Logo Przewdonik Katolicki

„Żeby Polska...”

Mateusz Wyrwich
Fot.

Jan Pietrzak: ojciec pięciorga dzieci, kandydat na prezydenta RP w 1995 r., autor kilku tysięcy tekstów satyrycznych i piosenek. Najbardziej znana z nich - Żeby Polska była Polską - stała się nieformalnym hymnem Solidarności. Jest jednym z najciekawszych i najdłużej występujących artystów kabaretowych w Polsce. Uprawia rzadki w naszym...

Jan Pietrzak: ojciec pięciorga dzieci, kandydat na prezydenta RP w 1995 r., autor kilku tysięcy tekstów satyrycznych i piosenek. Najbardziej znana z nich - „Żeby Polska była Polską” - stała się nieformalnym hymnem „Solidarności”.



Jest jednym z najciekawszych i najdłużej występujących artystów kabaretowych w Polsce. Uprawia rzadki w naszym kraju rodzaj kabaretu politycznego. Każdy nowym program to również lekcja patriotyzmu. Jednak początki drogi życiowej Jana Pietrzaka nie zapowiadały takiego kierunku rozwoju jego kariery. Urodzony dwa lata przed wojną, okres jej trwania zapamiętał jako wielki koszmar, którego do dzisiaj nie lubi wspominać. - To, co najbardziej zapamiętałem z okupacji, to głód i gruzy, w których się ukrywaliśmy, trupy leżące w piwnicach i buszujące szczury - wspomina z niechęcią.


Jego ojciec, jak mawiano przed wojną, „komunizował”. W czasie okupacji, w 1942 roku, został zamordowany przez Niemców na Pawiaku. Janka wychowywała matka, również związana z działalnością podziemia. Chłopak żył legendą Powstania Warszawskiego. Dziś przyznaje, że był krnąbrnym dzieckiem. Gdy miał jedenaście lat, matka oddała go do Korpusu Kadetów w Warszawie. Po służbie w Korpusie Kadetów wybrał studia w Oficerskiej Szkole Radiolokacji w Jeleniej Górze, którą ukończył z cenzusem oficerskim. - Wojsko już mnie wtedy uwierało - wspomina czas sprzed blisko pół wieku Jan Pietrzak. - Przede wszystkim zajmowałem się matematyką. Rozwiązywałem setki zadań poza programem szkoły. Pasjonowała mnie literatura. Grałem też na gitarze w zespole muzycznym i śpiewałem. Świat wydawał się niezwykle prosty. Żyłem jak chłopak, który po traumatycznym dzieciństwie szuka jakiegoś smaku w życiu - opowiada.  


Inna twarz systemu


Odszedł ze służby w 1957 roku. Nadal jednak był członkiem PZPR. Nadal czuł sympatię do socjalistycznego państwa. Żył jak każdy. Pracował w Warszawskich Zakładach Telewizyjnych. Włóczył się po klubach studenckich i poznawał nieskoszarowaną Warszawę. Jeszcze w latach 50. zaczął też działać w studenckim klubie „Hybrydy”. Pisał wiersze, śpiewał. W 1960 r. założył „Eskadrę Poezji Rewolucyjnej”, niebawem też i kabaret. Został kierownikiem klubu „Hybrydy”. - Podczas pracy w teatrze i kabarecie zetknąłem się z cenzurą - opowiada Jan Pietrzak. - Było to dla mnie zupełnie zdumiewające. Nie mogłem się z tym pogodzić, że ktoś może mnie - oficera Ludowego Wojska Polskiego, członka PZPR, robotnika Warszawskich Zakładów Telewizyjnych pouczać w marksistowskiej pryncypialności. I wtedy zaczął kiełkować we mnie bunt. Zacząłem dostrzegać inną twarz systemu.  

 


Na marginesie


W efekcie tego w 1967 roku Jan Pietrzak, wraz z Jonaszem Koftą, Kreczmarem i innymi został wyrzucony z klubu. Postanowili nie poddawać się. Wreszcie pod swoją opiekę wziął ich III Program Polskiego Radia. I tak powstał kabaret „Pod Egidą”, właśnie III programu. Niebawem jednak radio też ich odrzuciło. Jednocześnie do zespołu Pietrzaka zaczęło przychodzić coraz więcej aktorskich indywidualności, między innymi Barbara Kraftówna, Piotr Fronczewski, Wojciech Pszoniak, Wojciech Siemion. Jak wynika z dokumentów IPN, od tego czasu Służba Bezpieczeństwa zaczęła bacznie obserwować poczynania Jana Pietrzaka i jego kabaretu. Sytuację na kilka lat zmieniło objęcie władzy w PZPR przez Edwarda Gierka. Kabaret zaufał nowemu sekretarzowi, a oponenci Pietrzaka nazywali go przez pewien czas „kabaretem dworskim”. - Prowadziliśmy w gruncie rzeczy inteligencki kabarecik. I takie były moje argumenty podczas rozmów z pracownikami cenzury i UB, którzy pisali na nas notatki. Przekonywałem ich, że w gruncie rzeczy jesteśmy takim wentylem bezpieczeństwa dla władzy - wspomina dziś Jan Pietrzak. - Ale w połowie lat 70. w pełni uświadomiłem sobie sytuację naszego kraju. Zobaczyłem, że to wszystko jest pułapką, w którą mnie w młodości wpuszczono bez mojego specjalnego udziału i że muszę z tym walczyć. Kiedy ekipa Gierka rozpoczęła lansować propagandę sukcesu, zaczęli też kłamać na potęgę. A ja coraz ostrzej kontestowałem to oszustwo. Wystąpiłem też z PZPR.


     I tak Pietrzak znalazł się na marginesie. Stracił pracę w telewizji. Nie miał też gdzie występować. Przez krótki czas myślał o emigracji. Dzięki wstawiennictwu wybitnego aktora Gustawa Holoubka, wówczas posła na Sejm PRL, zdobył zezwolenie na występy w lokalu „Melodia”, naprzeciwko głównej siedziby KC PZPR. Od połowy lat 70., mimo ostrej ingerencji cenzury w teksty autorów i wykonawców kabaretu, programy „Pod Egidą”, stawały się coraz bardzie nośne społecznie. Momentem przełomowym w karierze Jana Pietrzaka stał się jego utwór „Żeby Polska była Polską”. - Po zajściach w Radomiu, Ursusie 1976 roku ogarnęła mnie jakaś gorycz - opowiada Jan Pietrzak. - Inspiracją były te tłumy ludzi spędzane na stadiony, boiska, które miały potępiać „wichrzycieli”, czyli przeciwników działań PZPR. Na trybunach stała szajka naszych właścicieli sowieckich. Grano hymn, a przed nimi defilował naród spędzony z zakładów pracy. Uważałem, że był to potworny widok. Wcześniej sam przecież pracowałem w fabryce, więc wiedziałem, jak to funkcjonuje. Kiedy człowieka wyrzucają na jakiś spęd, dają mu szturmówkę i musi iść, bo go z roboty wyrzucą... I pomyślałem sobie, że zapiszę swoje marzenie o wolnej Polsce.


     W 1980 roku „Żeby Polska była Polską” stała się hymnem „Solidarności”, nieoficjalnym, ale bardzo popularnym. Śpiewano ją podczas strajków, demonstracji. - Jednak już po kilkunastu miesiącach lewicowi doradcy Wałęsy powiedzieli, że słowa tekstu są nacjonalistyczne i szowinistyczne, ciemnogród i że piosenka ta nie może być hymnem. I do dzisiaj jest niemal zakazana w Polskim Radiu - podkreśla Jan Pietrzak. 


Bez cenzury


Od czasu wyboru Karola Wojtyły na papieża Jan Pietrzak był przekonany, że dla Polski przyszedł lepszy czas. Podczas pierwszej Mszy Świętej odprawianej przez Jana Pawła II na warszawskim placu Zwycięstwa stał niewiele ponad trzydzieści metrów od ołtarza i nie mógł wyjść ze zdumienia, że to się naprawdę dzieje. - To było dla mnie szokujące - wspomina. - To, co się działo na placu pokazywało potęgę, jaka drzemie w naszym narodzie. Mogłem obserwować, przez te kilka dni wizyty papieża, jakby wybuch wartości takich jak godność, solidarność. Wtedy zacząłem wierzyć, że jest to przełom. Byłem przekonany, że komuna runie. Nie wiedziałem tylko, jak długo jeszcze to będzie trwało.


Przełomem w twórczości Jana Pietrzaka był rok 1980 i powstanie „Solidarności”, która do dziś jest dla niego symbolem wolności i niepodległości. - Zacząłem wówczas pisać. Pięć dni przed podpisaniem „Porozumień” wystąpiliśmy, w maleńkiej salce warszawskiego hotelu MDM, z nowym programem. Bez zgody cenzury - wraca pamięcią do tamtych dni. - Może to się wydawać dzisiaj śmieszne, ale był to akt wielkiej odwagi i desperacji, by wystawić coś bez cenzury. Warszawa oszalała. Tłok był nieprawdopodobny. W tym programie mówiliśmy o stanie kryzysu ustroju. Wykrzykiwaliśmy naszą wiedzę nagromadzoną przez lata 70.


     


Przez szesnaście miesięcy legalnego działania „Solidarności” Pietrzak dawał czasem po kilka koncertów dziennie. Stan wojenny autora „Żeby Polska...” zastał w Kanadzie. Jednak, mimo że miał tam bardzo dochodowe propozycje, na początku 1982 roku wrócił do Polski. Przez lata stanu wojennego występował na koncertach w mieszkaniach organizowanych przez struktury podziemne i Kościół. Zarabiał też na życie, grając przez trzy lata podczas dansingów. Inwigilowany, przesłuchiwany, skazywany - dotrwał do powrotu wolnej Polski. Podczas wyborów parlamentarnych w 1989 roku prowadził kampanię wyborczą przedstawicielom „Solidarności”. Dziś z dumą podkreśla, że ma „swój udział” w budowaniu niepodległości Polski. Kandydowanie w wyborach prezydenckich było nieudaną, jak przyznaje, próbą budowania własnej partii. Ale wciąż cieszy go ta wolna, wymarzona Polska, choć jeszcze do niedawna nie mógł znaleźć w Warszawie miejsca, gdzie mógłby występować z kabaretem. Jego utwory znów są „wycierane” z radiowej i telewizyjnej anteny, a patriotyczna pieśń „Żeby Polska była Polską” niemal nie istnieje w mediach. 

 




 



Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki