którego działania podczas przewrotu majowego jeszcze wspierał, ale później, już jako marszałek sejmu, zdecydowanie krytykował.

Do legendy polskiego parlamentaryzmu przeszedł opór, jaki 31 października 1929 roku Daszyński stawił Marszałkowi. Tamtego dnia sprawujący od zamachu majowego nieformalną władzę w Polsce Piłsudski przyszedł do budynku Sejmu w asyście grupy uzbrojonych oficerów Wojska Polskiego. Ci w dodatku odmówili straży marszałkowskiej złożenia broni. Daszyński nie dał się jednak zastraszyć. Najpierw zignorował Piłsudskiego, który wezwał go do gabinetu, a gdy Marszałek sam się pofatygował do niego, odmówił otwarcia obrad. „Pod bagnetami, rewolwerami i szablami nie otworzę” – oświadczył stanowczo. Urażony Piłsudski wyszedł, nie podając Daszyńskiemu nawet ręki, a gdy już był za drzwiami mruknął: „To dureń”.

Lata 30. były epoką ekspansji rozmaitych form nacjonalizmu, rozwijającego się także w II RP w radykalizującym się ruchu narodowym. Nieobce były działaczom Stronnictwa Narodowego i Obozu Narodowo Radykalnego antydemokratyczne fascynacje włoskim faszyzmem i autorytarną formą państwa. Daszyński postrzegał to zjawisko z wielką obawą: „Cóż jest nacjonalizm, mówił, jak nie narkoza, która oszałamia tłumy, ukazując im większe Włochy, grając przed oczyma tłumów wojną zwycięską, sławiąc wyższość, boską niemal, narodu włoskiego nad wszelkimi innymi narodami. Rozpatrując ten szał nacjonalizmu, ze strachem patrząc na przyszłe wojny, które on wywołać może, równie okrutne i bezmyślne, jak były wojny religijne i dynastyczne, przychodzimy do skromnego przekonania, że wady parlamentu nigdy nie są gorsze od wad systemów nieparlamentarnych albo antyparlamentarnych”.

Komunizm? Rządy gwałtu!

To przywiązanie do demokracji owocowało wrogim stosunkiem wobec komunizmu, który podzielała większość członków PPS-u. „Dyktatura proletariatu jest w Rosji bolszewickiej od początku rządem gwałtu i przemocy mniejszości nad większością. Mniejszość rządząca nie wynosi nawet pół procenta ludności i utrzymuje się przy władzy przez tak okrutną i krwawą przemoc, że żadne inne cywilizowane społeczeństwo podobnie dzikiej tyranii nie zniosłoby. Robotnik rosyjski walczył przez długie lata bohatersko o wolność polityczną, otrzymał od bolszewików niewolę; walczył o poprawę bytu, otrzymał nędzę; walczył o rozwój obywatelski, otrzymał biurokrację sowiecką. Przemoc tak znikomej mniejszości musiała z natury rzeczy wziąć sobie do pomocy trzykrotnie większą liczbę pomocników obcych, często wrogich władzy sowieckiej, i nie mogła zorganizować społeczeństwa na zasadzie proletariackiej, a już zgoła socjalistycznej” – pisał. To on powinien być ikoną polskiej lewicy, której korzenie mają zdecydowanie antykomunistyczny charakter i nie ma większego fałszu aniżeli łączenie w jednym określeniu tak różnych formacji jak socjalizm i komunizm.

Mimo upływu lat i utraty sił pozostał Daszyński osobowością charyzmatyczną. Szanowali i obawiali się go nawet polityczni przeciwnicy, nikt nie mógł przecież odmówić mu zasług i szczerego patriotyzmu. Ciekawe świadectwo pozostawił o nim Stanisław Cat Mackiewicz, monarchista i konserwatysta, a zatem człowiek radykalnie odmiennych poglądów. Tak wspominał sędziwego już przywódcę PPS: „Był to już kościsty starzec, wciąż o płomiennym wejrzeniu oczu. Wyglądał na starca kapryśnego i surowo przestrzegającego dla siebie wszelkich względów. Rzadko odzywał się z trybuny, ale każde jego odezwanie się pokazywało to, co się nazywa lwi pazur. Sarkazmem, ironią w połączeniu z patosem i szlachetnym dźwiękiem głosu gniótł przeciwnika jak świecę woskową” – pisał o ówczesnym marszałku sejmu.

Któż inny, lepiej niż Daszyński, może nam uświadomić, że patriotyzm nie jest niczyją własnością, a obozem patriotycznym jesteśmy my wszyscy.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 44/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Socjalista i patriota