Logo Przewdonik Katolicki

Sprawiedliwi z tamtej strony

Łukasz Kaźmierczak

„Utikajte, zara prijdut rizaty! Skoro!” – ledwie kilka słów wykrzyczanych w pośpiechu po desperackim biegu do utraty tchu. Te słowa ratowały na Wołyniu życie.

Ogrom i porażające okrucieństwo zbrodni wołyńskiej sprawiają, że w naturalny sposób przysłaniają one wszelkie inne aspekty tamtych tragicznych wydarzeń. Na pierwsze miejsce wybijane jest, co zrozumiałe, męczeństwo ofiar. Przywołuje się makabryczne szczegóły rzezi, podkreślając, że  dokonywali jej – z inspiracji ukraińskich nacjonalistów – najczęściej „tutejsi” i „swoi”: sąsiedzi, dobrzy znajomi, przyjaciele, a czasami także najbliżsi krewni. Prawie w ogóle nie mówi się natomiast o tych „swoich”, którzy nie chcieli brać udziału w owym krwawym, zbiorowym szaleństwie. Sprzeciwili się mu w czasach, kiedy wybór był rzeczywiście zerojedynkowy: albo jesteś z nami, albo przeciw nam.
 
Siekiery i serca
11 czerwca 1943 r., „krwawa niedziela” – apogeum rzezi wołyńskiej. Pięcioletnia Genia Modrzejewska wie, że dzieje się coś bardzo, bardzo złego. Widzi łuny pożarów okolicznych domów, słyszy przerażające krzyki i tupot nóg zbliżających się ludzi. Matka, przeczuwając nadchodzącą śmierć, każe Geni i jej siostrze schować się  do psiej budy i pod żadnym pozorem nie odzywać się. „W budzie Kruczka było ciasno i ciemno, strasznie. Nie pamiętam, jak długo byłyśmy w budzie. Pewnie ze strachu zasnęłam. Emilka też. (...) Z budy zabrały nas Ukrainki. Za przechowanie polskich dzieci w tamtym czasie groziła śmierć. Ale one się nie bały wcale. Przekazały nas do innego domu” – opisywała swoje traumatyczne przeżycia Genowefa Modrzejewska, która ocalała z masakry rzezi wołyńskiej wsi Liniów, zamieszkałej przez  dwadzieścia rodzin polskich i cztery ukraińskie, żyjących ze sobą wcześniej w dobrosąsiedzkich stosunkach.
Miesiąc później banderowcy z UPA napadają na kolonię Łuczyce, w której po wcześniejszych mordach na polskiej ludności pozostała już tylko pięcioosobowa rodzina Stefana Denysa. Polacy szukają schronienia u sąsiada Ukraińca, Semena Herasyma. „Ten schował ich w piwnicy i sam z siekierą w ręku stanął w drzwiach i powiedział, że «po moim trupie ich weźmiecie». Miał przed sobą swego brata Konstantego Herasyma, który koniecznie chciał wymordować rodzinę Denysów. Wobec takiej postawy Semena Herasyma, zbrodniarze odeszli, szukając nowych ofiar” – relacjonował Józef Turowski w książce Leona Karłowicza Ludobójcy i ludzie.
Andrzej Litwak w czasie rzezi wołyńskiej miał sześć lat. Razem z matką udało mu się uciec z podpalonego przez upowców Horyńca. „Biegliśmy przez pole i gonił nas człowiek z siekierą. Człowiek ten nas dogonił i okazało się, że był nim miejscowy prowidnyk UPA, który powiedział do matki, że gonił nas, aby obronić przed swoimi, wskazał następnie kierunek ucieczki” – cytuje słowa świadka Romuald Niedzielko w fundamentalnej dla tematu Kresowej Księdze Sprawiedliwych.
W Wierzbowcu, w powiecie krzemienieckim, pięcioosobowa rodzina Kudryków została najpierw uratowana przez Ukrainkę, która wybłagała na młodym upowcu, aby ich nie rozstrzeliwano. Kilka miesięcy później ci sami Kudrykowie dostali ostrzeżenie od miejscowego duchownego prawosławnego, że ich kryjówka została odkryta i muszą natychmiast uciekać. Tłumaczył, że został zmuszony  do poświęcenia narzędzi zbrodni dla ochotników, którzy zgłosili się, aby poderżnąć gardła „Lachom”, on jednak nie chce, by w Wierzbowcu „polała się polska krew”. Uciekinierów wzięła na wóz konny młoda Ukrainka, matka dwójki dzieci, która ryzykując życie, wywiozła ich do najbliższej stacji kolejowej, skąd bezpiecznie dotarli do Zbaraża.
 
Oblicza Sprawiedliwych
Ukraińscy nacjonaliści nie mieli żadnej litości dla „zdrajców narodu” – jak określali tych współrodaków, którzy ośmielili się ukrywać, karmić, protestować przeciwko mordom lub w jakikolwiek inny sposób pomagać prześladowanej ludności polskiej.
Sprawiedliwi, których imiona i nazwiska nie są powszechnie znane. I tacy, którzy już na zawsze pozostaną anonimowi… Serafin Horosiewicz, kapłan greckokatolicki – spalony żywcem w cerkwi wraz z czterema Polakami, których tam ukrywał. Trzypokoleniowa ukraińska rodzina Sawków, wymordowana z zimną krwią za udzielenie pomocy i schronienia polskim uciekinierom – z dziesięcioosobowej rodziny uratowało się tylko trzech rannych synów, którzy udawali zabitych. Ukrainiec Wasyl Bodnar zamordowany za to, że chwycił za sznur cerkiewnego dzwonu i zaalarmował mieszkańców wsi Czabarówka o zbliżającym się oddziale UPA. Petro Poterucha – Ukrainiec, który w czasie masakry we wsi Tajkury ukrył Polkę, a potem wywiózł ją potajemnie do Równego – upieczony przez banderowców żywcem na rożnie..
Niekiedy te podziały na „dobrych” i „złych” Ukraińców nie były wcale takie oczywiste. Jak pisze Romuald Niedzielko w Kresowej Księdze Sprawiedliwych bywały miejscowości – takie jak kolonia polska w Teresinie – gdzie jeden Ukrainiec Hryhorij Stolaruk mordował Polaków, zaś jego krewny Anastazij – ratował; „Kiryczuk był jednym z napastników, natomiast jego żona nosiła chleb Polakom ukrywającym się w lesie po rzezi”.
Z kolei członek konspiracji ZWZ–AK Jan Cichocki, który jako nauczyciel, wójt i sędzia, cieszył się powszechnym szacunkiem miejscowej ludności i miał mnóstwo ukraińskich znajomych, żył w swojej wiosce Żdżary Duże w poczuciu względnego bezpieczeństwa. Jego ukraińscy przyjaciele zapewniali, że bez ich wiedzy nic złego nie może mu się stać i jednogłośnie potępiali morderstwa i rabunki na Polakach.  A jednak 11 lipca żaden z przyjaciół nie chciał go ostrzec, choć prawie cała wieś wiedziała o planowanej rzezi. Na pół godziny przed napadem załomotał jednak do jego domu miejscowy złodziej, wielokrotnie wcześniej karany. „W ostatniej chwili przybiegł do mnie (…), płacząc jak małe dziecko, i o wszystkim mi opowiedział, co było w nocy postanowione na zebraniu i co się dookoła dzieje; prosił mnie, że o ile mi się uda z rodziną ujść żywym, bym kiedyś w życiu i o nim wspomniał, powiedział też, że był pewny, iż najbliżsi sąsiedzi i przyjaciele mnie powiadomili. (…). I tylko zawdzięczając jemu, uszedłem z rodziną żywym” – pisał Cichocki w raporcie zamieszczonym w monumentalnej książce W. i E. Siemaszko Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945.
 
Śmierć w rodzinie
Najbardziej dramatyczne historie rozgrywały się jednak w rodzinach mieszanych. Jeszcze wczoraj ojciec, matka, syn, brat, mąż, żona, a dzień później już tylko „rezuny” i „lachy”. Nie liczyły się żadne więzy krwi, zastąpione, odgórnie narzuconym,  brutalnym kryterium etnicznym, nieuwzgledniającym jakichkolwiek odstępstw i wyjątków.
Ukraińska wieś Żabcze, gmina Czarków – upowcy odrąbali głowę czeladnikowi kowalskiemu Ukraińcowi Milisiewiczowi, który odmówił zamordowania żony Polki; Czerkawszczyzna w powiecie czortkowskim – Ukrainka Ołesia Kowalczyk pobita, zbiorowo zgwałcona, uduszona i powieszona na haku za odmowę wskazania miejsca ukrycia męża Polaka – to tylko dwa przykłady z kilku setek udokumentowanych przypadków ukarania „zdrajców” ukraińskiego narodu.
Inna wstrząsająca historia rozegrała się w Perestańcu, w kolonii polsko-ukraińskiej, której mieszkańcy od pokoleń żyli ze sobą w przyjaźni. Na początku 1943 r. synowie Adama Gisa pobili na śmierć ojca za to, że przepędził banderowskich agitatorów, którzy próbowali nakłonić miejscowych do wstąpienia w szeregi UPA i mordowania Polaków. Wreszcie dwie najbardziej makabryczne historie – tylko dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach. W lipcu 1943 r. upowcy zamordowali około 250 Polaków we wsi Dominopol w powiecie włodzimierskim. Pozostała tam rodzina polsko-ukraińska, w której dwaj synowie byli członkami UPA. „Zamierzali oni zabić matkę Polkę, jednak ojciec Ukrainiec stanął w jej obronie i jednego z nich zastrzelił. Drugi syn uciekł i po jakimś czasie zastrzelił ojca, natomiast matka staruszka pozostała przy życiu, gdyż dowódca grupy banderowców nie pozwolił jej zastrzelić” – pisze Romuald Niedzielko w Kresowej Księdze Sprawiedliwych, który przywołuje także podobną historię, jaka rozegrała się we wsi Stechnikowce, w powiecie tarnopolskim. Otóż jeden z miejscowych Ukraińców parokrotnie otrzymywał listy z rozkazem zabicia żony i dwóch córek – „Polek” mieszkających pod jego dachem. Nie posłuchał ani rozkazów, ani gróźb. Naostrzył siekierę i czekał. Upowcy zaatakowali w nocy. Wyważyli drzwi i próbowali dostać się do środka. Gospodarz ciął toporem w głowę pierwszego napastnika, potem drugiego. Nikogo więcej przed domem nie było. Zapalił lampę i przy jej świetle rozpoznał leżące na podłodze ciała swojego ojca i brata…
 


Jak oblicza historyk, prof. Grzegorz Motyka, autor monografii Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943–1947, w napadach na Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej wzięło udział około 35–45 tys. Ukraińców spośród pięciomilionowej społeczności zachodnioukraińskiej.
Z kolei według danych zebranych przez Romualda Niedzielkę, Ukraińcy uratowali w czasie rzezi 2527 Polaków, za co życiem zapłaciło 384 ukraińskich Sprawiedliwych – dane te są najprawdopodobniej niepełne. Więcej szczegółów można znaleźć w Kresowej Księdze Sprawiedliwych – do bezpłatnego pobrania ze strony internetowej IPN w trzech językach: polskim, ukraińskim i angielskim.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki