Logo Przewdonik Katolicki

Państwowa Komisja Wiarygodności

Jan Pospieszalski
Fot.

Chyba wszyscy zgadzamy się z twierdzeniem, że podstawą demokracji jest możliwość przeprowadzenia uczciwych, wolnych wyborów. By było to realne, trzeba mieć pewność także tego, że liczące nasze głosy serwery Państwowej Komisji Wyborczej jak i programy, którymi liczy ona głosy są w pełni bezpieczne. W tej sprawie pojawiają się jednak znaki zapytania.

 

Chyba wszyscy zgadzamy się z twierdzeniem, że podstawą demokracji jest możliwość przeprowadzenia uczciwych, wolnych wyborów. By było to realne, trzeba mieć pewność także tego, że liczące nasze głosy serwery Państwowej Komisji Wyborczej – jak i programy, którymi liczy ona głosy – są w pełni bezpieczne. W tej sprawie pojawiają się jednak znaki zapytania.

Ogromne zaskoczenie wywołała podana oficjalnie informacja, iż w maju tego roku kierownictwo polskiej Państwowej Komisji Wyborczej wzięło udział w dwudniowym szkoleniu w Moskwie. Prowadzone ono było przez rosyjską Centralną Komisję Wyborczą. 12-osobowa delegacja z Polski spotkała się ze swoimi rosyjskimi odpowiednikami na czele z Władimirem Czurowem, który nazywany jest przez opozycję w Rosji „czarodziejem”, ponieważ tam wynik wyborów zawsze jest odpowiedni dla władz, a sposób liczenia głosów krytykuje i OBWE, i Rada Europy. Czy naprawdę ten wyjazd PKW był konieczny?

Rosyjskie serwery

12 czerwca na stronie internetowej Państwowej Komisji Wyborczej pojawiło się oświadczenie: „PKW, z uwagi na powtarzające się nieprawdziwe wypowiedzi i publikacje medialne dotyczące «rosyjskich serwerów» wykorzystywanych do obliczania wyników głosowania, kolejny raz oświadcza, że serwery są własnością Krajowego Biura Wyborczego, znajdują się na terenie kraju i pozostają pod pełną kontrolą Krajowego Biura Wyborczego. Ponadto Państwowa Komisja Wyborcza oświadcza, że serwery te wykorzystywane są jedynie pomocniczo w procedurach wyborczych, ponieważ podstawą ustalenia wyników głosowania i wyników wyborów są pisemne protokoły sporządzone przez właściwe komisje wyborcze”. Niestety, chyba nie tylko mnie nie uspokaja to oświadczenie, tak jak nie uspokaja mnie poprzednie oświadczenie PKW opublikowane 27 maja, które tłumaczy wizytę przedstawicieli Państwowej Komisji Wyborczej w Rosji.

Na początku września ubiegłego roku poseł Maks Kraczkowski przesłał do ministra spraw wewnętrznych Jacka Cichockiego sześciostronicowy dokument, dotyczący bezpieczeństwa danych przechowywanych i przetwarzanych na serwerach, z których korzystała PKW. Raport przygotowany pod kierunkiem wybitnego naukowca, członka PAN, w latach 2006–2008 eksperta służby kontrwywiadu wojskowego – prof. Jerzego Urbanowicza, zawiera informacje o niejasnościach przy wyborze firmy, która informatycznie obsługiwała wybory oraz wskazuje na fakt, iż część serwerów, z których korzystała PKW, należy do rosyjskich podmiotów. Ponadto autorzy raportu stwierdzają, że tuż przed wyborami pojawił się w PKW nowy serwer. Stawiają więc szereg pytań: Czy ktoś zweryfikował całe oprogramowanie wyborcze – przeczytał kody źródłowe krok po kroku? Co było na tym dodatkowym serwerze? Dlaczego dopuszczono do przetargu firmę rosyjskiego pochodzenia? Dlaczego wyborów nie obsługiwała polska, państwowa firma Exatel SA? Aby rozwiać całkowicie nasze domniemania i zamknąć temat, najlepiej byłoby, aby PKW dopuściła niezależnych ekspertów do obejrzenia sprzętu i oprogramowania biorącego udział w wyborach – konkludują eksperci.

Raport w cieniu śmierci

Na pytania Maksa Kraczkowskiego MSWiA zareagowało dopiero... po pięciu miesiącach. W liście do posła poinformowano, że jego pytania, jak i cały materiał przekazano do ABW. Po upływie kilku tygodni w kolejnej korespondencji, okazało się że sprawą teraz zajmie się kolegium do spraw służb specjalnych. Prócz tych zdawkowych informacji, do dziś, mimo upływu 10 miesięcy, poseł Maks Kraczkowski nie otrzymał odpowiedzi na postawione pytania. Nad całą historią ciąży dodatkowo nagła śmierć współautora raportu Jerzego Urbanowicza. Profesor dostał zawału 6 września, dwa dni po przekazaniu raportu. Urbanowicz od lat chorował na serce, jak mówią najbliżsi, były to bardzo poważne dolegliwości, ale ostatnio czuł się względnie dobrze. Wspominając profesora, Antoni Macierewicz powiedział: „Zdawał sobie sprawę, że jest bardzo wielu ludzi zainteresowanych, by jego prace nie zostały ukończone. Miał świadomość znaczenia i wagi dla państwa tego, co robi. Mimo świadomości tych niebezpieczeństw, nie ustawał w pracy”. Profesor ponadto zaangażowany był w przygotowanie międzynarodowej konferencji naukowej dotyczącej katastrofy smoleńskiej. To wszystko sprawia, że jego śmierć można zaliczyć do serii tajemniczych zgonów, jakich świadkami jesteśmy w ostatnich latach.

Wiarygodność „na metr głęboka”

Wobec powyższego, czy wystarczy lakoniczne oświadczenie, że serwery znajdują się w Polsce, są własnością PKW, a komisja ma nad nimi pełną kontrolę? Skoro sprawa jest taka prosta, dlaczego służby zwlekają z odpowiedzią, przesyłając raport prof. Urbanowicza od Annasza do Kajfasza? Czy nie słyszeliśmy ostatnio innych zapewnień i zaprzeczeń, choćby z ust ministra Budzanowskiego, który zarzekał się, że nie ma mowy o żadnym gazociągu, a następnego dnia przedstawiciele strony polskiej podpisywali w Moskwie memorandum o warunkach budowy Jamał 2? Czy nie pamiętamy jak często w sprawie śledztwa smoleńskiego przedstawiciele polskich władz i ważnych państwowych instytucji, mijali się z prawdą? Dlaczego więc teraz, za dobrą monetę mamy przyjąć uspokajające zapewnienia PKW. Oświadczenie z 27 maja o wizycie w Moskwie próbuje ukazać kontakty z przedstawicielami Centralnej Komisji Wyborczej Federacji Rosyjskiej nie jako szkolenie, lecz konferencję naukową, polegającą wyłącznie na wymianie referatów. PKW potwierdza, że to element normalnej współpracy z komisjami wyborczymi innych państw.

Normalność jak w Rosji

Kłopot w tym, że polska współpraca z Rosją rzadko była normalna, a doświadczenia po 10 kwietnia 2010 r. są wyjątkowo nienormalne. To pasmo upokorzeń. Niemożność wydostania dowodów, przede wszystkim rejestratorów lotu, niszczenie wraku, okradanie ciał ofiar, koszmar z zamianą i bezczeszczeniem zwłok, lekceważenie polskich wniosków o pomoc prawną, podmienianie zeznań kontrolerów, zignorowanie stukilkudziesięciu uwag do raportu końcowego, a potem sam raport Anodiny, to tylko część całego ciągu zachowań, które są dowodem nie tylko wyjątkowo złej woli, ale autorów tych zachowań sytuują poza jakąkolwiek cywilizowaną normą demokratycznego państwa prawa. Jeśli do tego dodamy, udowodnione przez międzynarodowych obserwatorów, nagminne w Rosji naruszenia procedur i zwykłe oszustwa wyborcze, traktowanie przedstawicieli komisji rosyjskiej jako partnerów w dziedzinie wymiany doświadczeń jest zachowaniem co najmniej irracjonalnym. Gdy zapytałem szefa Krajowego Biura Wyborczego Kazimierza Czaplickiego (uczestnika moskiewskiej konferencji), jaką wartość naukową mają kontakty z komisją, na której ciążą poważne zarzuty o fałszerstwa wyborcze, wstrzymał się od komentarza. Nawet cień podejrzeń, że czynniki rosyjskie mogą mieć wpływ na wynik wyborów w Polsce, czy to przez dostęp do danych na serwerach, czy też przez oddziaływanie na personel, w każdym normalnym kraju postawiłby służby w stan najwyższego alertu. Jeśli do tej pory nic się nie dzieje, tym większy budzi niepokój.

Polskie cuda nad urną

W ostatnich latach, zarówno podczas wyborów prezydenckich, samorządowych, jak i parlamentarnych, niezależne media ujawniały skandaliczne przypadki fałszerstw. Opisane oszustwa, np. w Jeleniej Górze, Wałbrzychu, Płocku, a nawet w Brukseli, to wierzchołek góry lodowej. Ponieważ w ostatnich wyborach zgłosiłem się do wyborów jako mąż zaufania, uczestniczyłem w szkoleniach. Stowarzyszenie Solidarni 2010, inicjując ruch „Pilnuj wyborów”, pozyskało sporą wiedzę o przypadkach nieprawidłowości i sposobach fałszowania lub podkręcania wyników. Choć te historie wyglądały różnie, miały jedną wspólną cechę. Nawet gdy sporadycznie doszło do powtórzenia głosowania, nie słyszano, by ktoś, kto dopuszczał się tych praktyk, został pociągnięty do odpowiedzialności. Przyzwolenie na bezkarność najlepiej obrazuje przypadek oszustwa, nie gdzieś na zapadłej prowincji, ale w najbardziej europejskiej stolicy, w lokalu wyborczym w polskim konsulacie w Brukseli. Tam, podczas wyborów prezydenckich 2010 r., po otwarciu urny znaleziono 96 ponadliczbowych kart do głosowania. Najpierw przewodniczący chciał zatuszować sprawę, gdy jednak to się nie powiodło, sprawę oficjalnie zgłoszono. Zapowiadano śledztwo, mieli być prokuratorzy z Warszawy. Mijają trzy lata i do tej pory nikt się nie zjawił. Nikt nie poniósł najmniejszych konsekwencji.

Wewnętrzni Moskale

Nie lekceważąc rosyjskiego zagrożenia związanego z serwerami, nie ignorując dziwnych wizyt PKW w Moskwie, uważam, że równie groźni (jak ich nazwał Jarosław Marek Rymkiewicz) są wewnętrzni Moskale. Zarówno ci, którzy uprawiają w mediach nachalną propagandę, jak i ci, co podkręcają wyniki głosowań, a także ci, którzy gwarantują bezkarność oszustom. Troska o uczciwość i przejrzystość wyborów to obowiązek zarówno polityków, liderów opinii, jak i wszystkich obywateli. Postawienie tego problemu właśnie teraz – w połowie kadencji, daje szansę na naprawę polskiej demokracji. Społeczna mobilizacja na rzecz uczciwych wyborów, ćwierć wieku po tamtych – kontraktowych z 1989 r., lepiej uczci polską drogę do wolności niż całe tony czekolady. Nie będzie to proste, bo mimo upływu lat, tych wewnętrznych Moskali ciągle u nas mnogo.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki