Logo Przewdonik Katolicki

Dokręcanie śruby ustawą

Jan Pospieszalski
Fot.

Tuż przed finałowym meczem Euro 2012 zaledwie kilkunastoma głosami Sejm ograniczył nasze prawo do demonstracji i protestów. Pretekst do zmiany ustawy o zgromadzeniach publicznych, jak i cały proces legislacyjny, więcej mówią o kiepskim stanie demokracji w Polsce niż ograniczenia, które wprowadza to złe prawo.

 

 

 

Te zmiany jednoznacznie określane są jako zamach na wolność i swobody obywatelskie. Przeciwko nim protestują zgodnie wszystkie środowiska, od skrajnej lewicy, przez establishmentowe fundacje, do ugrupowań niepodległościowych i patriotycznych. Skąd ten zgodny front tak różnych organizacji? Zacznijmy od początku. Pomysłodawcą zaostrzenia prawa o zgromadzeniach jest prezydent Bronisław Komorowski. Zapowiedział on tę inicjatywę 11 listopada ubiegłego roku  po burzliwych wydarzeniach w dniu Święta Niepodległości. Od kilku lat obchody tego święta, organizowane przez obywatelskie ruchy patriotyczne i narodowe, dla środowisk skrajnej lewicy spod znaku Krytyki Politycznej i „Gazety Wyborczej” stały się pretekstem do ulicznej konfrontacji. W ubiegłym roku to działacze Krytyki Politycznej pod hasłem „Faszyzm nie przejdzie”, ściągnęli do Polski zadymiarzy z Antify. Większość młodych ultralewicowców przyjechała z Niemiec, a ci jak wiadomo walkę z faszyzmem wyssali z mlekiem matki, (a może babci), więc swoją misję potraktowali serio. Zaatakowali brutalnie uczestników grup rekonstrukcyjnych biorących udział w oficjalnych, państwowych obchodach, pobili przechodnia tylko za to, że miał szalik w polskich barwach, a potem schronili się przed policją w kawiarni Krytyki Politycznej, gdzie znaleziono arsenał pałek, kastetów i innych akcesoriów stosowanych w walkach ulicznych. Popołudniowy dwudziestotysięczny Marsz Niepodległości wobec blokady kilkuset osobowej grupy lewaków, zmienił trasę pochodu, by uniknąć konfrontacji i okrężną drogą udał się pod pomnik Romana Dmowskiego. Na placu Konstytucji doszło jednak do burd ulicznych z udziałem kilkudziesięciu kibiców z cywilnymi funkcjonariuszami oddziałów prewencji policji. Zważywszy na liczbę uczestników głównego marszu, gdzie spokojnie i godnie demonstrowało 20 tys. ludzi – w tym kombatanci, intelektualiści, rodziny z małymi dziećmi – zamieszki te powinny być traktowane jako margines. Potem zresztą internauci opublikowali zdjęcia najbardziej agresywnych zadymiarzy, wśród których rozpoznano funkcjonariuszy służb. Skandaliczne zachowanie policjantów w cywilu wyglądało jednak jak celowa prowokacja. Właśnie kilka dni temu odbył się proces policjanta, który wtedy skatował spokojnego przechodnia. Wiele wątpliwości budzi też podpalenie samochodów telewizji TVN. Policja zabezpieczała teren, a mimo to sprawcy na oczach stojących oddziałów bezkarnie najpierw kilka minut huśtali samochodem, a potem wrzucili racę do środka.

 

Ekran prawdę ci powie

To, co najbardziej jednak zastanawia, to skrajnie różny obraz tych wydarzeń przekazany przez serwisy głównych telewizji z tym, co zarejestrowali internauci. Znajoma spod Warszawy, która uczestniczyła ze swoimi dziećmi w Marszu Niepodległości, gdy po powrocie do domu włączyła telewizor, nie była w stanie wytłumaczyć maluchom, że oglądają relacje z tego samego wydarzenia. W telewizyjnych doniesieniach dominowały sceny bójek ulicznych, przy kompletnej nieobecności ujęć z przebiegu głównej spokojnej manifestacji. Oczywiście można to sobie tłumaczyć zapotrzebowaniem serwisów na krwawy news, ale to, czego dokonały tego dnia redakcje informacyjne było klasycznym zabiegiem manipulacji.

Rolę dziennikarzy tego dnia dobrze ilustruje przypadek Agaty Kowalskiej,  dziennikarki TVN. Zapytana ze studia, czy są na ulicy agresywne hasła, powiedziała: „Tak, słyszę takie hasła – «Bóg, Honor, Ojczyzna»!”. Przypominam tę szczególną rolę, jaką odegrali dziennikarze telewizyjni, ponieważ kilka dni temu prezydencki minister w audycji radiowej tak uzasadniał zaostrzenie ustawy o zgromadzeniach: „Inicjatywa prezydenta zrodziła się, gdy na ekranie telewizora zobaczył to, co miliony Polaków. Zamiast radości ze Święta Niepodległości była wielka wojna” – wyjaśniał Tomasz Nałęcz. To nic, że od kilku miesięcy dostępne są w sieci ujęcia z przebiegu całego marszu, nie ma znaczenia, że o agresywnych zamiarach niemieckich bojówek, na długo przed ich przybyciem, informowały szeroko niezależne media, to nic, że udowodniono niczym nieusprawiedliwioną agresję policjantów. Dla prezydenta punktem odniesienia jest to, co zobaczył na ekranie telewizora. Fakt, że zobaczył zmanipulowany, nieprawdziwy obraz, się nie liczy. Ma być ustawa – więc jest.

 

Konsultacje w cieniu pałek

Tak jak naciągane są powody, dla których zmienia się ustawę, tak samo operetkowe były społeczne konsultacje podczas prac nad jej nowelizacją. Mimo zgłaszanych zastrzeżeń, mimo negatywnej opinii ekspertów z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, prawników Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie i wielu innych środowisk, ostateczny kształt ustawy „zawiera wiele bardzo groźnych zapisów, które drastycznie ograniczają, a w niektórych wypadkach wręcz niweczą podstawowe prawo obywateli do wyrażania swoich poglądów w ramach publicznych zgromadzeń”. W ten sposób przyjęte zmiany w prawie o zgromadzeniach ocenili sygnatariusze społecznego apelu protestacyjnego. Organizacje pozarządowe organizują teraz akcję wysyłania protestów do Senatu, Trybunału Konstytucyjnego i Kancelarii Prezydenta. Ustawę krytykują również sędziowie. „Proponowane rozwiązania w nadmierny sposób ograniczają wolność organizowania i uczestniczenia w pokojowych zgromadzeniach, gwarantowaną przez art. 57 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej” – twierdzą członkowie stowarzyszenia Iustitia.

Na razie Sejm uchylił tylko jeden prezydencki pomysł, by osoby zamaskowane nie mogły brać udziału w publicznych paradach, protestach czy wiecach. Ale prezydent obstaje przy swoim i zamierza włączyć ten zapis przy nowelizacji.

 

Władzy nie stać na demokrację  

Pozostały w ustawie inne groźne zaostrzenia, jak np. wysokie kary dla organizatorów i uczestników – grzywna może sięgnąć nawet 10 tys. zł. Zdecydowanie najważniejszym błędem nowego prawa jest przerzucenie na organizatorów odpowiedzialności za utrzymanie porządku. Organy państwa uchylają się od tych zobowiązań, delegując obowiązek na obywateli. Natomiast urzędnik wysłany na demonstrację może ją według własnego widzimisie rozwiązać. Zdaniem prof. Krystyny Pawłowicz, byłej sędzi Trybunału Stanu, posłanki PiS, „ustawa godzi w demokrację – organizator może być ukarany, jeśli nie dopilnuje zgodnego z prawem zgromadzenia. Warto się w tym miejscu zastanowić, czy to organizator jest odpowiedzialny za pilnowanie wszystkich uczestników, nawet jeśli często wśród nich pojawiają się prowokatorzy? To jest sprawa służb porządkowych i władz, które powinny zapewnić ochronę. Jeszcze raz podkreślam, że nowelizacja prawa o zgromadzeniach zawiera bardzo wiele niejasności. W przypadku dwóch demonstracji w tym samym miejscu i czasie, rozpocznie się wyścig o zalegalizowanie zgromadzenia i istnieje spore ryzyko, że wygra ta grupa, która jest bardziej «zakolegowana» z władzą”.

To, co w ustawie budzi największe kontrowersje, to oddanie urzędnikom prawa do decydowania w kwestii, czy zgłoszony wiec lub manifestacja odbędzie się, czy nie. Wobec braku jasnych kryteriów pozostaje uznaniowość, tym bardziej że dwukrotnie wydłużono czas, w którym należy informować o zgromadzeniu. Do tej pory wystarczyło zgłosić zgromadzenie z trzydniowym wyprzedzeniem, a teraz prawo nakazuje zgłaszać je z wyprzedzeniem aż sześciu dni. Jest to ewidentne ograniczenie możliwości spontanicznych zgromadzeń i doraźnego reagowania na bieżącą sytuację w kraju.

 

Społeczeństwo jako wróg 

Inicjatywy prezydenta należy oceniać w szerszym kontekście, a dla władzy nie jest on zbyt optymistyczny. Skończyły się wielkie igrzyska sportowe i trzeba stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością, a ta może się obywatelom nie podobać. Po dwóch latach aparat władzy nie jest w stanie obronić przed społeczeństwem swojej wersji przyczyn i okoliczności katastrofy smoleńskiej. Po wielokroć udowodnione kłamstwa raportu Millera – autoryzowanego przecież przez rząd i prezydenta – trzymają się tylko na propagandzie „zaprzyjaźnionych mediów”. Mimo to do szerokiej opinii publicznej przedostaje się coraz więcej dowodów, że nie była to normalna katastrofa i że nie mamy do czynienia z normalnym śledztwem.

Ponadto prognozy ekonomiczne dla Polski nie chcą uwzględniać sztuczek kreatywnego księgowego  Jana Vincenta Rostowskiego, wieszcząc nadchodzące pogorszenie sytuacji gospodarczej. Największym wysiłkiem rządu Tuska, obok walki o wizerunek, jest szukanie pieniędzy w bankach na spłaty odsetek od dynamicznie rosnącego zadłużenia, a możliwości się kurczą, więc bez dodatkowych obciążeń dla obywateli się nie obejdzie. Aparat władzy, na razie z wyjątkową arogancją, zlekceważył manifestacje związkowców, ale ci zapowiadają, że nie złożą broni. Ruch protestu, jaki ujawnił się w walce o koncesję dla Telewizji Trwam, pokazuje, że olbrzymia część społeczeństwa potrafi upominać się o swoje prawa, a decyzje Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wobec tego katolickiego nadawcy budzą już wątpliwości nawet NIK i Rzecznika Praw Obywatelskich. To tylko kilka z wielu powodów, dla których władza z taką determinacją ogranicza nasze swobody. Jeśli dodamy, iż Polska bije rekordy w ilości zakładanych podsłuchów, że do tej pory prokuratura nęka twórcę satyrycznej strony Antykomor, że lider kibiców „Staruch” według wszystkich przesłanek bezprawnie (!) przetrzymywany jest w areszcie, to głosy o „dokręcaniu śruby” są jak najbardziej uzasadnione.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki