Logo Przewdonik Katolicki

Pokój temu domowi, czyli rzecz o kolędzie

ks. Wojciech Przybylski
Fot.

Czas kolędy zprzyczyn oczywistych jest ograniczony. Znałem proboszcza, który odwiedzał swoich parafian przez cały rok. Należał jednak do wyjątków. Może niektórzy spodziewają się długiej rozmowy, dyskusji na interesujący ich temat. Wiadomo jednak, jakie są realia. Tym bardziej trzeba być do rozmowy przygotowanym. Czy pomyśleliśmy otym przygotowaniu...

Czas kolędy z przyczyn oczywistych jest ograniczony. Znałem proboszcza, który odwiedzał swoich parafian przez cały rok. Należał jednak do wyjątków.

 

Może niektórzy spodziewają się długiej rozmowy, dyskusji na interesujący ich temat. Wiadomo jednak, jakie są realia. Tym bardziej trzeba być do rozmowy przygotowanym. Czy pomyśleliśmy o tym przygotowaniu przed wizytą, by po jej zakończeniu nie stwierdzić, że było bezbarwnie i nudno? Chyba że nam na nim nie zależy i akceptujemy dotychczasowy status, bo tak jest wygodniej.

 

Kolędowa rzeczywistość

 

A bywa różnie. Jest i obojętność, czasem powieje wręcz Syberią i chłodnym: „dziękujemy za kolędę”. Zdarzy się, że „strony” improwizują w tonacji słodko-serdecznej na tematy skądinąd ważne: zdrowie, pogoda, polityka etc. Rzadziej na tematy wiary, religijne. A tu „spiesząc się powoli” trzeba do rzeczy, jak mniemam. Ksiądz może i powinien przypomnieć, zwrócić uwagę na jakąś parafialną „aktualność”, która szczególnie leży mu na sercu. Do czegoś zachęcić, zwrócić uwagę na problem. A przyjmujący księdza też powinien mieć już konkretną kwestię, sprawę, pytanie, a nie mówić co ślina na język przyniesie.

 

Dłuższe spotkanie? Owszem, dlaczego nie, ale może przy innej okazji. Jeżeli pomnożyć liczbę odwiedzanych rodzin przez dajmy na to godzinę, to wniosek wydaje się oczywisty – to niemożliwe do zrobienia, niewykonalne. Można natomiast z księdzem umówić się w kancelarii albo przyjść na spotkanie takiej czy innej grupy duszpasterskiej. Chyba o to właśnie chodzi. Jeśli jest pomysł, jakaś propozycja, krótko i zwięźle ją duszpasterzowi przedstawić, zasygnalizować. Z pewnością zostanie życzliwie wysłuchana i wzięta pod uwagę.

 

Kolędowa szansa

 

A jeśli po wyjściu księdza okazało się, że było „tak samo jak w tamtym roku”? Trzeba pamiętać, że jakość spotkania zależy nie tylko od kapłana. I może być naprawdę twórczo i ciekawie, nawet gdy kolęda trwa krótko. Jeśli już mówić o winie – że coś było nie tak – to sprawiedliwie, po połowie. 

 

Bywa, że właśnie podczas kolędy wychodzi na jaw, że ktoś ma talent muzyczny i mógłby śpiewać psalm podczas Mszy św. czy poprowadzić scholę, poświęcić swój czas w pracy na rzecz potrzebujących w zespole charytatywnym, zorganizować wolontariat wspierający chorych czy zaangażować się w pracę parafialnej biblioteki, podjąć się przygotowania i przeprowadzenia np. parafialnego festynu. Jeszcze innemu chodzi po głowie myśl zorganizowania zajęć świetlicowych dla dzieci.

 

– A ja proszę księdza nic specjalnego nie umiem. – A można by włączyć się w grupę modlitewną. – No może i tak. Jestem na emeryturze, mam trochę czasu.

 

Różne mogą być scenariusze kolędowych rozmów. Mogą się stać początkiem czegoś naprawdę dobrego, pod warunkiem otwartości i dobrej woli i autentycznego przejścia od słów do czynów. Niejedna dusza przy tej okazji odnalazła się w pracy dla dobra i pożytku bliźnich. Wciąż jednak powraca pytanie:

„A co ja (czyli każdy z osobna) mógłbym zrobić dobrego dla mojej parafii?” – to jedno z naprawdę ważnych pytań. Poletko duchowe pod uprawę choćby najskromniejszej działki z pewnością się znajdzie. Pracy nie zabraknie dla nikogo.

 

Kolęda w domu

 

Czy na kolędę naprawdę czekamy, autentycznie cieszymy się na to spotkanie, odwiedziny swojego duszpasterza? Warto tę wizytę przygotować. Dzieci, zwłaszcza te młodsze, mogą przecież pod okiem rodziców przygotować stół, postawić krzyż, talerzyk ze święconą wodą, zapalić świece. Rzecz wydaje się drobna, ale ważna. Może ktoś odczyta fragment Ewangelii o Bożym Narodzeniu. Kolęda ma się dobrze zapisać w ich świadomości.

 

A tak nawiasem – czy podczas wizyty duszpasterskiej śpiewamy kolędę, choćby jedną zwrotkę z księdzem albo kilka, zanim przyjdzie? Czy jest to święto całej rodziny, czy tylko mało interesujący epizodzik, tradycja z wymuszonym entuzjazmem, której musi się stać zadość, bo tak wypada.

 

A sama obecność kapłana? Czy nie powinna skłaniać do głębszej refleksji o życiu, jego jakości, duchowym i religijny rozwoju? Kiedyś idąc ulicą usłyszałem za sobą wołanie malucha: „Mamusiu, zobacz, kościół idzie”. No mały, pomyślałem, trochę przesadziłeś. A na serio – ksiądz w domu, to Jezus, który błogosławi i pyta nas o wiele spraw. Może już nie wprost, jak to było w dawnej tradycji, myślę o tej najstarszej, kiedy proboszcz odpytywał z katechizmu, pacierza, prawd wiary i sprawdzał, czy wierni wiodą życie prawdziwie chrześcijańskie, ale właśnie przez to, że po prostu przyszedł, jest wśród nas?

 

Czasy się zmieniły. Księża, jeśli pytają o Mszę św., uczestnictwo w sakramentach, religijne zaangażowanie, to robią to między wierszami, dyskretnie, w białych rękawiczkach, żeby kogoś nie dotknąć, nie narazić się. A przecież to ich troska. Cieszą się, kiedy widzą swoich braci i siostry w kościele, przy stole Pańskim, zaangażowanych w parafialnej akcji. Kościół nie jest własnością księdza, jego prywatnym ranczem, ale naszym wspólnym domem i nie ma tu podziału na „my” – „wy”. Martwią się więc, kiedy ktoś zagląda tu z rzadka, okazjonalnie, od wielkiego dzwonu. Bo niby czym mają się przejmować? Na tym im bardzo zależy. Po to są. Wszystko ma przecież prowadzić do Boga.

 

A może jest jakiś związek pomiędzy intensywnością życia, związkiem z parafią i Kościołem a temperaturą kolędowych rozmów? Rachunek sumienia wydaje się tu na miejscu. Wymagamy od księży, jesteśmy wobec nich krytyczni, zgoda. A wobec siebie?

 

Dobra tradycja

 

Jeśli spotkanie duszpasterskie, zwane kolędą, istnieje kilkaset lat i przetrwało do dziś, to jest fenomenem. Warto i trzeba je zachować i kontynuować. Nie tylko dla samej tradycji. Przy całej jej ulotności i czasowej ograniczoności spotkanie „oko w oko” parafian ze swoim księdzem może być okazją do czegoś więcej niż zdawkowej rozmowy. Bo inaczej może się stać tak, jak śpiewamy w jednej z kolęd: „Bo my nic nie pojmujemy, ledwo od strachu żyjemy”. Byłaby to szkoda, duchowa strata.

 

Pewien ksiądz, bardzo już zmęczony, kończąc kolędę odwiedził kobietę, która niedawno owdowiała. „Mąż mi zmarł”, zwierzała się. „Dobrze” – wzdycha strudzony pasterz. „Czuję się taka samotna”. „Dobrze” – ponownie odpowiada. „Jest mi tak źle”. A ten znowu: „dobrze”. „Jak ksiądz może mówić «dobrze». Ja księdzu zwierzam swoją troskę, oczekuję pociechy, a ksiądz tu wygaduje takie rzeczy” – mówi nieco poirytowana wdowa.

 

Skąd ta „znieczulica”? Ano stąd, że ksiądz przed wyjściem na kolędę miał sześć godzin niełatwej katechezy (kiedyś sprawę katechezy regulował sam, bo była przy kościele; dziś jest w szkole, więc musi się podporządkować rozkładowi zajęć). Bywa, że wypadnie pogrzeb, praca w kancelarii. Obiad zjedzony w biegu (na stojąco, a to niezdrowo), by od 15.30 w pełni „wypoczęty” radośnie rozpocząć obchód kilkudziesięciu rodzin. To po co aż tyle rodzin naraz? Przy mniejszej liczbie kolęda trwałaby pół roku. A inne obowiązki, odpoczynek? Parafia nie tylko kolędą żyje. I nie chodzi tylko o usprawiedliwianie, ale o prawdę i wyrozumiałość.

 

Czy jest jakieś wyjście? Każdy ksiądz stara się zorganizować kolędę i przeprowadzić ją jak najlepiej. Jeśli kolęda miałaby istnieć tylko ze względu na ofiarę, jak niektórzy twierdzą, to ja jestem przeciw. Wierzę jednak w jej głębszy, duszpasterski sens i pożytek. Konia z rzędem temu, kto zaproponuje tu salomonowe wyjście i uda mu się wszytko perfekcyjnie zorganizować. Próbujemy jednak. Prawda, że z różnym efektem, ale próbujemy. Rzucam kolędowe hasło: krótko (nie znaczy źle), treściwie, życzliwie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki