Logo Przewdonik Katolicki

IPN pozostawiony sam sobie

Marek Magierowski
Fot.

Kolejna próba osłabienia Instytutu Pamięci Narodowej. Ruch S.A. sprzedał budynek, który jest główną siedzibą IPN i w którym mieszczą się jego najważniejsze działy i archiwa. Czy uda się uniknąć paraliżu pracy Instytutu?

Kolejna próba osłabienia Instytutu Pamięci Narodowej. Ruch S.A. sprzedał budynek, który jest główną siedzibą IPN i w którym mieszczą się jego najważniejsze działy i archiwa. Czy uda się uniknąć paraliżu pracy Instytutu?

 

Platforma Obywatelska perfekcyjnie opanowała sztukę nie tylko zrzucania odpowiedzialności na swoich politycznych wrogów (celowo używam słowa „wróg” – PiS nie jest dla PO li tylko „przeciwnikiem”), lecz także obchodzenia problemów i załatwiania najrozmaitszych spraw bez kiwnięcia palcem. Stosuje w tym wypadku taktykę „przeczekania”, licząc na to, iż kłopot zniknie sam.

Takim kłopotem był dla Platformy od dłuższego czasu Instytut Pamięci Narodowej. Ostatnie zawirowania wokół jego siedziby wskazują, iż mamy właśnie do czynienia z klasyczną grą „na przeczekanie”.

Niegdyś politycy PO wspierali działalność tej instytucji, podkreślając jej wychowawczy i państwowotwórczy charakter. Wkrótce jednak także dla wielu liderów Platformy Instytut stał się „narzędziem walki politycznej”, a pracujący w nim historycy „propagandystami na usługach PiS”. Im częściej IPN ujawniał dokumenty uderzające w osoby z szeroko rozumianego środowiska PO, tym bardziej rosła niechęć do tej instytucji i jej szefa, Janusza Kurtyki. Osiągnęła swoje apogeum, gdy najpierw Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk, a następnie Paweł Zyzak opublikowali swoje książki o agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy. Wówczas premier Tusk zaczął wręcz grozić palcem „niesfornym” historykom, co brzmiało o tyle groteskowo, iż sam przecież skończył studia historyczne i doskonale rozumie, na czym polega praca w tym zawodzie: mianowicie na odkrywaniu prawdy. Okazało się jednak, iż o ile odkrywanie prawdy w sprawie masakry w Jedwabnem czy polskiego antysemityzmu czasu wojny jest działalnością chwalebną, to odkrywanie prawdy w sprawie „Bolka” jest czymś niedopuszczalnym, a nawet podłym.

 

Likwidacja krok po kroku

Po śmierci Janusza Kurtyki w katastrofie smoleńskiej na wszelkie sposoby próbowano „przejąć” Instytut i doprowadzić do sytuacji, w której przestałby się zajmować drażliwymi kwestiami. Nie do końca się to udało – nowy szef IPN Łukasz Kamiński nie jest już tak jednoznacznie kojarzony z PiS jak jego poprzednik, ale trudno go też nazwać nominatem PO.

Lewica z kolei od lat gorliwie walczyła w parlamencie o likwidację IPN, a gdy to się nie udawało, to przynajmniej o znaczące obniżenie jego budżetu. Podobne stawisko zajmował potem Ruch Palikota. „IPN dzisiaj to jest naprawdę niezwykle kosztowna instytucja, dosyć jednorodna pod względem ideologicznym, niepokazująca złożoności historii Polski, również niepokazująca złożoności historii po II wojnie światowej” – mówił w jednym z wywiadów Ryszard Kalisz, były minister sprawiedliwości, poseł SLD.

Platforma nie chciała pójść aż tak daleko, zdając sobie sprawę, że co najmniej przez część jej własnego elektoratu skasowanie Instytutu nie zostałoby odebrane zbyt dobrze. Można jednak stosować inne metody, mniej radykalne, ale na dłuższą metę przynoszące podobny efekt. Nie trzeba przecież urządzać spektakularnego, sejmowego głosowania w sprawie likwidacji IPN, tym bardziej że wywołałoby to kolejną bitwę z PiS, włącznie, kto wie, z ulicznymi manifestacjami. Przy okazji sprawy cyfrowej koncesji dla Telewizji Trwam prawica pokazała przecież, że jest w stanie zmobilizować nawet kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Można to zrobić inaczej. Po cichu i małymi kroczkami. Tak aby doprowadzić nie tyle do zaprzestania działalności IPN, ile raczej do drastycznego ograniczenia jego aktywności, a potem do uwiądu. Jednym ze sposobów jest rzecz jasna obcięcie budżetu. Tutaj w sukurs Platformie przychodzi kryzys gospodarczy. Dotąd kryzys, według zapewnień premiera Tuska i ministra Rostowskiego, Polski się nie imał, gdy jednak mowa o oszczędnościach w budżecie IPN, okazuje się, że grozi nam krach i wszyscy muszą zacisnąć pasa.

W styczniu br. wniosek o obniżenie budżetu Instytutu o 24 mln zł złożyła

sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka. Jako że komisja formalnie nie może przedstawiać takich postulatów samodzielnie, wsparł ją przewodniczący klubu parlamentarnego PO Rafał Grupiński – jak sam przyznał w rozmowie z dziennikiem „Polska The Times”.

Oprócz odbierania pieniędzy można też zwlekać z pewnymi decyzjami – tutaj idealnie sprawdza się taktyka „na przeczekanie”.

 

IPN bez siedziby

Niedawno Ruch S.A., spółka Skarbu Państwa, sprzedała wieżowiec przy ul. Towarowej w Warszawie, wynajmowany dotąd przez IPN. Rząd, wiedząc, że IPN-owi grozi w każdej chwili scenariusz przymusowej przeprowadzki, przez kilka ostatnich lat nie zrobił praktycznie nic, by mu zapobiec. Najprostsze byłoby odkupienie budynku przez Skarb Państwa, ale rząd nie zgodził się na taką opcję. – W przypadku nierozwiązania tej sytuacji w najbliższym czasie, realne jest niebezpieczeństwo całkowitego sparaliżowania pracy IPN po upływie [rocznego] terminu wypowiedzenia umowy najmu przez nabywcę obiektu, a co za tym idzie, uniemożliwienie Instytutowi wykonywania ustawowych obowiązków – przestrzegał kilka dni temu rzecznik IPN Andrzej Arseniuk.

Skarb Państwa nie wywiązał się zresztą z porozumienia z Ruchem, podpisanego w 2000 r. Firma miała otrzymać w zamian inną nieruchomość. Dotąd jednak do realizacji umowy nie doszło. Wcześniej zaś szef IPN-u Łukasz Kamiński żalił się w liście do premiera Tuska, iż w budżecie instytucji nie zagwarantowano kwoty na zakup nowej siedziby.

Wszystko wskazuje na to, że do końca lata przyszłego roku IPN będzie musiał się przenieść w nowe miejsce. Padły już pierwsze propozycje, ale pracownicy IPN najchętniej zostaliby w starych pomieszczeniach, w które zresztą zainwestowano w ostatnich latach kilkanaście milionów złotych. Niektórzy proponują, aby IPN wyniósł się poza Warszawę (do Łodzi lub Radomia), co jest pomysłem zupełnie kuriozalnym, zważywszy, iż przecież wraz z całą dokumentacją musieliby się przeprowadzić także pracownicy. Chyba że mieliby ochotę na codzienne, 200-kilometrowe podróże. Nie zapominajmy też, że bezpieczne przewiezienie ogromnych archiwów Instytutu będzie bardzo trudną operacją logistyczną.

Co gorsza, mniej więcej w tym samym momencie wybuchł skandal związany z osobą Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, prezesa Zarządu Głównego Związku Powstańców Warszawskich. Niedawno ostro skrytykował on tych, którzy podczas obchodów rocznicy powstania warszawskiego na Powązkach buczeli na polityków Platformy. W internecie natychmiast pojawiła się informacja, iż po wojnie Ścibor-Rylski został zarejestrowany jako tajny współpracownik bezpieki. Rzeczywiście, takie dokumenty istnieją, choć trudno w tej chwili ocenić skalę współpracy generała z komunistycznymi władzami i orzekać o jego winie. Ale sprawa Ścibora-Rylskiego po raz kolejny uruchomiła publicystyczną wrzawę wokół lustracji, co na pewno nie sprzyja IPN-owi. Przez środowiska lewicy oraz „Gazety Wyborczej” Instytut zawsze był kojarzony niemal wyłącznie z „teczkami” i brudną, polityczną grą. Można się spodziewać, że dyskusja o przeszłości Ścibora-Rylskiego znów zostanie sprowadzona do postulatu, aby ,,coś wreszcie zrobić z IPN-em”.

Aż trudno uwierzyć, że tak ważna dla państwa instytucja drży dzisiaj o swoją przyszłość, tylko dlatego, że paru polityków czuje do niej odrazę.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki