Logo Przewdonik Katolicki

Nadzwyczajni – my czy oni?

Małgorzata Bilska

Dla Brunona i Malika nie ma rzeczy niemożliwych. Nadzwyczajni to film o studni cierpliwej miłości, która zdaje się nie mieć dna.

Ich poprzednie wspólne dzieło – komediodramat Nietykalni z 2011 r. – zachwyciło miliony widzów na całym świecie. I zarobiło ponad 400 mln dolarów, stając się najbardziej kasową produkcją nieanglojęzyczną w historii. W kinach można obejrzeć film Nadzwyczajni, którego twórcami (scenariusz i reżyseria) jest francuski duet Olivier Nakache i Éric Toledano.
Sugerując się tytułem i pełnymi entuzjazmu fragmentami recenzji z zapowiedzi dystrybutora, takimi jak: „fenomenalny”, „porusza do łez”, „poruszający z głębi serca”, spodziewałam się czegoś podobnego do hitu sprzed ośmiu lat, czyli ciepłego, pełnego humoru dzieła o relacji kogoś potrzebującego opieki i opiekuna – trochę nieprzystosowanego – dzięki której obie strony doświadczają wzruszającej przemiany. Ten element pojawia się w filmie, choć w wydaniu raczej grupowym i wcale nie jest głównym wątkiem narracji.
 
Zawsze gotowy
Film ukazuje zderzenie ludzi, którzy są w całości oddani ratowaniu młodzieży z najcięższymi postaciami autyzmu, z systemem opieki. Miłość i dobro jednostki kontra zestandaryzowana, legalistyczna instytucja… W czasach postępującego procesu deinstytucjonalizacji w kulturze Zachodu to istotny temat i do tego intrygująco podany. To jeden z powodów, dla których dzieło polecam – zwłaszcza nam, katolikom.
Główne role Brunona i Malika zagrali Vincent Cassel i Reda Kateb, gwiazdy francuskiego kina, zdobywcy m.in. Cezarów. Obaj prowadzą ośrodki pomagające autystycznym dzieciom i młodzieży. Od 20 lat się przyjaźnią, wspierają i bardzo blisko ze sobą współpracują. Pierwszy jest Żydem, którego znajome próbują wyswatać, umawiając z rozsądnymi kandydatkami na „randki w ciemno”, w żydowskiej tradycji znane jako sziduch. Niestety, plan za każdym razem się sypie, bo ktoś natychmiast potrzebuje pomocy… Bruno jest dostępny 24 godziny na dobę i już to radykalnie wyróżnia go na tle państwowych instytucji (nie mam pojęcia, jak dźwiga ten bagaż emocjonalny i ogromny stres). Pomaganie to dla niego nie jest praca. To misja. Całe jego życie. Jest niczym pogotowie ratunkowe.

Bruno nie odmawia przyjęcia najbardziej beznadziejnych przypadków, z którymi nie radzą sobie szpitale, ośrodki pomocy, domy opieki i sami rodzice. Jest bezgranicznie cierpliwy, ma wielkie serce i dokonuje cudów terapeutycznych, choć nie wiadomo, czy i jakie ma „eksperckie” kwalifikacje. Nie mają go niektórzy opiekunowie, których zatrudnia. Część z nich „podsyła” mu Malik, bo jego organizacja „Przystań” szkoli ubogą młodzież, aby dać jej zawód i pomóc przystosować się do życia w społeczeństwie.
 
Nie ma rzeczy niemożliwych
Wśród bohaterów są ludzie różnych ras, wyznań i religii. Malik to muzułmanin, a najmniej w filmie widać chyba chrześcijan. Tylko tu nie ma to znaczenia… Albo na pierwszym miejscu stawia się dobro chorego, albo nie. Reszta to kwestia różnic w wychowaniu, tradycji i być może autentycznej wiary w Boga. Ale takiej, która otwiera, a nie zamyka na bliźniego. W opozycji jest tylko opieka formalna, państwowa, ta zinstytucjonalizowana, którą reprezentuje dwójka kontrolerów z ministerstwa. Od ich opinii zależy, czy ośrodek Brunona zostanie zamknięty. Bo choć nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, wiele działań jest niezgodnych z przepisami…
Bruno przyjmuje więcej osób, niż ma miejsc. Nie spełnia wymogów ustawy, jeśli chodzi i kwestie sanitarne itd. Nie odmawia w sytuacji, kiedy powinien. Nie umie przejść obojętnie obok cierpiących. I chyba jest szczęśliwy, dając przy tym nadzieję rodzinom autystycznych dzieci, które system zostawia same sobie. Czy urzędnicy potrafią to jednak zrozumieć?
Jednym z bohaterów jest Józef, pierwszy autystyczny chłopak, którym Bruno się kiedyś zajął, zabierając go na obóz w góry. Obaj wrócili z niego przemienieni, o czym wiemy z opowieści mamy Józefa. Ich relacja jest absolutnie wyjątkowa, a przygody chłopaka wnoszą do filmu dużą dawkę ciepła i humoru. Nie brakuje także sytuacji dramatycznych, choć trochę zabrakło mi jakichś wielkich emocji i nagłych zwrotów akcji.
 
Rachunek sumienia
Wbrew oczekiwaniom dzieło bardziej daje do myślenia, niż silnie działa na emocje. To dobrze. Historia pokazuje konkretny i realny problem społeczny, który dotyczy nie tylko osób z autyzmem. Podobny film można zrobić o opiece nad osobami chorymi na schizofrenię, depresję czy nad seniorami. W każdej z tych grup są przypadki trudne, skomplikowane, z którymi nie radzi sobie stechnicyzowana, oparta na procedurach i medykamentach opieka XXI wieku. Kto sprawia problemy personelowi, jest „pacyfikowany” lekami, wiązany. Zamykany tam, gdzie nie stanowi zagrożenia – dla siebie lub innych. Panuje (zgodna z prawem!) powszechna spychologia, każdy próbuje kłopotliwy przypadek zepchnąć na drugiego. Tylko czy o to chodzi w kulturze nastawionej na prawa człowieka, opartej na tradycji chrześcijańskiej z jej przesłaniem miłości konkretnego Innego?
Film porusza na wielu poziomach. Bruno i Malik są nadzwyczajni w kontekście norm. Łamią je! Twórczo podchodzą do problemu, a serca obaj mają równie ogromne. Pozostaje pytanie o nasz rachunek sumienia w sytuacji, gdy zostaliśmy obdarowani absolutnie nadzwyczajną łaską Jezusa Chrystusa. Czy umielibyśmy tak pięknie żyć, pomagając innym razem z wyznawcami innych religii? I – co może kluczowe – czy nas prawo ogranicza, czy może otwiera na indywidualne potrzeby tych, którzy są obok?
Zadziwia mnie, ile osób walczy o dzieci nienarodzone. Ale one są niewinne. Niegroźne. Nie sprawiają kłopotu… Nie niszczą mebli, nie są agresywne, nie walą głową w ścianę, nie uciekają, by pospacerować środkiem autostrady. Wymagają determinacji, lecz innego typu. Radykalizm miłości ma różne oblicza.
Nadzwyczajni to film o studni cierpliwej miłości, która zdaje się nie mieć dna.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki