Logo Przewdonik Katolicki

Mija rok

Jan Pospieszalski
Fot.

Mija rok, dobry rok śpiewały przed laty Czerwone Gitary. Wspominam tę piosenkę nie tylko dlatego, że pod koniec lat 70. wykonywałem ją wielokrotnie, grając z tym kultowym zespołem jako gitarzysta, ale dlatego, że wyraża ona pewną naturalną tęsknotę. Pełnemu akceptacji spojrzeniu wstecz towarzyszy satysfakcja i poczucie spełnienia. Dlatego pojawiające się w kolejnej zwrotce pytanie: co następny rok przyniesie, mimo melodii pełnej melancholii, nie jest pozbawione nadziei.

„Mija rok, dobry rok” – śpiewały przed laty Czerwone Gitary. Wspominam tę piosenkę nie tylko dlatego, że pod koniec lat 70. wykonywałem ją wielokrotnie, grając z tym kultowym zespołem jako gitarzysta, ale dlatego, że wyraża ona pewną naturalną tęsknotę. Pełnemu akceptacji spojrzeniu wstecz towarzyszy satysfakcja i poczucie spełnienia. Dlatego pojawiające się w kolejnej zwrotce pytanie: „co następny rok przyniesie”, mimo melodii pełnej melancholii, nie jest pozbawione nadziei.

 
Właśnie media odtrąbiły zakończenie polskiej prezydencji w UE jako wielki sukces. Wielość entuzjastycznych komentarzy w transmisjach telewizji publicznej wskazywałoby, że polskie przewodnictwo w UE to największe narodowe osiągnięcie. Czy tak było istotnie? Na dwa tygodnie przed końcem roku uroczystość podsumowująca prezydencję wpisana była w kalendarz kolejnych szczytów. Każdy z nich był reakcją na szalejący kryzys, każdy poświęcony był ratowaniu nie tylko strefy euro, ale sypiącego się politycznego projektu UE. O każdym z tych spotkań słyszeliśmy, że jest przełomowe i że jest szczytem ostatniej szansy. Każdy szczyt kończył się przyjęciem jakiegoś kolejnego bardzo ważnego projektu, który przypominał zaaplikowanie chwilowego środka przeciwbólowego, bez szans wyleczenia przyczyn choroby. Dynamika sytuacji międzynarodowej, skala możliwych zmian jest tak duża, że pisząc te słowa w połowie grudnia, nie wiem w jakiej Europie obudzimy się w styczniu. Premier Tusk w polskim parlamencie właśnie powiedział, że „nie spotkał nikogo w europejskich stolicach, kto miałby dzisiaj pewność w oczach, kiedy jest pytany o przyszłość UE”. Stan niepewności w Europie, przy jednoczesnym poczuciu gwałtowności i skali zmian, polityk PiS Piotr Naimski porównał do wstrząsów, jakie były tylko następstwem wojen. Gwałtowność sytuacji i napięcie czytelne jest nie tylko w wystąpieniach polityków. Mocne chwyty retoryczne z trybuny sejmowej i skłonność do przesady niekoniecznie muszą nas poruszać.
 
Ulica ma głos
Ale wystarczy spojrzeć na ulice Aten, na kurs euro, na reakcje mieszkańców kolejnych krajów południa Europy zagrożonych bankructwem, by wiedzieć, że to nie przesada. Ruch oburzonych – tłumy na ulicach europejskich stolic często wyrażają kryzys czytelniej niż agencje ratingowe i analizy politologów. W Atenach, w Moskwie i Warszawie w tych samych dniach tysiące ludzi wyszło na ulice. Każdy z tych protestów ma inne podłoże, ale każdy z nich wyraża nie tylko wyczerpującą się formułę komunikacji władz ze społeczeństwem – jest krzykiem niezgody na obecny stan i wyrazem niepewności i lęku o jutro. Ale czy jest wspólna oś tych protestów? Co łączy manifestacje w Atenach, Moskwie i Warszawie? Tłumy na placach Moskwy protestujące przeciw fałszerstwom wyborczym pokazują, że pęka ściana propagandy Putina, że budzi się w ludziach w Rosji odwaga i determinacja upomnienia się o podmiotowość. Największe od lat demonstracje w tym kraju są wyrazem tęsknoty za demokracją.
 
Moralni hazardziści
Gwałtowne zamieszki w Atenach, choć mają zupełnie inne podłoże, wyrażają podobnie jak w Moskwie kryzys zaufania. Grecy wpuszczeni w spiralę pożyczek, żyjący na kredyt udzielanych przez zachodnie banki, beztrosko korzystali ze strumienia pieniędzy, konsumując, ale też nakręcając koniunkturę w kraju, z którego płynęły pieniądze. Nie jest tajemnicą, że beztroska konsumpcja dłużników owocowała wzrostem gospodarczym i ożywieniem produkcji i eksportu najsilniejszej gospodarki europejskiej – Niemiec. Okazuje się jednak, że kiedyś trzeba zapłacić rachunki... Politycy, traktując pożyczane pieniądze jako de facto fundusz wyborczy, oszukiwali obywateli. Nie alarmując o realnym stanie finansów, ukrywali prawdę nie tylko przed partnerami w UE, ale i przed wyborcami. Dlaczego? Bo byliby zmiecieni jako posłańcy złych wiadomości. Banki i instytucje finansowe szerokim gestem dawały, korzystając przy tym, bo interes się kręcił. Natomiast ludzie (choć powinienem napisać: konsumenci) na biedniejszym południu, skoro usłyszeli, że są w jednym organizmie gospodarczym, zapragnęli żyć na tym samym poziomie co obywatele dostatniej i rozwiniętej Europy północnej. Ten moralny hazard uprawiany przez polityków, instytucje finansowe i obywateli, zbiera dziś swoje żniwo.
 
„Chcemy prawdy!”
Wielotysięczne rzesze Polaków na ulicach Warszawy najpierw 11 listopada i teraz 13 grudnia przy wszystkich różnicach, jakie dzielą protesty w Moskwie i Atenach, pokazują także ten jeden podstawy powód. Jest nim kryzys zaufania. Rozmawiałem z ludźmi na ulicach. Przyjechali z różnych dzielnic Warszawy, ale też z wielu miast. Szczególnie teraz, 13 grudnia, większość z nich mówi, że mamy w Polsce deficyt prawdy. Pamięć o ofiarach masakry grudniowej domaga się ukarania mocodawców tych zbrodni. Tylko kraj nie w pełni suwerenny może się zgadzać na tak jawną bezkarność. Ale w rozmowach demonstrantów wraca często też sprawa katastrofy. Poczucie, że oficjalne wyjaśnienie przyczyn i okoliczności śmierci prezydenta i 95 rodaków pod Smoleńskiem jest fałszerstwem, rodzi bunt i protest wobec tych, którzy z uporem lansują wersje rosyjskiego i polskiego raportu. „Chcemy prawdy!” – wołają demonstranci.
Widoczna w sprawie śledztwa postawa rządu Donalda Tuska wobec władz Federacji Rosyjskiej, jak mówią uczestnicy Marszu Niepodległości i Solidarności, rodzi obawy o ograniczenie czy wręcz utratę suwerenności naszego kraju. Manifestanci mówią też o niepokoju, jaki budzą w nich słowa ministra spraw zagranicznych w Berlinie. Dla ludzi, którzy z biało-czerwonymi sztandarami idą przez Warszawę, wezwanie Donalda Tuska o nowy ład polityczny w Europie oparty na silnym przywództwie Niemiec jest potwierdzeniem intuicji, że niepodległość nie jest już tą nadrzędną, główną wartością, jaką była w minionych stuleciach dla polskich elit. W rozmowach pojawia się też lęk wynikający z niewiedzy. „Proszę pana, my tak na prawdę czujemy się lekceważeni – mówi młoda kobieta z opaską na ramieniu w narodowych barwach. Jak to możliwe, że premier rządu gdzieś w Brukseli deklaruje w naszym imieniu wyjęcie z rezerwy budżetowej Banku Centralnego jakichś dziesięciu miliardów na ratowanie euro? Co my mamy do euro? Przecież to nasze pieniądze, a nikt nas o to nie pytał. Tu na ulicy możemy wreszcie pełnym głosem powiedzieć to, czego nie można usłyszeć w mediach”. Młodzi ludzie, studenci prawa, z żalem mówią o swoich wykształconych kolegach, którzy pracują w Londynie w pakistańskiej restauracji na zmywaku. „Nie chcemy iść ich śladem. Kolejne rządy nie zadbały o Polskę tak, byśmy tu mogli znaleźć pracę”. „Staliśmy się peryferiami Niemiec – mówi do kamery dziewczyna, jesteśmy tylko rynkiem zbytu, gdzie co najwyżej upycha się nadprodukcję, a my mamy być tylko konsumentami”. „Gdzie nasz przemysł? Gdzie są polskie banki, stocznie, huty kopalnie?” – przekrzykuje ją emeryt.
 
Pokonać kryzys... zaufania
Choć wiem, że wszystko u nas można potraktować jak kolejną odsłonę polskiego partyjnego konfliktu, to od pytań stawianych przez ludzi na ulicy nie da się uciec. Ludzie czują się oszukiwani, dlatego demonstrują. A bez zaufania strasznie trudno cokolwiek osiągnąć. Nie można pokonać kryzysu, nakłonić ludzi do zaciskania pasa i wyrzeczeń, jednocześnie eskalując ciągły konflikt.
Mija rok, dobry rok.... Na pewno nie dla wszystkich był to dobry rok, ale bez poczucia nadziei trudno patrzeć w ten co nadejdzie. A wiemy już, że przyniesie poważne zmiany. Jak z nich wyjdziemy? Czy potrafimy jako społeczeństwo – kraj, naród, wspólnota – zareagować odpowiednio do skali wyzwań, jakie niesie 2012 rok? Żeby przezwyciężyć kryzys, sprostać temu co przed nami, należy w pierwszej kolejności pokonać ten pierwotny kryzys – kryzys zaufania. Być może w świątecznym czasie wołanie o więź, o odbudowanie relacji opartych na wzajemnym szacunku będzie lepiej słyszalne. A jeśli ktoś w te święta chce znowu dzielić, to niech podzieli się.... opłatkiem. Tego z całego serca życzę czytelnikom i redakcji „Przewodnika”...
Niech to będzie dobry rok.
 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki