Logo Przewdonik Katolicki

Południe widziane z Północy

Paweł Polkowski
Fot.

Pięć lat temu, 9 stycznia 2005 r., wiceprezydent Sudanu Ali Osman Mohammed Taha oraz ówczesny lider Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu (SPLA) John Garang podpisali w Nairobi porozumienie pokojowe, które kończyło wieloletnie walki zbrojne pomiędzy Północą i Południem.


 

Wedle jednego z postanowień traktatu, po sześciu latach miało zostać przeprowadzone referendum, w którym ludność Południa odpowiedziałaby na pytanie, czy chce odseparować się od Północy i utworzyć nowe, niepodległe państwo. 9 stycznia 2011 r. pierwsi mieszkańcy Sudanu dostali szansę, by oddać swój głos – nieoficjalnie 99 proc. uprawnionych do głosowania powiedziało: “Tak, chcemy się oddzielić”.Najdłuższa nowożytna wojna i miliony ofiar
Walki w południowych prowincjach Sudanu trwały z przerwami od roku 1955, rozpoczęły się więc jeszcze przed uzyskaniem przez Sudan niepodległości (co miało miejsce w 1956 r.). W latach 60. konflikt zdecydowanie się nasilił, by na początku lat 70. nastapiło zawieszenie broni. Jednakże radykalne rządy Jaafara Mohammeda Nimeiriego, przybrawszy w latach 80. formę polityki konsekwentnej islamizacji kraju, spowodowały wznowienie walk.
Rządzący po dziś dzień Omar Hassan Bashir, który przejął władzę w Sudanie po puczu w roku 1989, rozpoczął od prób negocjacji – te jednak spełzły na niczym. Koniec lat 90. i początek XXI w. okazały się czasem wielu trudnych rozmów i wejściem na tory coraz szerszego porozumienia obu stron.
W 2002 r. w rozmowach uczestniczyli Nimeiri i Garang, a na czas negocjacji chwilowo zawieszano broń. Wspomniane już podpisanie porozumienia pokojowego w 2005 r. zakończyło dziesiątki lat walk. “Kruchy” pokój wystawiony został na próbę już pół roku później, kiedy to śmigłowiec, na którego pokładzie znajdował się John Garang, rozbił się w drodze z Ugandy. Walki jednak nie zostały wznowione, a tegoroczne referendum stało się rzeczywistością. W wyniku wojny domowej zginęło ponad 2 mln ludzi, a dwa razy tyle musiało emigrować. Paradoksalnie, na Północy kraju żyje dziś ponad milion Południowców.

 

Przyczyny konfliktu
Zanim Sudan uzyskał niepodległość, stanowił on kondominium brytyjsko-egipskie. Podczas gdy Południem administrowali Brytyjczycy, Północ znajdowała się pod wpływem Egiptu. Odcisnęło to swoje piętno, które jest wyraźnie widoczne do dzisiaj. Arabska, czy raczej muzułmańska, Północ jest efektem rządów muzułmańskiego Egiptu. Prowincje Południa są z kolei miejscem zamieszkanym przez chrześcijan różnych obrządków oraz animistów – wyznawców rdzennych, afrykańskich wierzeń.
Sytuacja bardzo się zaogniła na początku lat 80. ubiegłego wieku, kiedy to ówczesny prezydent Nimeiri uznał za obowiązujace w całym kraju prawo szariatu (prawo muzułmańskie). Współwystępowanie co najmniej dwóch “wielkich” religii mogłoby wystarczyć za iskrę zapalną. Do tego jednak należy dodać, że różnice pomiędzy Północą a Południem dotyczą nie tylko kwestii religijnych, ale i etnicznych – mieszkańcy Północy są zarabizowani, ludzie Południa nie są Arabami.
Swoją rolę odegrały także złoża ropy naftowej odkryte w południowych prowincjach Sudanu w końcu lat 70. Eksploatowała je (nadal się tak dzieje) głównie arabska część kraju. Różne etnosy, różne religie, różne poziomy inwestycji w infrastrukturę, przemysł, rolnictwo i inne dziedziny gospodarki przez wiele lat stanowiły ość niezgody między obiema stronami. W jednym afrykańskim kraju istniały dwa zupełnie odmienne światy.

 

Co Północ sądzi o referendum?
Rozmowy, które miałem okazję prowadzić z mieszkańcami północnej prowincji Ash Shimaliya, miały wspólny mianownik – “Nie chcemy Sudanu w takim kształcie, jak teraz”. Niewykształceni i wykształceni Sudańczycy mówią o tym samym, chociaż na różne sposoby. Tym pierwszym Południe kojarzy się z szeroko pojętym “złem” – zarówno ze względu na wojnę, jak i na brak Islamu. Mówią, że to dobrze, iż nastąpi separacja, a wizja Sudanu całkowicie muzułmańskiego wyraźnie im się podoba.
Nieco szerzej traktują ten temat wykształceni Sudańczycy z Północy. Pracownik Uniwersytetu w jednym z północnych miast powiedział mi, że “jest pewien, iż nastąpi separacja. Tak będzie najlepiej dla wszystkich. I dla Północy, i dla Południa. Zjednoczenie nie jest warte dalszego przelewu krwi. Gratuluję Południu niepodległości”.
W jego słowach nie było nięcheci do Południa, a raczej pewna ulga spowodowana tym, że wojna wreszcie przestanie nękać jego kraj. Mój rozmówca z Chartumu, opozycjonista i człowiek “obyty w świecie”, wypowiadał się na temat referendum w jeszcze innym tonie.
Uważa, że to logiczne, iż Południowcy chcą niepodległości, gdyż “wszyscy jej chcą. Za chwilę referendum odbędzie się w Darfurze, potem autonomii zażądają Nubijczycy”. Cieszy się, że separacja staje się faktem, jednocześnie zasmucony jest tym, że Sudanem wciąż rządzą Ci sami ludzie i prowadzą kraj w złą stronę. W rozmowie ze mną zważył jednak na fakt, że Południe czeka długa i ciężka droga odbudowy.
Można więc powiedzieć, że ludzie z Północy z ulgą przyjmują secesję Południa, a tym, którym naprawdę zależy na zatrzymaniu tych prowincji w Sudanie, zależy przede wszystkim na ropie naftowej.

 

Co czeka Południe?
To pytanie, które zadają sobie teraz wszyscy. Sudan nie inwestował w przemysł i infrastrukturę Południa tyle, ile w Północ. Niepodleglość będzie więc okupiona wielkim wysiłkiem ekonomicznym. Nowe państwo musi być też gotowe na powrót nawet 1,5 mln uchodźców. Trzeba im znaleźć dach nad głową i coś do jedzenia.
Euforyczna radość z powodu uzyskania wolności szybko może zostać wyparta przez okrutną rzeczywistość. Południe nie jest jednorodne kulturowo, trzeba więc uważać, by nie nasilily się dawne konflikty międzyplemienne.
Na pewno jednak warunki dla funkcjonowania chrześcijaństwa poprawią się, gdyż nie będzie już nad jego wyznawcami “ciążyć” prawo szariatu. Chrześcijaństwo w Sudanie reprezentowane jest przez liczne kościoły, wśród których wyróżnić można Kościół rzymskokatolicki, Kościół grekokatolicki, Kościół koptyjski, melkitów czy świadków Jehowy.
Odejście od szariatu oznacza też więcej swobód obywatelskich dla mieszkańców nowego państwa ze stolicą w Juba. Da też zapewne jeszcze większe możliwości dla misji chrystianizacyjnych, do tej pory bowiem prozelityzm utrudniany był przez muzułmanskie prawa obowiązujące w Sudanie.

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki