Logo Przewdonik Katolicki

Skuteczność spowiedzi, czyli o nadziei pokładanej w Bogu

o. Piotr Jordan Śliwiński OFMCap
Fot.

Przyzwyczailiśmy się do kupowania najlepszych towarów, które spełnią nasze konkretne oczekiwania. Idąc do spowiedzi, wymagania trzeba stawiać sobie, a Boga prosić o łaskę.

 

 

Co pewien czas w programach telewizyjnych rozgrywają się prawdzie wojny światowe pomiędzy pastami do zębów, proszkami do prania czy środkami likwidującymi kamień w różnych urządzeniach domowych wykorzystujących wodę. Pomysł reklamy to zwykle opowiadanie o nieskutecznych wysiłkach przy pomocy wszelkich innych środków. Aż wreszcie został znaleziony – nierzadko podpowiedziany przez specjalistę – ten jedyny skuteczny, najlepszy, którego użycie pozwoli zniwelować wszelkie problemy związane z kamieniem, osadem na zębach czy plamami na odzieży. Wszystkie inne środki należy zatem odrzucić, aby zostać przy tym jednym, jedynie skutecznym.

 

Byle skutecznie!

Ten schemat wysiłków w poszukiwaniu skuteczności, wsparty radą specjalisty, bywa przenoszony także do życia duchowego. Pojawiają się pytania o skuteczny sposób czytania Pisma Świętego, modlitwy – ileż to już spotkałem wydrukowanych modlitw z przypisem typu: „skuteczna nowenna do św. NN”, czy w końcu wezwanie do nauczenia skutecznego sposobu korzystania z sakramentu pokuty i pojednania.

Pragnienie skutecznego, czy też jak to się ładnie mówi – owocnego, przystępowania do tego sakramentu jest zrozumiałe i najczęściej wyraża wolę życia ciągle bardziej według Ewangelii. Jednak odpowiedź nigdy nie będzie z kategorii wskazania jednego cudownego sposobu. Nie zapominajmy również, że w sakramencie pokuty i pojednania zawsze działa Bóg, bez względu na nasze odczuwanie. Pamiętajmy również, że życie duchowe jest wyznaczane przede wszystkim przez dar łaski, który jest wolnym darem Boga.

Każdy z nas inaczej realizuje swoje powołanie do świętości, przechodzi tę swoją jedyną, niepowtarzalną drogą, żyje inną dynamiką życia duchowego. Ta dynamika nie tylko odróżnia osoby, ale także poszczególne okresy życia tego samego człowieka. Inaczej wszak rozwija się duchowo dziecko, inaczej młodzieniec, inaczej ktoś dojrzały i w końcu jeszcze inaczej starzec.

Słuchając rad dotyczących dobrej spowiedzi, ważne jest przyjęcie ogólnych zasad, które będą kształtować moje wysiłki, natomiast o szczegółowe rady dotyczące spowiedzi w tym moim konkretnym momencie życia trzeba się zwrócić do swojego spowiednika.

 

Bóg - policjant

Pierwszy ważny aspekt przystępowania do sakramentu pokuty i pojednania wiąże się z moją relacją do Boga. Fałszywy, nieewangeliczny obraz Boga może być zasadniczą przeszkodą w dobrym przeżyciu tego sakramentu, i generalnie w całym życiu duchowym. Jeśli Bóg ma dla mnie oblicze policjanta albo nawet tyrana strzegącego wyłącznie przestrzegania ustanowionych przez siebie praw, to będę przed Nim uciekał, bał się Go, ba, może nawet próbował Go ominąć, wypchnąć z jakichś obszarów mego życia. Pojawiają się wtedy pokusy, aby rzadko chodzić do spowiedzi, załatwić ją szybko, a czasami może nawet, aby coś przemilczeć. Trochę to przypomina anegdotę o Jasiu, który wracając z kiepskimi ocenami na świadectwie, mówi sobie: „Teraz jeszcze lanie i już mam wakacje”.

Przyczyny takiego obrazu Boga mogą być różne, często są związane z bolesnymi doświadczeniami z dzieciństwa. Potrzeba wtedy pomocy spowiednika, może nawet bardziej kierownika duchowego, który poza spowiedzią pomoże mi zewangelizować taki obraz Boga. Generalnie warto co pewien czas wracać do piętnastego rozdziału Ewangelii według św. Łukasza, do trzech przypowieści: o zagubionej owcy, zagubionej drachmie i miłosiernym ojcu (zwaną częściej przypowieścią o synu marnotrawnym), może także do książeczki Henri Nouwena „Powrót syna marnotrawnego”. Medytacja tych tekstów pomoże odkryć w Bogu Miłosiernego Ojca.

 

Bóg  - władca

Inny obraz bardzo przeszkadzający w dobrej spowiedzi – obraz Boga władcy, który zajmuje się wielkimi sprawami całego kosmosu, może wielkimi ludźmi, ale nie mną. W głębi serca zatem mam problemy z wiarą w to, że Bóg do mnie mówi, że działa w moim życiu, że Jego te moje małe sprawy, także grzechy obchodzą.

Przy takim rozumieniu i przeżywaniu obecności Bożej w moim życiu będę miał tendencję albo do rytualizmu – wykonywania rytuałów, często ze sporą dawką bezduszności, aby zadowolić tego Boga – dalekiego Władcę, bo może rzuci łaskawie denara łaski dla mnie znajdującego się w tłumie innych, albo do buntu – pozostawił mnie samego wobec tylu problemów, a przecież należy mi się opieka. W takiej sytuacji bywa, że obrażam się na Boga i trochę jak dziecko biorę zabawki tworzące krąg moich zainteresowań i idę na swoje podwórko – zamykam się w samotności obrażony na Boga.

Zarówno rytualizm, jak i obrażenie się na Boga mogą mieć  swoje źródło w różnych trudnych doświadczeniach i będzie potrzeba niemało wysiłku, przy wydatnej pomocy kierownika duchowego, aby je przezwyciężać. Przy rytualizmie sakrament pokuty staje się pustym obowiązkiem, czynionym z minimalnym zaangażowaniem, byle mieć go za sobą. Bywają przy takim podejściu recytowane przekręcone formułki, z których szczególnie deformowana bywa ta kończąca wyznanie grzechów i będąca prośbą o rozgrzeszenie. Zdarza się tu słyszeć np.: „…a ciebie Najświętszy Sakramencie proszę o rozgrzeszenie i nałożenie pokuty”.

W sytuacji „jestem obrażony” zdarza się często długa przerwa w spowiadaniu, a nierzadko i w innych praktykach religijnych oraz bywa, że wyznanie grzechów jest przemieszane z zarzutami stawianymi Kościołowi, a czasami wprost Bogu. W takiej sytuacji konieczna jest specjalna formacja, prowadzona przez kogoś przygotowanego, która pozwoli na nowo odkryć wiarę jako podstawowy wymiar życia, a Boga jako bliskiego i zajmującego się każdym z nas.

 

Wysiłek człowieka – pięć warunków dobrej spowiedzi

Obok obrazu Boga, czyli podstawowego wymiaru mojej wiary, istotne są moje wysiłki. Najpierw te zmierzające do regularnego spotykania się z Bogiem na modlitwie, Eucharystii, lekturze Słowa Bożego. Sakrament pojednania i pokuty nie może być w moim życiu samotną wyspą, ma wtapiać się w całe moje życie wiary. Trudno sądzić, że będzie on owocnie przeżywany, jeśli będzie momentem oderwanym zasadniczo od reszty życia.

W końcu bezpośredni wpływ na dobre przeżycie spowiedzi ma rzetelne wypełnienie tzw. pięciu warunków dobrej spowiedzi. Przygotowanie się do sakramentu przez dobry rachunek sumienia – zajmę się nim bliżej w kolejnym tekście z tego cyklu – pozwala realnie ocenić przed Bogiem mój stan duchowy – rozpoznać popełnione grzechy, jak również wyznaczyć podstawowe ścieżki w pracy nad sobą.

Dalej żal za grzechy, który nie ma być rozpaczaniem nad własną słabością i oczekiwaniem na pocieszenie, lecz uznaniem zła popełnionego, prośbą o przebaczenie skierowaną do Boga. Dobrze taką postawę wyraża np. Psalm 51. Spowiadający dla ważności sakramentu musi żałować za popełniony każdy grzech ciężki. Nie można zatem żałować wszystkich grzechów z wyjątkiem jednego, np. obżarstwa czy nieczystej relacji z osobą zamężną. Żal za grzechy nie może być też utożsamiany ze stanem uczuciowym, podobnym do tego, jaki odczuwam po zawinionym przeze mnie konflikcie z kimś bliskim. Żal ma być postawą woli – nie chcę tych grzechów przeze mnie popełnionych, z motywów religijnych – ze względu na Ciebie, Boże. Uczucia, nawet intensywne, mogą takiej postawie woli towarzyszyć, ale nie muszą.

Postanowienie poprawy z kolei nie ma być przekonaniem, że jak się duchowo zepnę, to pokonam wszelką pokusę i odrzucę wszelki grzech. Takie postanowienie stawia mnie samego w centrum, zaś moje siły są mizerne i szybko się rozczaruję. Wtedy bywa, że pojawia się skarga w trakcie spowiedzi: „Nie wiem, czy ta spowiedź jest ważna, bo ja postanawiam poprawę, a tak pewnie znowu zgrzeszę”… Mówią to zwłaszcza osoby walczące z nałogami.

Postanowienie poprawy to przede wszystkim akt religijny – wierzę, że współpracując z łaską Bożą jestem w stanie nie grzeszyć ciężko, i również ograniczyć grzechy powszednie. Punkt ciężkości spoczywa na działaniu Boga, Jego łaski we mnie, choć nie wyklucza to, a nawet wzmacnia, determinację mej woli. Postanowienie poprawy ma być uniwersalne – nie chcę obrażać Boga jakimkolwiek grzechem, nie mogę zatem postanawiać, że będę grzeszył rzadziej. Być może w moim życiu duchowym będzie potrzeba wielu wysiłków, aby pokonać jakiś nałogowy grzech, potrzeba będzie niejednej spowiedzi, ale do każdej mam przystępować z przekonaniem, wiarą, nadzieją, że mogę go z łaską, dzięki zasługom Chrystusa, pokonać.

 

Pokusa utraty nadziei

Bardzo smutny jest stan człowieka, który traci nadzieję na pokonanie grzechu. Pojawia się pokusa beznadziejności. Nazywam ją roboczo pokusą drugiego stopnia. Pierwszy to pokusy ku konkretnemu grzechowi, ta drugiego stopnia jest przeciw nadziei – nie dam rady wyjść z tego grzechu, może nawet nie warto się starać. W takiej sytuacji bardzo potrzeba pomocy stałego spowiednika, wsparcia. Gdy zdarza mi się pomagać takiej osobie, to uświadamiam jej, że jeden jest ojciec beznadziejności – diabeł, my chrześcijanie, zawsze żyjemy w nadziei płynącej z krzyża Chrystusa. Każdy, choćby wielokrotnie zgrzeszył, gdy żałuje, otrzymuje przebaczenie.

Patriarcha naszego zakonu, św. Franciszek z Asyżu, tak poucza przełożonego, aby był zawsze gotowy do udzielenia miłosierdzia, a przez to był także znakiem nadziei: „Czy zaś miłujesz Pana i mnie, Jego i twego sługę, to poznasz po tym: nie powinno być na świecie takiego brata, choćby nie wiem jakiego grzesznika, który by stanął przed tobą, prosił o miłosierdzie i odszedł bez miłosierdzia. Gdyby nawet on nie szukał miłosierdzia, ty go zapytaj, czy nie pragnie przebaczenia. A choćby tysiąc razy potem stawał przed tobą, okazuj mu więcej miłości niż mnie samemu, abyś go pociągnął do Pana” [List do pewnego ministra].

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki