Logo Przewdonik Katolicki

Okno znaczy życie

Iwona Pawlak
Fot.

Kiedy dzwoni do mnie życie, słyszę szybsze bicie swojego serca i modlę się - Boże nie, proszę nie. Potem sprawdzam okno i jestem spokojniejsza. To znowu pomyłka.

Kiedy dzwoni do mnie „życie”, słyszę szybsze bicie swojego serca i modlę się -  Boże nie, proszę nie. Potem sprawdzam „okno” i  jestem spokojniejsza. To znowu pomyłka.

 

20 grudnia 2008. Kilka minut po dwudziestej, ktoś otwiera „okno” na ul. Hożej 53 w Warszawie. Dwie siostry, które mają przy sobie pagery, po usłyszeniu sygnału natychmiast biegną do pokoju. Same w to nie wierzą, minęły dopiero dwa tygodnie od otworzenia „okna życia”, to za wcześnie, to nie może być prawda, nie przed świętami. A jednak. W kołysce, na niebieskiej kołderce z Kubusiem Puchatkiem, leży kilkudniowy chłopczyk. Obok niego torebka papierowa z napisaną ołówkiem datą: 15.12.2008 i kilka ubranek. Siostry pogrążone w modlitwie czekają na karetkę. Zanim chłopczyk zostanie im zabrany, zdążą nadać mu imię – Zygmunt, bo przecież dziecko nie może być tylko numerkiem. Sąd podtrzyma to imię, zmienią je dopiero rodzice. Na jakie? Nie wiadomo.

Siostra przełożona Wanda Kmiecik, krętym korytarzem prowadzi mnie do pokoju gościnnego. Po lewej stronie dumnie pręży się stary kredens z białą, bardzo skromną zastawą. Gdzieś w kącie stoją sztuczne kwiaty w wazonie, wszędzie leży mnóstwo serwetek, na ścianach krzyże i święte obrazki. Przełożona franciszkanek ma takie duże niebieskie oczy, które patrzą na świat z ufnością, optymizmem i taką niespotykaną serdecznością. Na początku myślałyśmy, że będzie to tylko symbol – rozpoczyna, uśmiechając się  jakby przepraszająco.

 

Wyjść życiu naprzeciw

- Kiedy pojawia się dziecko, wspólnie się za nie modlimy. To taka chwila refleksji, zadumy, właśnie ktoś powierzył nam życie. Sprawdzamy czy niemowlę ma sucho, właściwie to nie możemy zrobić nic więcej, bo nigdy nie ma pewności, czy nie jest przypadkiem na coś chore. Od nas dziecko trafia do szpitala, gdzie przechodzi rutynowe badania. Później do Domu Małego Dziecka, w tym czasie toczy się jego sprawa w sądzie - niemowlakowi trzeba nadać tożsamość. Później trafia do rodziny adopcyjnej. Z tych ośmiorga dzieci, które do nas trafiły, siedmioro ma już normalną rodzinę.  Zresztą wszystkie były zadbane, zdrowe, ładne i prawidłowo rozwinięte. Pięciu chłopców i trzy dziewczynki - Zygmunt, Marysia, Ewa, Józef, Paulina… - wylicza. - Dzięki „oknu życia” dzieci zyskują to, co powinny mieć - prawo do życia, miłości. Można powiedzieć, że wychodzimy życiu naprzeciw. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że matka zostawiła dziecko, bo nie miała innego wyjścia. Często takie zachowanie łączy się z dramatami, które nawet trudno sobie wyobrazić. „Okno” daje jej nadzieję, że ktoś czuwa, by zaopiekować się jej dzieckiem. I już nie można powiedzieć, że ona je porzuca, tylko powierza. I tak chwała jej za to, że zdecydowała się je urodzić. Zresztą chociaż nasze „okno” działa dopiero od 6 grudnia 2008 r., to sama tradycja jest znacznie starsza. W Polsce pierwsze z „okien życia” pojawiło się w Krakowie w 2006 r.,  rok po śmierci Jana Pawła II. Ale już w XV, XVI w. były tworzone specjalne miejsca przy klasztorach, gdzie kobiety mogły zostawiać swoje dzieci.

 

Urodzeni na nowo

Czasami ludzie otwierają „okno” z czystej ciekawości, żeby zobaczyć, jaka będzie reakcja. Kiedy widzą siostry, od razu robi im się głupio. Przepraszają. „Okno” pełni też funkcję edukacyjną, przechodnie zatrzymują się przed nim w zadumie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że to trochę tak jakby przechodzić koło kaplicy. Nasze społeczeństwo dojrzało, wie, co to jest życie i ile ono znaczy.

Dziecko jest u nas bardzo krótko, zazwyczaj tylko kilka minut. Nasza rola polega głównie na czuwaniu. Żaden sygnał nie jest lekceważony. Ciężko powiedzieć, co się czuje, otwierając „okno”. To taka trochę mieszanka radości i smutku. Jesteśmy szczęśliwe, bo zostało uratowane czyjeś życie, a przy tym jest nam przykro, że matka musiała pożegnać się ze swoim dzieckiem.

Oczywiście, są też głosy krytyczne. Przede wszystkim dzieci powinny wychowywać się w rodzinach. To co dla nas jest zaletą, a dla innych wadą, to zupełna anonimowość matki. Zupełnie inaczej, niż jak matka zostawia dziecko w szpitalu. Tam ma szansę później, po latach odnaleźć swoje maleństwo. Tutaj rozstaje się z nim na zawsze. Sąd nadaje mu nową tożsamość, imiona i nazwisko dają mu później rodzice adopcyjni, nie ma żadnych podstaw do uznania, że dana kobieta jest matką. W „oknie życia” dziecko jest odcinane od wszystkich swoich korzeni. Można powiedzieć, że w momencie położenia go w tej kołysce, rodzi się na nowo.

 

Na Kłopotowskiego

„Okno życia” przy klasztorze Sióstr Loretanek, wcale do „okien” nie jest podobne. Wygląda raczej jak  szklana szuflada albo szafka, w której można powierzyć jakiś cenny depozyt. Sztabkę złota, obligację albo ludzkie życie. I w każdej chwili można też tę szafeczkę otworzyć i coś z niej wyjąć: a to kocyk, poduszeczkę, czasem nawet i kołyskę. I chociaż miejsce otoczone jest dookoła witrynami sklepowymi, to zdarzały się kradzieże, drobne dewastacje. Na Pradze życia nie szanuje się tak jak w Centrum.

- Otworzyć „okno” wcale nie było tak prosto – mówi s. Luiza. Mówiąc szczerze, byłyśmy już w pewnym momencie bliskie odstąpienia od tego pomysłu. Brakowało miejsca, funduszy. Prócz Caritasu pomogło nam młode małżeństwo, które przeznaczyło na „okno” pieniądze z wesela. Na początku zastanawiałam się, czy to nie jest przez to, że nie mogli mieć własnych dzieci. Ale nie, to coś innego, bo po roku doczekali się własnego potomka.

Natomiast nam, nikt nie powierzył jeszcze żadnego dzieciątka. Istniejemy, dajemy szansę i to jest najważniejsze. Na początku byłyśmy bardzo podekscytowane, chętne do czuwania. Właściwie to każda z sióstr chciała mieć dyżur. Teraz, po roku, kiedy wszystkie te alarmy były fałszywe, emocje już trochę opadły. Ale mówiąc o „oknie”, chcę, żeby było potrzebne. Dla samej potrzeby istnienia. Bardziej niż to, że matka zostawi dziecko w „oknie”, przejmowałabym się, gdyby zostało porzucone gdzieś w śmietniku i to w naszej najbliższej okolicy. Dopiero to byłaby tragedia, której ja nie mogłabym sobie wybaczyć.  Ale nie tęsknie za tym, żeby w naszym „oknie” pojawiło się w końcu jakieś dziecko. Jesteśmy poniekąd symbolem i tak może pozostać.

 

„Kacperku przepraszam. Kocham Cię, mama”

Dlaczego ja zostałam opiekunką „okna”? Chyba dlatego, że z racji swojej funkcji najczęściej przebywam w klasztorze. Na początku się bałam, przerażała mnie ta świadomość ogromnej odpowiedzialności. Ale służba życiu dodaje odwagi. Niemalże każdego dnia kładę się spać z myślą o „oknie życia”. Zastanawiam się, jaka ta noc będzie i modlę się do Anioła Stróża - za nas, żebyśmy mogły pomóc, gdy zajdzie taka potrzeba. Nieomal za każdym razem, gdy patrzę na telefon i widzę, że dzwoni do mnie „okno”, modlę się: „Boże nie, proszę, nie”. Sygnały mogą być o północy, o trzeciej. Pierwszą reakcją jest zawsze panika. Od czego powinnam zacząć, jakie kroki podjąć, kiedy znajdę tam dziecko? I chociaż słyszę szybsze bicie swojego serca, powoli wraca do mnie trzeźwość umysłu. Wchodzę do pokoju, by już zupełnie spokojna przekonać się, że znowu to tylko pomyłka.

Zresztą „okno życia” to nasza stała intencja. Modlimy się za dziecko, za matkę, dla której przecież to była bardzo trudna decyzja. My wierzymy w jej miłość. To okoliczności nie pozwoliły zachować jej dziecka. W Krakowie matka zostawiła przy dziecku kartkę – „Kacperku przepraszam. Kocham Cię mama”. Prawdą jest, że dziecko, które zostało porzucone w „oknie życia”, zyskuje nową tożsamość. Ale chociaż rodzi się na nowo, to ze skazą. Ono zawsze będzie czuło, że coś jest nie tak, że czegoś mu brakuje. Ja to nazywam skazą sierocą. Nic jednak nie zastąpi prawdziwej rodziny.

 

Mama w habicie

Pomaganie dzieciom pomaga przetrwać tęsknotę, sprawia, że wchodzi się o jeden poziom wyżej. Na duchowy poziom macierzyństwa, znacznie szerszy, bo nie ograniczony do jednej rodziny. I tak zamiast pięciorga dzieci, mam ich dwieście. Ale zrozumieć to może tylko ten, kto ma powołanie. Idąc do zakonu, każda z nas miała świadomość, że nigdy nie zostanie biologiczną matką. Miałam siedem lat na zastanowienie. Najpierw dwa lata nowicjatu, później pięć lat składania ślubów. Rok w rok. Mogłam, któregoś roku nic nie obiecywać, wtedy byłabym wolna. Ale nie chciałam. I to też jest piękne.

Siostra Luiza głośno się śmieje. Na nosie nosi żółte lenonki, siadając poprawia co chwilę habit. Swoimi ruchami trochę przypomina dobrze wychowaną panienkę z dobrego domu. Jest ciepła, serdeczna, że człowiek w jednej chwili zapomina o problemach. Jest taka, jaka powinna być mama.

- Oczywiście chciałabym, żeby dzieci dłużej z nami zostawały. Chociaż wiem, że to nie jest możliwe. Ale nawet i w tak krótkim czasie rodzi się jakaś intymna więź. Dzieci trzeba nazwać, pobłogosławić. Poza tym już zawsze będziemy duchowo im towarzyszyć.  Nie mamy możliwości, żeby być naturalnymi matkami, ale i tak podchodzimy do nich z wielką miłością. W szpitalu byłyśmy na specjalnym kursie, jak zajmować się takim maluszkiem, tak żeby nie bać się go dotykać. Położna powiedziała,  że robimy to tak jakbyśmy robiły to od zawsze. Uśmiecha się. A ja myślę, że po prostu jest coś takiego w kobiecie, co podpowiada jej jak postępować, nawet jeżeli nie ma własnych dzieci. To chyba instynkt macierzyński.

W Polsce funkcjonuje obecnie 37 „okien życia”. Uratowano 29 niemowląt.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki