Václav Havel – gdyby żył, właśnie obchodziłby 90. urodziny. Artysta, dysydent, prezydent. Odszedł blisko 15 lat temu i każdego roku brakuje go jakby bardziej, bo świat zdaje się oddalać od zasad, które były dla niego istotne. A wśród unijnych polityków brakuje dziś takich, którzy odwoływaliby się do jego dziedzictwa, lub też inspirowali jego podejściem do wyzwań współczesności. Ale to nie jest problem Havla, którego nie ma już wśród nas, lecz problem świata. Bo między innymi dlatego ów świat pogrąża się w kryzysie.
Spotkanie z Havlem-prezydentem wspominam jako jedną z największych przygód w moim zawodowym życiu. To było ponad 26 lat temu. Jechałem do Pragi podekscytowany, bo już wówczas był postacią legendarną. Przez lata komuny obecny był tylko w podziemnych wydawnictwach i zachodnich rozgłośniach. Jego pozycja – jako artysty, bezkompromisowego dysydenta i więźnia czechosłowackiego reżimu – rosła, budziła podziw, uznanie i ciekawość demokratycznego świata. I oto on, antykomunista, intelektualista, dramatopisarz zostaje prezydentem wolnej już Czechosłowacji, a następnie Republiki Czeskiej. Jak można było nie być ciekawym takiej postaci?
Spotkanie z nim w Pałacu Nowym na Hradczanach pamiętam dokładnie do dziś. Rozmowa dotyczyła głównie Jana Pawła II – Havel zgodził się wystąpić w naszym telewizyjnym cyklu dokumentalnym o kluczowych tematach pontyfikatu. Choć był agnostykiem, polskiego papieża darzył wielką estymą (jak zresztą wiadomo, z wzajemnością). Podczas rozmowy przywołał słowa, które wypowiedział na lotnisku, witając papieża Wojtyłę jeszcze jako prezydent Czechosłowacji, w kwietniu 1990 roku: „Nie wiem, czy wiem, co to jest cud. Mimo to ośmielam się powiedzieć, że jestem w tej chwili uczestnikiem cudu”.
Niesamowite wrażenie zrobiło też na mnie wspomnienie ze spotkania z papieżem: „Nagle uświadomiłem sobie, że spowiadam się przed nim, choć nie mam zwyczaju chodzić do spowiedzi, nie jestem bowiem praktykującym katolikiem. Nagle, po kilku minutach odczułem taką potrzebę, bo z osoby papieża emanuje ogromne pragnienie zrozumienia drugiego człowieka”.
Świetnie też diagnozował Havel fenomen szczególnego porozumienia Jana Pawła II z młodzieżą z całego świata. Jego zdaniem było to związane z tęsknotą młodego pokolenia za powierzeniem jej jakiegoś duchowego posłannictwa, a charyzmatyczna osobowość papieża spowodowała, że ta tęsknota została jakby zaspokojona. „Wynika to także z poczucia pewnej pustki, sytuacji bez wyjścia naszej, w zasadzie ateistycznej, cywilizacji” – mówił polityk.
Niektóre intuicje to właściwie koła ratunkowe rzucane post mortem przez Havla dla nijakiej aksjologicznie Europy. Już wówczas, 26 lat temu, było dlań jasne, że europejskie procesy zjednoczeniowe należy opierać na tym, co najlepsze. I wymieniał po kolei: korzenie antyczne, a więc filozofia grecka i prawo rzymskie, dziedzictwo judaizmu i, przede wszystkim, chrześcijaństwo. Czy to, co było tak istotne dla tego polityka – cenionego przecież powszechnie w całej Europie, także przez czołowych polityków – stanowi dziś źródło inspiracji czy choćby punkt odniesienia w pracach unijnych rad, komisji i zespołów? Albo: czy dziś, w dobie kluczowych pytań o AI, kogoś porusza jego przestroga, że tylko poprzez odrodzenie wymiaru duchowego w ludzkim życiu, możliwe będzie przeciwstawienie się nadchodzącym zagrożeniom cywilizacyjnym, związanym z rozwojem techniki i technologii? Marny to świat, który nie chce słyszeć rad mogących go uzdrowić, przynieść mu nadzieję, a może wręcz ocalić.
Panie Boże, dziękuję Ci za Havla.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









