Logo Przewdonik Katolicki

Nowa stara Ameryka

Jerzy Marek Nowakowski
Fot.

Dotychczas walka o prezydenturę w USA była zarezerwowana dla przedstawicieli tradycyjnych elit. Tegoroczna kampania wyborcza po raz pierwszy w amerykańskiej historii tak wyraźnie będzie kampanią opartą na pytaniu: kontynuacja czy zmiana? To nie jest wygodne pytanie dla kandydata Partii Republikańskiej. Znakomicie zaczynający swoją prezydenturę George Bush kończy ją...









Dotychczas walka o prezydenturę w USA była zarezerwowana dla przedstawicieli tradycyjnych elit. Tegoroczna kampania wyborcza po raz pierwszy w amerykańskiej historii tak wyraźnie będzie kampanią opartą na pytaniu: kontynuacja czy zmiana? To nie jest wygodne pytanie dla kandydata Partii Republikańskiej. Znakomicie zaczynający swoją prezydenturę George Bush kończy ją jako jeden z najmniej popularnych i najgorzej ocenianych prezydentów USA. Gospodarka amerykańska jest w kryzysie. Załamanie na rynku nieruchomości uderzyło w kluczowy dla konserwatystów krąg ludzi – małych i średnich właścicieli. Potęga Ameryki jest coraz częściej kwestionowana przez Chiny, Rosję, a nawet Europę. Jednocześnie coraz słabsze jest przekonanie amerykańskiego społeczeństwa o szczególnym obowiązku Stanów Zjednoczonych wobec świata. Zwyczajny Amerykanin z Ohio czy Iowa interesował się, rzecz jasna, głównie swoimi podatkami i świętym spokojem, ale równocześnie uważał za oczywiste, że jego kraj, jako najwspanialsza demokracja na świecie, musi bronić wartości takich, jak: wolność, demokracja, własność przed komunistami i złymi dyktatorami. Wierzył też święcie, że amerykański sposób życia (american style of life) jest czymś tak wspaniałym, że nie ma narodu na ziemi, który by nie zechciał owego sposobu skopiować, jak tylko otrzyma taką możliwość. I na koniec był przekonany, że obowiązkiem Ameryki jest dzielenie się swoim wspaniałym modelem ustrojowym z innymi. Było w tym przekonaniu mnóstwo dziecięcej naiwności, ale było również mnóstwo narodowej dumy (której tak brakowało Europejczykom) i poczucia obowiązku wobec społeczności międzynarodowej. Irak i kręcąca się wokół tej wojny machina propagandowa zachwiały tym fundamentalnym przekonaniem zwyczajnego Johna Smitha. Awantura o kłamliwe uzasadnienie wojny, jej olbrzymie koszty i polityczna nieudolność w tłumaczeniu Amerykanom sensu zaangażowania w Iraku mogą zaowocować falą nowego izolacjonizmu. Akcenty izolacjonistyczne są szczególnie mocne w kampanii Baracka Obamy.


Kontynuacja czy zmiana?


 To pytanie nie jest wygodne dla republikanów również w kontekście polityki wewnętrznej. Ów decydujący o wyniku wyborów Amerykanin jest wściekły, kiedy podjeżdża na stację benzynową i musi za galon benzyny płacić trzy razy więcej niż przed wyborem Busha; jest wściekły jeszcze bardziej, gdy robi zakupy i widzi galopujący wzrost cen żywności. A jeśli jest młodym człowiekiem i zamierza kupić swój pierwszy dom, nagle zamiast opędzać się od tłumu agentów kredytowych, jest zmuszony, w wyniku załamania na rynku nieruchomości, zbierać papiery dowodzące, że spłaci swój kredyt. Intuicyjnie chce zmiany. Tyle, że głosując za zmianą, patrzy na symbole i gesty, a nie na realną zawartość pomysłów obu kandydatów, skądinąd mówiących o zmianach na wyprzódki. Tymczasem amerykańskie niezależne Centrum Polityki Podatkowej obliczyło, jakie byłyby efekty zmian podatkowych zapowiadanych przez obu kandydatów. W przypadku McCaina dochody najbiedniejszych wzrosłyby o 1 proc., a najbogatszych o nieco ponad procent. Program Obamy daje najbiedniejszym od 2 do 5 proc. więcej, zaś najbogatszych zubaża o blisko 9 proc. W przypadku obu kandydatów zmiana w dochodach najliczniejszej grupy, czyli klasy średniej, oscyluje wokół błędu statystycznego (0,1 proc.), czyli w istocie nie ma pomysłu na zmiany, bo mówimy o realizacji radykalnej wersji wyborczej propagandy. Zwykle realia modyfikują program. Tak więc paradoksalnie, chociaż kampania rozstrzygnie się raczej na polu polityki wewnątrzamerykańskiej, to realne zmiany będą możliwe w polityce zagranicznej Ameryki. Zaś głosowanie oparte będzie na emocjach. Przewaga sondażowa Baracka Obamy bierze się z przekonania młodszej generacji Amerykanów, iż po epoce Busha ich krajowi jest potrzebna fundamentalna zmiana stylu polityki. A senator z Illinois młody, dynamiczny i inny od rządzącego establishmentu zdaje się taką zmianę gwarantować. Pytaniem otwartym pozostaje kwestia, jak wielu młodych Amerykanów pójdzie do urn wyborczych. W gruncie rzeczy sytuacja przypomina nieco tę sprzed polskich wyborów w październiku ubiegłego roku – pokolenie 2030latków, zazwyczaj niebiorących udziału w głosowaniu, jest niezadowolone z biegu spraw państwowych. U nas mobilizacja tej grupy dała zwycięstwo Platformie Obywatelskiej. Jeżeli podobny proces nastąpi w USA, wygra Obama; jeżeli zagłosuje tylko tradycyjny elektorat, prezydentem Stanów Zjednoczonych, zostanie John McCain.






Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki