Redakcyjna wigilia

Przewodnik Katolicki towarzyszy swoim Czytelnikom niemal przez całą najnowszą historię Polski. Od 117 lat składa życzenia, klękając co roku wraz z polskimi katolikami przed żłóbkiem nowo narodzonego Jezusa, by w blasku betlejemskiej stajenki wyznać i potwierdzić wiarę kolejnych pokoleń Polaków.
Czyta się kilka minut

 „Przewodnik Katolicki” towarzyszy swoim Czytelnikom niemal przez całą najnowszą historię Polski. Od 117 lat składa życzenia, klękając co roku wraz z polskimi katolikami przed żłóbkiem nowo narodzonego Jezusa, by w blasku betlejemskiej stajenki wyznać i potwierdzić wiarę kolejnych pokoleń Polaków.

Także dziś, w przedświątecznym nastroju oczekiwania, pracownicy redakcji „Przewodnika Katolickiego” dzielą się z Czytelnikami swoimi świątecznymi wspomnieniami o szczególnie zapamiętanych Wigiliach, świętach przeżywanych w różnych miejscach i w różnych momentach naszego życia...

 
Marlena Winiarska, pracownik fotoskładu w „Przewodniku Katolickim”
Szczególnie utkwiło mi w pamięci wigilijne i opłatkowe spotkanie, jakie po raz pierwszy przeżyłam we wspólnocie zakładowej św. Wojciecha. Było to na przełomie lat 1987 i 1988. Wraz z innymi pracownikami redakcji „Przewodnika Katolickiego” oraz Drukarni i Księgarni św. Wojciecha zostaliśmy przyjęci przez samego abp. Jerzego Strobę, ówczesnego metropolitę poznańskiego. Dla mnie, wówczas 15-letniej uczennicy, pochodzącej z podpoznańskiej miejscowości i rozpoczynającej dopiero pracę w „Przewodniku Katolickim” i w „Świętym Wojciechu” było to ogromne przeżycie. Uderzyła mnie szczera i rodzinna atmosfera tego wigilijnego spotkania. Abp Jerzy Stroba, którego od tego czasu jako pracownik zawsze wspominam w myślach w okresie świąt, podchodził do każdego z nas i nie tylko składał nam życzenia, ale wypytywał każdego, z jakiej jest parafii, kto jest jego proboszczem, co dana osoba robi w redakcji. Bardzo utkwiło mi w pamięci to życzliwe i szczere zainteresowanie każdym z osobna.
Dużym wydarzeniem była też sama wieczerza, którą jako pracownicy spożywaliśmy wraz z księdzem arcybiskupem, czytanie Ewangelii, modlitwa, wspólne śpiewanie kolęd i pięknie nakryty stół, na którym było – zgodnie z tradycją – dwanaście potraw. Zapamiętałam zdanie śp. abp. Stroby, który powiedział wtedy, że ma to być spotkanie prawdzie rodzinne, stąd dwanaście potraw, bo przecież jesteśmy również rodziną: Świętowojciechową.
 
Agnieszka Kozłowska z redakcji „Małego Przewodnika Katolickiego”
Przeżywanym przeze mnie współcześnie świętom Bożego Narodzenia, a raczej okresowi przygotowań do nich, nazbyt często towarzyszy napięcie i stres. Czy sprostam wszystkim wymogom, jakie niosą święta i kreowany dość powszechnie ideał ich przeżywania?
Inaczej spędzałam święta w dzieciństwie i tamten czas wspominam najcieplej. Było tak za sprawą mojej babci, Teresy. Dzięki jej wysiłkowi i zdolnościom organizacyjnym Boże Narodzenie mojego dzieciństwa dawało naprawdę szansę na pełnię przeżycia tego wydarzenia wiary.
Spotykaliśmy się w domu babci, niedaleko Kołobrzegu, w małej miejscowości Kinowo. Zbierała się tam cała nasza rodzina – często na wigilii było to nawet 30 osób. Utkwiła mi bardzo w pamięci surowość, z jaką babcia przestrzegała w tym dniu postu, pilnując skrzętnie, abyśmy i my nie uchybili temu zobowiązaniu. A nie było to dla nas, dzieci, łatwe. Z jednej strony wigilijny post, a z drugiej nęcące zapachy dobiegające stopniowo w ciągu całego dnia z kuchni, gdzie przygotowywano potrawy do wieczerzy. Szczególny apetyty mieliśmy wraz z rodzeństwem na drożdżowe racuchy, które piekła babcia. Przyznam, że czasem nawet usiłowaliśmy ich spróbować, mimo zarządzonego postu.
Dziś, po latach, niezwykle doceniam zaangażowanie mojej babci Teresy w stworzenie prawdziwie świątecznej atmosfery, także tej wigilijnej, w której najważniejszy był i jest Nowonarodzony i oczekiwanie na Niego. Babcia, poprzez skierowanie naszych myśli i przeżyć na duchową treść tych świąt, poprzez wezwanie do symbolicznego postu, była strażniczką wiary i tradycji. Nauczyła nas co, a raczej Kto, w świętach jest najważniejszy. A wszystko to rozgrywało się w malutkim, nadmorskim Kinowie, pośród pokrytych grubą warstwą śniegu pól, przy trzaskającym mrozie, który sprawiał, że nie było niekiedy prądu i wieczerzę wigilijną spożywało się w blasku świec.
 
Dorota Bauta, korektorka w „Przewodniku Katolickim”
Dla mnie osobiście – a pewnie nie jestem tu wyjątkiem – jednym z tych momentów, które pozwalają „poczuć” święta Narodzenia Pańskiego jest Pasterka. Niegdyś, w okresie dzieciństwa, była dla nas nie lada wyzwaniem, a to z powodu późnej pory jej odprawiania. Gdy jednak doczekaliśmy już północy i znaleźliśmy się w pięknie przystrojonym kościele, tuż przy żłóbku, każdy z nas, dzieci, był pewien że na Pasterce po prostu nie można nie być. To było takie prawdziwe przeżycie świąt. Dziś także nie „omijam” Pasterki, a udaję się na nią w miejsce bliskie mi „od zawsze”. To sanktuarium maryjne w Wieleniu Zaobrzańskim w Wielkopolsce, położone na ziemi, z której i ja pochodzę. Do Matki Bożej Ucieczki Grzeszników przybywają przez cały rok rzesze wiernych. W wieczór wigilijny bożonarodzeniowy duch zdaje się być tu szczególnie obecny. Matka Wieleńska z Dzieciątkiem, otoczona swymi czcicielami, pięknie wykonywane kolędy, świąteczna choinka, na którą nie sposób nie zwrócić uwagi…
Gdy śliczna Panna… w wieleńskim sanktuarium naprawdę wybrzmiewa wyjątkowo.
 
Ks. Dariusz Madejczyk, redaktor naczelny „Przewodnika Katolickiego” 
Jeśli zdarzy się komuś spędzić święta Bożego Narodzenia za granicą, na ogół zapamiętuje to dobrze. Tak bardzo w Polsce święta zrosły się z naszymi obyczajami i tradycjami, że spędzone z dala od kraju zawsze rodzą pewną tęsknotę za rodzinnymi stronami i domową wigilią. Tak było też, gdy na przełomie stuleci (i tysiącleci jednocześnie) przebywałem na studiach doktoranckich we Włoszech i jednocześnie pomagałem duszpastersko w jednej z parafii. Była położona w miejscowości Passoscuro, ok. 30 km od Rzymu, nad Morzem Śródziemnym. Charakterystyczne dla tej małej miejscowości było to, że na ok. 3 tys. jej wiernych, 300–400 osób stanowili Polacy. Jednak na Boże Narodzenie większość z nich wyjeżdżała do Polski. Mimo to miejscowy proboszcz, don Mario, który z Polakami był bardzo zaprzyjaźniony, organizował Pasterkę z elementami polskimi. Sama Pasterka dla Włochów jest ważna, jednak bardziej celebrują Mszę św., odprawianą w południe w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. I choć spożywa się tam również wieczerzę wigilijną, to jednak ważniejszy jest uroczysty obiad w kręgu rodzinnym właśnie w pierwsze święto.
Wtedy, na progu trzeciego tysiąclecia, Włosi byli już w jakimś sensie oswojeni z typowo polskimi obyczajami, u nich wcześniej nieznanymi, jak dzielenie się opłatkiem, budowanie i ustawianie żłóbka, czy niektóre elementy polskiej wieczerzy wigilijnej. Stało się tak za sprawą bł. Jana Pawła II, który pokazał Kościołowi na całym świecie wiele polskich obyczajów bożonarodzeniowych. Zdarzało się nawet, że Włosi spontanicznie przejmowali coś, widzieli u swoich polskich sąsiadów.
Także my, na plebanii, wraz z włoskim proboszczem, organistą Polakiem i jego rodziną obchodziliśmy wigilię „po polsku”. Był więc m.in. polski opłatek, ryba, kapusta z grzybami. Te nasze polskie potrawy nie zawsze wszystkie przypadały do gustu Włochom. Kapusta z grzybami była chyba najtrudniejsza do zaakceptowania, zapewne jako potrawa zbyt ciężkostrawna dla Włochów, a przynajmniej dla mojego ówczesnego proboszcza.
Mimo to wszystkich wiernych łączyła przede wszystkim przeżywana tajemnica Narodzenia Pańskiego. I choć może czasem odczuwało się tęsknotę za prawdziwie polska Wigilią, to jednak świadomość, że jestem tam, na miejscu potrzebny jako kapłan, niwelowała tę nostalgię. Gdy po świętach chodziłem po kolędzie, widziałem przywiązanie polskich parafian w Passoscuro do wiary i Kościoła. Polacy chcieli tam nadal modlić się po polsku, śpiewać polskie kolędy, mieli w domu Pismo Święte. Pamiętam, że jedna z rodzin powiedziała mi, że jest to jedyna książka, jaką przywiozła ze sobą z Polski. Dla takich chwil i ludzi nie tylko warto było, ale wręcz trzeba było zostawać wtedy we Włoszech na święta.
 
s. Ines Krawczyk MChR, redaktor naczelna „Małego Przewodnika Katolickiego”
Jednym z najmocniejszych doświadczeń bożonarodzeniowych była dla mnie pierwsza Wigilia spędzona w zakonie. Było to Boże Narodzenie Anno Domini 1991. W naszym domu zakonnym w poznańskim Morasku zgromadziło się wtedy ponad 40 sióstr, od najstarszych, wówczas około 60-letnich zakonnic po nowicjuszki. Nie będę taić, że miałam mieszane uczucia i byłam bardzo przejęta. Po raz pierwszy w życiu miałam bowiem spędzić święta poza rodzinnym domem i jednocześnie po raz pierwszy miałam dzielić radość z Narodzenia Pańskiego z zakonem, z którym na drodze powołania związałam się na całe życie.
Gdy zobaczyłam piękną choinkę i żłóbek, serce ścisnęło się przez chwilę, a myśl błyskawicznie powędrowała do rodzinnego domu. Jednak głębia przeżycia świąt, jakiej miałam doświadczyć za chwilę dzięki siostrom, pozwoliła mi skupić się na adoracji Bożego Dzieciątka.
Moją uwagę wtedy, podczas tej pierwszej zakonnej Wigilii, przykuły pięknie udekorowane stoły, prześliczne stroiki, precyzyjnie wykonane ozdoby świąteczne. Szybko uświadomiłam sobie, że nie są one celem samym w sobie, ale że siostry przystroiły z takim pietyzmem stół na chwałę Pana.
W naszym zakonie wigilię rozpoczynamy nieszporami, odmawianymi w kaplicy. Po nich procesyjnie przechodzimy do refektarza, gdzie spożyta będzie wieczerza. Najpierw najstarsza siostra z naszego domu zakonnego czyta Ewangelię, później przełożona generalna składa życzenia, podchodzi z opłatkiem do wszystkich sióstr. Obdarowywanie się życzeniami niekiedy trwa nawet godzinę. Dopiero po życzeniach przystępujemy do stołu.
Dziś Wigilia i święta w zakonie to dla mnie jedno z najważniejszych przeżyć, choć, rzecz jasna, z rozrzewnieniem wspominam święta spędzane w domu rodzinnym. Zakon jednak pozwala mi na pełnię przeżycia świąt, na próbę zgłębiania tej Tajemnicy. Jest czas na wyciszenie, na medytację, ale i na świąteczną radość, na wspólne kolędowanie, krótkie i zazwyczaj żartobliwe jasełka, a nawet moment na spotkanie ze św. Mikołajem, który także odwiedza nasz dom zakonny.
 
Ks. Krzysztof Michalczak, zastępca redaktora naczelnego „Przewodnika Katolickiego”
Gdy w latach 90. spędziłem kilka lat we francuskim Angers, gdzie zostałem skierowany na studia doktoranckie, przyszło mi bardzo szybko docenić wagę świąt Bożego Narodzenia, obchodzonych w Polsce. Pomagając duszpastersko przy katedrze Angers, zazwyczaj pozostawałem tam w okresie świąt Zmartwychwstania Pańskiego, kiedy w same święta oraz w Wielkim Tygodniu było zwyczajowo więcej pracy, choćby w ramach sakramentu pojednania. Tymczasem okazywało się, że w okresie Bożego Narodzenie aż takich potrzeb nie stwierdzaliśmy. Tęsknota za domem rodzinnym i Polską, za niepowtarzalnym klimatem świąt, obecnym w naszej kulturze ojczystej, sprawiały, że na święta Bożego Narodzenia chętnie wracałem do Polski. Okupione to było jeszcze wtedy nierzadko 10-godzinnym oczekiwaniem na granicy na wjazd do Polski.
Gdy jednak spędzałem bożonarodzeniowy czas we Francji, nie wyjechawszy akurat na święta do domu rodzinnego, przychodziło mi często – poza stałymi obowiązkami kapłańskimi i duszpasterskimi – opowiadać francuskim wiernym o specyfice polskiego Bożego Narodzenia. Niemało trudu wymagało na przykład wytłumaczenie francuskim katolikom, czym jest polski opłatek. Szukałem słów w języku francuskim, w których mógłbym go nazwać – określiłem więc opłatek jako pain asime, czyli „mannę”. Francuzi byli zafascynowani opowieściami o polskich świętach. Gdy jednego roku poproszono mnie o napisanie artykułu na ten temat w lokalnym dzienniku, otrzymałem ku mojemu zaskoczeniu sporo listów z komentarzami i podziękowaniami. Pewnych naszych zwyczajów Francuzi nie mogli jednak zrozumieć. Na przykład tego, jak możemy jeść podczas wigilii karpie. Dla nich karp kojarzył się z rybą, która pływa w fosach dookoła zamków nad Loarą.
Paradoksalnie, przeżywając święta Bożego Narodzenia we Francji zrozumiałem i doceniłem wagę pracy polskiego księdza: zabieganego i często przepracowanego w okresie Adwentu i Bożego Narodzenia, poświęconego swoim obowiązkom duszpasterskim, a przy tym wszystkim skupionego na przeżywaniu tajemnicy Narodzenia Pańskiego wraz ze swymi wiernymi, w zgodzie z bogatą, polska tradycją.
 
Michał Bondyra, redaktor naczelny miesięcznika „KnC – Króluj nam Chryste”
Nie do przecenienia jest sentymentalna wartość świąt przeżywanych w dzieciństwie, która nierozłącznie splata się z głębią doświadczenia religijnego, jakie dla katolika niesie Boże Narodzenie. Ta atmosfera świąt obchodzonych w najmłodszych latach tkwi chyba przez całe życie w każdym z nas. Wspominam rolę, jaką w budowaniu tradycji i wiary odgrywał w czasie świąt mój dziadek, Ignacy. Gdy byłem chłopcem, dziadek był dla mnie ogromnym autorytetem i mentorem. Ponieważ był człowiekiem wszechstronnie wykształconym i utalentowanym muzycznie, podczas wigilii miał zwyczaj wyciągać leciwy instrument, skrzypce, na których pięknie grał kolędy. Te przejmujące chwile miały dla mnie ogromne znaczenie, a że śpiewałem wówczas w chórze Stuligrosza, to ochoczo dziadkowi w tym kolędowaniu towarzyszyłem. Do naszego tandemu dołączała się licznie zgromadzona wtedy przy stole rodzina. Dla wszystkich obecnych było to nie tylko przeżycie artystyczne, ale i wielka lekcja wiary. Czuło się w sercu, że dziadek wykonuje te kolędy pełen pasji, nie tylko z powodu tradycji, ale też z miłości do Narodzonego.
Dziś Dziadka już z nami nie ma. Odnowiliśmy jednak jego stare skrzypce i powiesiliśmy w domu, na honorowym miejscu. I choć nikt już na nich nie zagra, jestem pewien, że w Wigilię cała nasza rodzina usłyszy ponownie kolędy dziadka Ignacego.
 
 
Magdalena i Robert Woźniakowie, sekretarz redakcji i fotoreporter „Przewodnika Katolickiego”, wraz z synem Patrykiem
Tegoroczne święta Bożego Narodzenia spędzimy tradycyjnie, jak większość osób, w gronie rodzinnym, z rodzicami, rodzinami rodzeństwa i – po raz drugi – z naszym synkiem Patrykiem. Ubiegłoroczne święta były jego pierwszymi, miał wtedy zaledwie cztery miesiące i oczywiście był zupełnie nieświadomy tego, co między 24 a 26 grudnia przeżywają katolicy na całym świecie. I wprawdzie na Pasterkę z tak małym dzieckiem trudno się wybierać, to jednak już na Mszy św. w dni świąteczne Bożego Narodzenia byliśmy w kościele w pełnym rodzinnym składzie, także z czteromiesięcznym synem, który nie płakał i przez całą Mszę spokojnie spał.
Przeżywaliśmy więc radość rodzicielstwa w okresie świątecznym, kiedy Kościół w szczególny sposób przygląda się najwyższemu wzorowi rodziny, jakim jest sama Święta Rodzina. Właśnie w te pierwsze w życiu naszego syna święta, gdy odwiedzaliśmy z Patrykiem różnych naszych znajomych – księży i świeckich – wielu z nich zwracało nam uwagę, że właśnie w tym blasku świąt, przed żłóbkiem, możemy wpatrywać się w Świętą Rodzinę, by z niej czerpać przykład, a także siły dla naszego małżeństwa i rodzicielstwa. Uważamy, że takie wewnętrzne przeżycie, szczególnie w okresie Bożego Narodzenia, jest potrzebne każdej rodzinie na świecie, dziś tak bardzo zagrożonej.
 
 
 

SZOPKA
 
Jest prześliczna dziecina,
Łzami błyszczą oczęta,
Zimno członki jej ścina,
Z płaczem wznosi rączęta.
            W gniazdku spocznie ptaszyna,
            Ma się zwierz gdzie położyć,
            A ta Boska Dziecina
            Nie ma gdzie główki złożyć.
Mam ja szopkę maluchną,
A w niej żłóbek ubogi,
Ciasno tam jest, skromniuchno,
Lecz gościnne jej progi.
            O, Dziecino Ty moja,
            Nie gardź szopką tą małą,
            Wszak od dawna już Twoja,
            Weźmij sobie ją całą.
Lecz Ty wiedzieć chcesz może,
Gdzie ta szopka się kryje?
W sercu mojem, o Boże,
Co dla ciebie wciąż bije.
            A choć szczupła chateczka
            Tyle miejsca w niej będzie,
            Że i Twoja Mateczka
            Przy kolebce usiędzie.
I piosenkę tak cudną
Do snu Tobie zanuci,
Że nie będzie Ci nudno
I nie zaznasz co smuci.
            A ja przyjdę i Ciebie
            Tak serdecznie przytulę,
            I przypomnę o niebie
            I uścisnę tak czule,
Że Ci wnętrze chateczki
Może wkrótce zamienię,
Przy pomocy Mateczki,
W Twe najmilsze schronienie.
 
 
Pastorałka opublikowana w „Przewodniku Katolickim” z 1895 r., z okazji świąt Bożego Narodzenia, pierwszych, jakie świętowała redakcja nowego wówczas tygodnika (pisownia oryginalna).

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 51/2011