Logo Przewdonik Katolicki

Co wiemy o katastrofie smoleńskiej? Czarny kalejdoskop

Adam Suwart
Fot.

- Prawdę o Smoleńsku musi usłyszeć Polska i cały świat mówi twardo Jarosław Kaczyński. To majaczenia, niezrozumiały poziom agresji i urojony świat odpowiadają politycy PO i SLD.

 

- Prawdę o Smoleńsku musi usłyszeć Polska i cały świat – mówi twardo Jarosław Kaczyński. – To „majaczenia”, „niezrozumiały poziom agresji” i „urojony świat” – odpowiadają politycy PO i SLD.

 

10 kwietnia 2010 r. to data najczęściej przywoływana w Polsce w ostatnich tygodniach. Jednak mimo upływu niemal czterech miesięcy od tragicznej katastrofy lotniczej w Smoleńsku opinia publiczna nadal nie została poinformowana o przyczynie tragedii, a informacje na temat wydarzeń i doniesienia o przebiegu śledztwa przesuwają się niczym w kalejdoskopie. Wyjątkowo to niejasny i żałobnie czarny kalejdoskop.

 

Tragiczna wieść

W sobotę 10 kwietnia 2010 r. w godzinach przedpołudniowych większość polskich stacji radiowych i telewizyjnych przerwała swoje programy, by podać wstrząsającą wiadomość: „W drodze na obchody 70-lecia zbrodni katyńskiej, nieopodal lotniska w Smoleńsku rozbił się polski samolot TU-154M z prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej Lechem Kaczyńskim i prawie stuosobową delegacją na pokładzie”. Na bolesną ironię zakrawa fakt, że na pokładzie feralnego samolotu był właśnie prezydent Kaczyński, któremu początkowo władze Federacji Rosyjskiej odmawiały prawa przybycia na uroczystości katyńskie w charakterze głowy państwa, tłumacząc, że nie zostały rzekomo o tym fakcie dyplomatycznie uprzedzone.

Początkowo nie było wiadomo, kto dokładnie znajdował się na pokładzie rozbitego samolotu – w pierwszych godzinach po katastrofie w internecie i mediach pojawiało się kilka list pasażerów. Rzecznik polskiego MSZ poinformował nawet w swym bodaj pierwszym briefingu, że „prawdopodobnie dwie lub trzy osoby przeżyły katastrofę”, do której doszło o godzinie 8.46 (lub 8.41) czasu warszawskiego, kiedy w Moskwie była już 10.46 (względnie 10.41). Później jednak informacja o ewentualnych ocalałych nie pojawiła się w żadnych oficjalnych enuncjacjach rządowych, potwierdzono natomiast, że zginęli wszyscy - 96 osób - którzy znajdowali się w samolocie.

 

Tajemniczy film

Jednak początkowa informacja o możliwości przeżycia przez któregoś z pasażerów katastrofy przywołana została po kilku dniach, kiedy internet obiegł zagadkowy film nagrany na miejscu zdarzenia za pomocą telefonu komórkowego przez bliżej nieokreślonego Białorusina. Na filmie widać cienie nierozpoznawalnych osób, przemieszczających się pomiędzy fragmentami wraku samolotu. Słychać też słowa wypowiadane w języku rosyjskim i polskim, śmiech oraz głuche odgłosy, przypominające wystrzały. Według jednych komentatorów mogły być to samorzutne wystrzały z broni zmarłych w katastrofie oficerów Biura Ochrony Rządu, która to broń znalazła się w ogniu; inni jednak sugerowali, że należy sprawdzić, czy na miejscu nie oddano do kogoś strzałów. Te sugestie i pytania do dziś pozostają bez odpowiedzi. W toku późniejszego śledztwa wprawdzie zajęto się internetowym filmem, ale nie oceniono ostatecznie stopnia jego autentyczności.

 

Kordon borowców?

Według informacji „Naszego Dziennika” z 14 maja, jednymi z pierwszych, którzy dostali się na miejsce katastrofy, pomiędzy fragmenty samolotowego wraku, mieli być oficerowie Biura Ochrony Rządu, czekający wcześniej na lotnisku Siewiernyj na wylądowanie samolotu z prezydentem. Podobno jako pierwsi odnaleźli oni ciało prezydenta Kaczyńskiego, dzięki specjalnemu chipowi z nadajnikiem, wpiętemu w marynarkę prezydenta. Borowcy mieli rzekomo otoczyć zwłoki prezydenta kordonem i przykryć własnymi marynarkami – w ten sposób, jak utrzymywał „Nasz Dziennik”, starali się zapobiec wydaniu ciała służbom rosyjskim. Te zajścia miały być utrwalone właśnie na owym filmie zarejestrowanym przy pomocy telefonu komórkowego.

Rewelacje „Naszego Dziennika” zdementowało dowództwo Biura Ochrony Rządu. Jednak Telewizja Polska i inne media opublikowały materiały filmowe, nakręcone krótko po katastrofie, na których widać rosyjskich milicjantów wkręcających żarówki do latarni nawigacyjnych na prymitywnym i, jak się okazało, fatalnie wyposażonym lotnisku Siewiernyj. Jak donosiła pod koniec kwietnia „Rzeczpospolita”, także sam rozkład radiolatarni na lotnisku był „niestandardowy” – nie wiadomo jednak, jak duży mogło to mieć wpływ na ryzyko katastrofy. Najwięcej kontrowersji narosło chyba wokół zagadnienia zachowania pracowników wieży kontrolnej na lotnisku Siewiernyj, choć byli i tacy, którzy niezmiennie sugerowali błąd pilota. Ta teza dość wyraźnie była lansowana od początku. Nie wiadomo też, jaki wpływ na nieudane lądowanie miała zalegająca nad lotniskiem mgła i dlaczego, jeśli rzeczywiście była ona tak duża, że uniemożliwiała bezpieczne lądowanie – wieża kontrolna wyraziła na nie zgodę.

 

Smutne oględziny

10 kwietnia 2010 r. wieczorem na miejsce tragedii dotarł Jarosław Kaczyński. Polacy mogli obejrzeć w telewizji obrazy, jak prezes PiS zmierza na miejsce katastrofy, w kierunku zakrytych zwłok swego brata, które miał zidentyfikować. Nieco wcześniej na miejsce katastrofy przybyli premierzy Polski i Federacji Rosyjskiej – Donald Tusk i Władimir Putin. Ich obecność, symboliczny hołd oddany ofiarom oraz wzajemny uścisk ocenione zostały przez część mediów jako początek odwilży w stosunkach obu państw. Nie oceniono już w ten sposób późniejszego nagrania telewizyjnego, emitowanego również w internecie, w którym to nagraniu Jarosław Kaczyński podziękował „braciom Rosjanom” za wsparcie po katastrofie i solidarność w żałobie. W części mediów, a także wśród polityków zwłaszcza PO panowała opinia, że to „fałszywy gest” i „obłudna przemiana”. Polski premier natomiast z uznaniem wyraził się o postawie rosyjskich władz i służb w sprawie pomocy po katastrofie. Kulisy swego pobytu w Smoleńsku wieczorem w dniu katastrofy ujawnił też Jarosław Kaczyński w wywiadzie opublikowanym w „Gazecie Polskiej” z 14 lipca.

Według prezesa PiS jego droga na miejsce katastrofy była celowo spowalniana: „postoje i powolne tempo jazdy były wymuszone przez ścigającą nas delegację z premierem Tuskiem, który koniecznie chciał dotrzeć do Smoleńska przed nami” – wyznał w wywiadzie Jarosław Kaczyński. Przyznał też, że wprawdzie od razu zidentyfikował ciało swojego brata, ale jednak „było ono w bardzo złym stanie”.  Do kwestii tych odniósł się także poseł PiS Joachim Brudziński, który 10 kwietnia towarzyszył Jarosławowi Kaczyńskiemu w podróży na miejsce katastrofy. Według Brudzińskiego, który 13 lipca wystąpił w programie „Kropka nad i” w kanale TVN 24, premier Tusk „ściskał się z Putinem pod namiotem i w świetle kamer pokazywał swoją rozpacz i ból, a parę metrów dalej, na błocie, na zwykłej czarnej folii, zostawił ciało prezydenta Rzeczpospolitej w ruskiej trumnie”. Wypowiedź ta spotkała się z gremialną krytyką polityków Platformy Obywatelskiej, a minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski stwierdził, że ma wrażenie, że ogromne emocje nie pozwalają panu Brudzińskiemu na „wypowiadanie poglądów uczciwych, wyważonych i oddających ten dramatyzm sytuacji, której wszyscy byliśmy poddani tam na miejscu”.

Mimo sugestii Jarosława Kaczyńskiego, by ciało prezydenta przewieźć bezpośrednio do Polski, i mimo wstępnej zgody na to niektórych wysokich urzędników Federacji Rosyjskiej, nie zgodził się na to ostatecznie premier Putin, który – jak utrzymuje w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” Jarosław Kaczyński – stwierdził „że musi zorganizować pożegnanie”.

 

Sekcje i ekshumacje

Ciała 96 ofiar zostały przewiezione do Moskwy, gdzie według strony rosyjskiej przeprowadzono sekcje zwłok. Do Moskwy wyleciały rodziny zmarłych, by dokonać identyfikacji zwłok swych bliskich. W tych dniach w Moskwie przebywała też polska minister zdrowia Ewa Kopacz, która przyglądała się przebiegowi tych procedur. 16 kwietnia na Wawelu pochowano prezydenta Lecha Kaczyńskiego z małżonką. Ostateczną decyzję o pochówku w królewskim panteonie podjął gospodarz miejsca, kard. Stanisław Dziwisz. Nie obyło się bez protestów – przeciwko pochówkowi w tym miejscu zaprotestował między innymi reżyser Andrzej Wajda. W tej iście królewskiej ostatniej drodze głowie państwa towarzyszyli przedstawiciele kilkudziesięciu państw, w tym prezydenci i premierzy, wśród nich prezydent Rosji. Wielu polityków przybyło do Krakowa mimo wyłączenia części europejskiej przestrzeni powietrznej z ruchu lotniczego z powodu pyłu zalegającego po wybuchu wulkanu na Islandii. Najdalszą podróż odbył prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili, w jego też kraju ogłoszono Lecha Kaczyńskiego „bohaterem narodowym Gruzji”. W Polsce tymczasem w kilku miejscach kwestionowano zasadność upamiętniania Lecha Kaczyńskiego poprzez nadanie jego imienia ulicom czy placom. W kilku miejscowościach się to jednak udało. 

W ciągu kilkunastu dni od katastrofy, stopniowo, w kilku transportach lotniczych dostarczono do Polski zwłoki wszystkich 96 ofiar katastrofy. Jednak w trzy miesiące od pogrzebów część rodzin tragicznie zmarłych nadal nie zna przyczyn ich zgonów. Z tego powodu żona zmarłego Przemysława Gosiewskiego wystąpiła do władz o ekshumację zwłok męża i dokonanie autopsji. 

 

Tajemnice śledztw

W Polsce od 10-18 kwietnia 2010 r. trwała oficjalna żałoba narodowa wprowadzona zarządzeniem marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, który w zastępstwie zmarłego prezydenta rozpoczął zgodnie z konstytucją tymczasowe wykonywanie obowiązków prezydenta RP. Na warszawskim Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim niemal tydzień, od 10 kwietnia począwszy, aż do momentu pożegnania pary prezydenckiej z Warszawą, przetaczały się dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy Polaków pogrążonych w żałobie, pragnących oddać hołd ofiarom katastrofy. Uroczystości te przebiegły nadzwyczaj godnie i zadziwiły opinię publiczną na całym świecie. Po wawelskim pogrzebie ogłoszono termin nadzwyczajnie przyspieszonych wyborów prezydenckich i rozpoczęła się kampania wyborcza. Politycy dość solidarnie odstąpili w tym czasie od wykorzystywania sprawy smoleńskiej w przedwyborczych pojedynkach. Dopiero po wygranej Bronisława Komorowskiego w drugiej turze wyborów prezydenckich 4 lipca, Jarosław Kaczyński zapowiedział podjęcie działań zmierzających do pełnego wyjaśnienia przyczyn katastrofy tupolewa oraz wyciągnięcie konsekwencji nie tylko prawnych, ale i moralnych oraz politycznych wobec winnych tej tragedii.

Śledztwo w sprawie katastrofy trwa od 10 kwietnia. Strona polska nie zdecydowała się na wykorzystanie przepisów umowy polsko-rosyjskiej z 1993 r., umożliwiającej powołanie wspólnej komisji i wspólne prowadzenie działań śledczych. Odrębnie prowadzono natomiast śledztwa w Polsce. Katastrofę zaczęła badać m.in. Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, powołana przez polskie Ministerstwo Obrony Narodowej, która jednak nie ma władzy orzekania o winie i odpowiedzialności za katastrofę. 24 kwietnia jej przewodniczący, Edmund Klich, będący jednocześnie przedstawicielem Polski akredytowanym przy rosyjskim Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym, ostro skrytykował dotychczasowy przebieg śledztwa, zwracając uwagę m.in. na to, że śledczy chcą całą winą obarczyć pilotów maszyny. 27 kwietnia szef MON zmienił rozporządzenie regulujące działania komisji, m.in. wprowadzając przepis, że przewodniczący komisji podlega bezpośrednio Prezesowi Rady Ministrów i że decyzję w przedmiocie udzielania informacji o przebiegu i rezultatach badań prowadzonych przez komisję podejmuje premier. 28 kwietnia poinformowano, że Edmund Klich zrezygnował z przewodniczenia komisji, wkrótce jej nowym szefem został podległy premierowi minister spraw wewnętrznych i administracji Jerzy Miller. Tymczasem na wniosek posła Jerzego Polaczka zmianę rozporządzenia dokonaną przez ministra obrony narodowej zbadało Biuro Analiz Sejmowych, które stwierdziło, że wprowadzone zmiany stoją w sprzeczności z przepisami „prawa lotniczego”.  W wyniku działań śledczych strona polska jest w dużej mierze zależna od wyników śledztwa prowadzonego przez stronę rosyjską.

 

Eksploracje rumowiska

Wprawdzie 16 kwietnia Komitet Śledczy przy Prokuraturze Generalnej Rosji ogłosił, że zakończono czynności procesowe w miejscu katastrofy, jednak na początku maja, w związku z odnajdywaniem na miejscu katastrofy przez przypadkowe osoby fragmentów samolotu oraz części przedmiotów należących do ofiar, Kancelaria Premiera RP, pod naciskiem zbulwersowanej medialnymi doniesieniami na ten temat opinii publicznej, podjęła decyzję o wysłaniu na miejsce ekipy polskich archeologów i wystąpiła o zgodę na to ze strony władz rosyjskich. Zgody tej nie udzielono. Sprawę organizacji przedsięwzięcia przejęła Naczelna Prokuratura Wojskowa i wyjazd wstępnie planowano na 15 czerwca. 6 czerwca w wypadku samochodowym zginął wraz z żoną prof. Marek Dulinicz, kierownik grupy badawczej archeologów z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN. Do wyjazdu w dniu 15 czerwca nie doszło, lecz naukowcy nie zrezygnowali z planów rozpoczęcia badań.

W tym samym czasie okazało się również, że próbowano skorzystać z kart ofiar katastrofy, odnalezionych na rumowisku; mieli się tego dopuścić funkcjonariusze służb rosyjskich. Na kilku filmach emitowanych w telewizji pokazywano też, jak teren katastrofy przez wiele dni po niej przeczesywała miejscowa ludność.

 

Stenogramy i czarne skrzynki

Podobne wzburzenie i kontrowersje wywołały stenogramy nagrań z czarnych skrzynek, przekazane stronie polskiej po wielu tygodniach przez władze rosyjskie. Przez część specjalistów w Polsce zostały one ocenione jako niepełne i zawierające znaczne uchybienia formalne. Pod koniec czerwca polskie media upubliczniły cytat z zeznań por. Artura Wosztyla, pilota samolotu Jak-40, który wylądował w Smoleńsku około godziny przed katastrofą. Miał on zeznać, że tuż po godz. 8.40 czasu polskiego wieża lotniska Siewiernyj wydała załodze samolotu komendę: „Jak na wysokości 50 m nie zobaczycie pasa, odlatujcie”. Zeznanie to, sprzeczne z treścią opublikowanych stenogramów, potwierdził technik pokładowy Jaka-40, chor. Remigiusz Muś, który oświadczył, że kontrolerzy podali nieprzepisową wysokość 50 m również samolotowi Jak-40 oraz rosyjskiemu samolotowi Ił-76 z funkcjonariuszami rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa, który rankiem 10 kwietnia podjął dwie nieudane próby lądowania na lotnisku.

Rozpowszechniono także informację o istnieniu dwóch kolidujących ze sobą protokołów zeznań rosyjskiego kontrolera lotów Wiktora Ryżenki; zeznania te miały zostać złożone w tym samym czasie przed dwoma różnymi śledczymi rosyjskimi. W połowie lipca do mediów przeciekły wyrywkowe wypowiedzi uzyskane rzekomo z czarnych skrzynek, aktualnie badanych już w Polsce, z których ma wynikać, że jeden z pilotów na krótko przed katastrofą miał powiedzieć: „Jeśli nie wyląduję, to mnie zabiją”. Poseł Janusz Palikot od początku lansujący tezę, że winę za katastrofę ponosi prezydent Lech Kaczyński, który miał według Palikota naciskać na pilotów, by lądowali mimo mgły, uznał, że ta wypowiedź potwierdza jego wcześniejsze rewelacje.

 

Drugi Gibraltar?

Tymczasem Jarosław Kaczyński stwierdza dobitnie, że „zajmowanie się sprawą katastrofy jest jego moralnym obowiązkiem wobec brata, bratowej i pozostałych osób, które zginęły”. Lider PiS zapowiada też przygotowanie białej księgi na temat śledztwa i samej katastrofy, a odpowiedzialnością polityczną za katastrofę obarcza między innymi PO. Wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski z Platformy stwierdza natomiast, że „to są jakieś majaczenia. Pan Kaczyński nie umie uzasadnić, na czym polega odpowiedzialność PO. To był wypadek lotniczy”, dodając jednocześnie, że „coraz więcej podejrzeń koncentruje się wokół Lecha Kaczyńskiego”. Jednak nie da się ukryć, że w społeczeństwie narasta potrzeba rzetelnego wyjaśnienia tej coraz bardziej niejasnej sprawy.

Powstały po katastrofie „Ruch 10 kwietnia” domaga się powołania międzynarodowej i niezależnej komisji technicznej do zbadania przyczyn katastrofy. Czy ten chaotyczny kalejdoskop faktów, interpretacji i półprawd się zatrzyma i czy uda się te przyczyny zbadać i ustalić rzeczywisty przebieg zdarzeń, które 10 kwietnia wstrząsnęły Polską i całym światem, czy raczej katastrofa ta przez lata pozostanie niewyjaśnioną tajemnicą, na wzór tej, która otacza sprawę słynnej katastrofy gibraltarskiej, w której zginął gen. Władysław Sikorski, pokażą najbliższe miesiące i lata.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki