Logo Przewdonik Katolicki

Mój koniec świata (cz.1)

Adam Suwart
Fot.

Tak, tak, wiem, że dziś Polacy bez przeszkód latają na Dominikanę, Malediwy, podróżują do Indii, Puszczy Amazońskiej i w inne niewyobrażalnie odległe zakątki globu. Ja przejechałem tylko nieco ponad 800 km i znalazłem swój koniec świata. Okazał się bezkonkurencyjny.

 

Tak, tak, wiem, że dziś Polacy bez przeszkód latają na Dominikanę, Malediwy, podróżują do Indii, Puszczy Amazońskiej i w inne niewyobrażalnie odległe zakątki globu. Ja przejechałem „tylko” nieco ponad 800 km i znalazłem swój koniec świata. Okazał się bezkonkurencyjny.

 

 

Może to nieco zawstydzające, ale nigdy nie zapuściłem się dalej niż 10 km w głąb lądu na prawym brzegu Wisły. Byłem zaledwie na warszawskiej Pradze, po obu stronach największej z polskich rzek w Krakowie, w nadwiślańskim Kazimierzu i kilku mniejszych miejscowościach. No może jeszcze we Fromborku, do którego dotarłem przez słynny, gigantyczny, kratownicowy most na Wiśle w Tczewie. Wszystko, co na wschód od tej najbardziej polskiej z polskich rzek jawiło mi się zawsze niczym terra incognita. Nie znałem ani dużych miast za horyzontem tej granicznej dla mojej mentalności rzeki, ani podlaskich osad i przysiółków, ani kresowego ludzkiego zaśpiewu, ni zapachu tamtejszych wiejskich chat, czy choćby namiastki rozgwaru nieobecnych już sztetli, jakich w tamtych stronach nie brakło przed ostatnią wojną. Nie wdychałem tamtejszego nieomal „orientalnego” powietrza, by sprawdzić, czy jest inne niż w „zachodnim” Poznaniu, nie karmiłem wzroku widokiem bezkresu Suwalszczyzny czy górzystej miękkości tajemniczych Bieszczad. Tym większym niepokojem, ale i zaciekawieniem napawała mnie wizja podróży do najbardziej na południowy wschód wysuniętej polskiej gminy. Do Lutowisk.

 

Kojąca dłużyzna podróży

Jedzie się tam długo. Najpierw dojechałem do Krakowa. Stare połączenia kolejowe Krakowa z Ustrzykami Dolnymi są już tylko wyblakłym wspomnieniem. Teraz trzeba telefonicznie rezerwować w firmie przewozowej miejsce w busie, który z dawnej stolicy Polski zawiezie podróżnego w Bieszczady. Bilet kosztuje prawie tyle, ile przejazd pociągiem Tanich Linii Kolejowych z Poznania do Krakowa. Droga nie jest już jednak tak monotonna, jak na środkowopolskich równinach. Kilkanaście kilometrów za Tarnowem zaczyna prezentować swoją oryginalność, prężąc się coraz bardziej z każdym kolejnym przejechanym kilometrem. Bus mknie zdecydowanie, zwalniając jedynie na ostrzejszych zakrętach. Współpasażerowie gwarzą między sobą o banalnych, codziennych sprawach. Za oknem pojazdu, pomiędzy klinami leśnych uroczysk migają coraz bardziej drewniane domy, z niewielkimi ogródkami, w których krzątają się – ledwo zauważalne z perspektywy pędzącego wehikułu – przygarbione staruszki w chustkach na głowach, plewiące zbędne chwasty ze swych skromnych, przydomowych grządek.

Choć bus z Krakowa do Ustrzyk Dolnych jedzie ponad cztery godziny, to jednak droga nie nuży. Widok wsi tu, na pograniczu Małopolski z Podkarpaciem, jest inny niż w Wielkopolsce. Może gdybym jeździł tędy regularnie, na przykład do pracy, podróż ta wydawałaby mi się nieznośna. Tym razem jednak wszystko mnie ciekawi. Kłaj, Moszczenica, Dębno, Jadowniki – zastanawiam się, ile wieków minęło, od czasu kiedy ludność nadawała nazwy tym miejscom i kiedy nazwy te coś mówiły. Gdy tuż za Tarnowem widzę na tablicy nazwę miasta: „Pilzno”, przez chwilę odczuwam niepokój, że kierowca uprowadził nas niepostrzeżenie do Czech. Okazuje się, że i w Polsce jest miasto o tej nazwie.

Jasło i Krosno to już poważna sprawa. Droga zaczyna być nieposłuszna: faluje nerwowo, wspina się, garbi przewrotnie i pokazuje, że to od niej zależy, czy dojedziemy na miejsce. Sanok miga niczym efemeryda, gdyż bus zatrzymuje się tu tylko na chwilę, wypuszczając kilku pasażerów. Gdy ruszyliśmy z dolnej płyty dworca autobusowego w Krakowie było nas, pasażerów, trzydzieścioro pięcioro. Po odjeździe z Sanoka zostało już tylko siedem osób. Pojazd toczy się już wolniej, buczy nerwowo jakby zniecierpliwiony, że natrętna siódemka gapiów chce jeszcze jechać dalej. Każda kolejna miejscowość zaskakuje jeszcze bardziej. Przełom Osławy tuż przy Ujściu do Sanu, w miejscowości Zagórz, urzeka swoją malowniczością. Ruiny starego klasztoru karmelitańskiego, opuszczone gościńce, staruszek siedzący nieruchomo na drewnianej ławce przed sklepem – wszystko to przywodzi na myśl oniryczne opowiadania Brunona Schulza. A i do Drohobycza stąd już coraz bliżej. Przecież jestem na Pogórzu Bukowskim i jadę w Bieszczady.

Za Leskiem już tylko rusko brzmiące Uherce Mineralne, Ustjanowa Dolna i Górna, i wyłaniają się Ustrzyki Dolne. Przeczucie mam jednak złe. Gdy jestem na rogatkach Ustrzyk zauważam, że jest już dwadzieścia minut po czwartej popołudniu. A ostatni autobus do jeszcze dalej położonych Lutowisk odjechał kwadrans wcześniej. Bus się spóźnił.

 

Pomoc ateistów

– Jedzie pan do Lutowisk? – ktoś krzyczy, wychylając się przez otwarte okno samochodu, gasząc moją złość nadzieją. Już po chwili jestem w cudzym samochodzie. Prowadzi kobieta, która, zerkając we wsteczne lusterko, mierzy mnie dyskretnym spojrzeniem i pyta o przyczynę podróży do Lutowisk. Towarzyszy jej mężczyzna, który jechał ze mną busem i usłyszał, że dopytywałem się podczas podróży, o której będziemy w Ustrzykach Dolnych. Gdy wyraziłem niezadowolenie, że nie zdążę na autobus pekaes z Ustrzyk do Lutowisk, zapamiętał to i kiedy na dworzec przyjechała po niego pani kierowca, zaproponowali mi podwiezienie. „W Poznaniu raczej by mi się to nie przydarzyło” – myślę z wdzięcznością o moich dobrodziejach. Gdy pytają mnie, z jakiej jestem gazety, i słyszą, że z „Przewodnika Katolickiego”, odpowiadają: „To proszę napisać, że podwieźli pana ateiści z Bieszczad!”. Jak poprosili, tak czynię. Niech to będzie „zapłata” za ten kurs z Ustrzyk do Lutowisk.

„Ateiści z Bieszczad” okazują się całkiem sympatyczni. Są biologami, badają ssaki i właśnie tu, w Bieszczadach znaleźli sobie miejsce do życia – i tego prywatnego, i tego naukowo-zawodowego. Kto wie, może kiedyś i oni dostrzegą w pięknie świata stworzonego palec Boży?

Zadomowiłem się szybko w Lutowiskach i wieczorem, tuż przed długim, celebrującym tutaj samego siebie zmierzchem, udałem się do kościoła. Na sobotniej, przedwieczornej Eucharystii zgromadziło się jedenaście dusz. Moja wkroczyła jako dwunasta za sprawą zmęczonego niemal całodzienną podróżą, ale jeszcze w miarę gorliwego ciała. Uczestnicy Mszy św. podzielili się niemal w połowie na miejscowe parafianki i przyjezdnych – turystów. „Mamy więc skład niemal apostolski” – pomyślałem. Było coś niezwykłego w tej zwyczajnej, wiejskiej Mszy św. bez organisty, ze śpiewem na ustach miejscowych kobiet i bieszczadzkim wieczorem buchającym za progiem świeżością i wilgocią powietrza, które wsączało się do świątyni. To w takich miejscach przechowuje się w najtrudniejszych chwilach wiara ludu. Miałem się o tym przekonać, studiując dzieje kościoła parafialnego.

 

Kapłańskie dzieło

Świątynia rzymskokatolicka w Lutowiskach ma ponad 100 lat i jest bodaj jedynym zabytkiem neogotyckim na terenie polskich Bieszczad. Zanim zbudowano ten kościół, katolicy rzymscy z Lutowisk modlili się w urokliwej drewnianej cerkiewce na zmianę z grekokatolikami. Ponieważ jednak zaborca rosyjski antagonizował tutejszą ludność ruską wyznania greckokatolickiego z Polakami, którzy najczęściej byli katolikami, u progu XX w. ci ostatni coraz rzadziej mieli się gdzie modlić. To dlatego ks. Michał Huciński, późniejszy pierwszy proboszcz Lutowisk, zakupił w 1905 r. ziemię w tej wsi i rozpoczął starania o budowę kościoła. Nie było to łatwe. Ludność tutejsza, choć oddana tej idei, była jednak biedna i wsparła projekt ks. Hucińskiego jedynie skromnymi datkami. Kapłan rozpoczął kwesty w większych  miastach Galicji, nawet w samym Krakowie. Ale i ta zbiórka okazała się niewystarczająca. Wtedy zdesperowany ksiądz wpadł na osobliwy pomysł i napisał listy z prośbą o darowiznę na rzecz budowy kościoła w Lutowiskach do wszystkich europejskich monarchów. Doczekał się odpowiedzi tylko od króla angielskiego. W ten sposób brytyjski monarcha, głowa Kościoła anglikańskiego, Edward VII z Windsorów, wsparł budowę katolickiej świątyni dla Polaków na dalekim wschodzie ówczesnej monarchii austrowęgierskiej.

Niemal dokładnie 100 lat temu, 3 września 1911 r., ks. Huciński wyszedł na kościelny plac budowy w Lutowiskach i własnoręcznie rozpoczął kopanie fundamentów pod nowy kościół. W ciągu kilu godzin dołączyli do niego wszyscy parafianie. Dzięki temu w 1913 r. została oficjalnie erygowana parafia, a w 1923 r. bp Karol Fiszer mógł konsekrować nową świątynię.    

Ks. Michał Huciński zmarł w 1936 r. w opinii świętości. Podobno jego orędownictwu w niebie wielu modlących się przy grobie proboszcza z Lutowisk zawdzięczało odzyskanie zdrowia. Rozmyślałem o tym tuż po Mszy św., jednak refleksję tę przerwały nieświadomie wychodzące z kościoła panie.

 

Przesiedlone

– Piękny kościół macie w Lutowiskach – zagaduję całkiem szczerze. – Tak? Dziękujemy bardzo! – odpowiadają zaciekawione parafianki. Przystajemy na stopniach prowadzących do świątyni. Rozpoczyna się rozmowa. Pani Zofia jest tu od lat 60., pani Stefania mieszka już ponad 25 lat, ale pani Janina i pani Tekla są od początku, to znaczy od jesieni 1951 r. Polska, powojenna historia Lutowisk zaczyna się bowiem nie w 1944 czy 1945 r., ale pięć lat później.

Pierwotnie, po zakończeniu II wojny światowej tereny te należały do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Rad, czyli do ZSRR. Jednak na początku lat 50. Stalin wpadł na pomysł przekazania Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej 480 km 2 swojego terytorium, w zamian za co odebrał Polsce inne tereny o równoważnej powierzchni, ale za to bardziej bogate w złoża naturalne, infrastrukturę i bardziej żyzne. W ten sposób wprawdzie zyskaliśmy m.in. Ustrzyki i Lutowiska, ale straciliśmy renesansową synagogę w Bełzu, pałac Potockich w Krystynopolu czy bernardyński kościół i klasztor w Sokalu-Zaburzu. A wraz z tymi cennymi zabytkami także i wartościowe ziemie pszenno-buraczane i bogate pokłady węgla kamiennego. Przed wymianą ziem z okolic Lutowisk przesiedlono całą ludność, na ogół Rusinów i Łemków, którzy jako obywatele ZSRR zostali wysiedleni w głąb komunistycznego imperium, najczęściej w okolice Odessy. Jesienią 1951 r. do zupełnie opustoszałych Lutowisk zaczęła przyjeżdżać w asyście wojska polska ludność z okolic Krystynopola i Sokala, a wśród nich, wraz z rodzicami dwie małe wówczas dziewczynki – Tekla i Janina – z którymi właśnie rozmawiam przed kościołem.

– Nasze rodzinne domy musiałyśmy pozostawić idealnie wysprzątane – opowiadają panie. Wojsko wszystko sprawdzało. Później przymusowych przesiedleńców pakowano do wagonów kolejowych, które lokomotywa ciągnęła w tej dramatycznej podróży życia z Sokala do Ustrzyk Dolnych. Dalej, aż do Lutowisk, transport odbywał się wojskowymi ciężarówkami. Przerażonych zapewne przybyszów witały napisy „Szewczenko”. Taką bowiem nazwę od czasów sowieckich, aż do późnych lat 50., nosiły historyczne i dzisiejsze Lutowiska.

– Zastaliśmy tutaj domy kryte strzechą chałupy bez podłóg, ogrzewania i kanalizacji – opowiadają panie Tekla i Janina. Nic dziwnego, że wielu Polaków przesiedlonych z Sokala czy Krystynopola, gdzie musieli zostawić zadbane i ukochane domostwa, nie przyzwyczaiło się do nowego miejsca zamieszkania. – Zaczęło się tu ciężkie życie. Szczególnie mozolna była praca na roli – opowiada jedna z pań. Niejeden nie wiedział, jak uprawiać tutejsze pola, położone na zboczach górskich, a i klimat męczył naszych rodziców, którzy nie byli przyzwyczajeni do gór. Tak przysparzał cierpień tysiącom Polaków zgniły kompromis pojałtańskiej Europy.

– A jak dzisiaj panie czują się w Lutowiskach? – pytam. – Nie miałyśmy wyboru, polubiłyśmy to miejsce, odpowiadają seniorki tej bieszczadzkiej wsi. – Jesteśmy już przyzwyczajone. Mamy tu wszystko, co potrzebne do życia: lekarz jest na miejscu, stać nas na chleb, mamy dach nad głową, miejsce do spania. Co nam jeszcze potrzeba? – uśmiechnięte kobiety, pytając, rozkładają ręce. Młodych tylko szkoda. Nie ma tu pracy, więc powyjeżdżali. Zrobiło się pusto – przyznają zgodnie moje rozmówczynie.

Z wnętrza kościoła wychynął ksiądz. – Życzę dobrej nocy, szczęść Boże! – powiedział życzliwie i cicho zaryglował od środka drewniane drzwi neogotyckiej świątyni. Pomyślałem, że może równo sto lat temu, w podobnie oszałamiająco cichy, bieszczadzki wieczór, po tym samym, ale pustym jeszcze wtedy placu spacerował ksiądz Huciński i wyobrażał sobie świątynię, którą teraz nam, sto lat później zaczął przesłaniać mrok nadchodzącej nocy.

 

Za tydzień w „Kątach Polskich” dalszy ciąg podróży po najbardziej na południowy wschód wysuniętej polskiej gminie – Lutowiskach: eskapada na granicę polsko-ukraińską, rozmowa z ks. Bieszczadem z Bieszczad i medytacja pośród starych macew na miejscowym kirkucie.

       

       

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki